• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Tereska i święta kompania

    tekst i zdjęcia ks. Sławomir Czalej slawomir.czalej@gosc.pl

    |

    Gość Gdański 31/2012

    dodane 02.08.2012 00:00

    Kult świętych. – Nasz dom jest jednym z najstarszych na Obłużu. Ma ponad 100 lat. O figurze natomiast wiem tyle, ile opowiedziała mi moja babcia Maria Grubba – mówi Renata Sokołowska, obłużanka od urodzenia.

    Na pomorskich drogach mijamy ich dziesiątki, często nie zwracając na nie uwagi. Wiele z nich spotykamy przypadkiem w czasie wędrówek po lesie czy przy okazji zbierania grzybów. Bywają zarośnięte mchem, strzeżone przez gospodarzy, którzy nierzadko są ich fundatorami. Dla niektórych przejaw kiczu, dla innych forma chrześcijańskiej tradycji wpisanej w kulturę polską. Gips, masa plastyczna, metal i – na szczęście – coraz częściej pomorskie drewno. Pomijając dywagacje o ich wartości artystycznej, warto poznać ich historię.

    Bo nawet jeśli podczas wakacji nad morzem czy na Kaszubach pada, rodzice z dziećmi – mimo złej pogody – mogą w ten sposób przeżyć ekscytującą przygodę.

    Jadąc na Open’era

    Figurki nie sposób nie zauważyć, choć pewnie już niedługo znajdzie się tuż obok węzła komunikacyjnego nieopodal lotniska w Gdyni-Kosakowie. Latem przejeżdżają koło niej tysiące fanów festiwalu Open’er. Dawni mieszkańcy, nawet ci, którzy przeprowadzili się tutaj w latach 70. i 80. zeszłego stulecia, pamiętają, że były tu jeszcze stawki, a dzisiejsza sypialnia Gdyni bardziej przypominała wieś niż miasto. W miejscu, gdzie stoją dzisiaj bloki, rósł rzepak. – Fundatorką i realizatorką figury św. Tereski od Dzieciątka Jezus była właśnie moja babcia. Postawiła ją jako wotum ku pamięci jej brata Franciszka, który nie wrócił z I wojny światowej – mówi Renata. Prawdopodobnie Franciszek poległ gdzieś we Francji. – Jednocześnie babcia chciała oddać pod opiekę świętej swoją rodzinę i dzieci – dopowiada. Całkiem możliwe, że dla Marii mała Tereska stała się kimś ważnym wtedy, gdy dziewczyna przez krótki czas była w zakonie. Po przedwczesnej śmierci matki opuściła jednak klasztorne mury, żeby pomagać w gospodarstwie. – W domu nigdy nie mówiło się o tym za dużo i dlatego nie wiem, w jakim zakonie była babcia – wyjaśnia wnuczka. Na gospodarstwie Maria została już na zawsze. Gdy powstawała Gdynia i siostry wincentki, dzisiaj zwane szarytkami, wybudowały szpital przy dzisiejszym placu Kaszubskim w tym mieście, Maria bardzo się z nimi przyjaźniła. Szarytki, czyli Zgromadzenie Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo, zostało założone we Francji, a sama nazwa wzięła się od francuskiego słowa „la charité”, oznaczającego miłość. – Pamiętam jeszcze z dzieciństwa, jak siostry przyjeżdżały do nas po jakieś płody rolne, warzywa i owoce – wspomina kobieta. Sama figura w świadomości Renaty jest od zawsze. Nie przechowała się wiedza, kto wykonał rzeźbę ani kiedy dokładnie powstała. W czasie II wojny światowej została przeniesiona do jednego z pokojów. Wiadomo, że Niemcy niszczyli figurki świętych i ścinali krzyże. Nie pasowało hitlerowskiemu okupantowi, żeby Gdynia, przemianowana na Gotenhafen, czyli port Gotów, i cała okolica posiadały znaki wiary chrześcijańskiej. Nie tak dawno pisaliśmy w gdańskim GN o tym, jak to w Żelistrzewie w 1939 r. mieszkańcy zakopali krzyż w obawie przed zbezczeszczeniem. – Wiem, że figura stała od ulicy. W przeciwległą część domu uderzyły bomby, ale nikt tu nie zginął – podkreśla Renata. A sytuacje bywały przedziwne. Raz podczas ostrzału rodzina została w domu. – Dzieci dziadka zaczęły krzyczeć, że nie dadzą rady przebiec do schronu. I wtedy jeden z pocisków centralnie w niego uderzył... – mówi. Chociaż figura wojnę przetrwała nienaruszona, w latach 80. ub. wieku ktoś ją w nocy potłukł. – Myśmy nawet niczego rano nie zauważyli. Ludzie z przystanku przyszli powiedzieć, że głowa jest urwana. To musiało być przed 1985 r., bo wtedy żyła jeszcze babcia Maria – wspomina Renata. W ogrodzie leżał tylko duży kamień. Okazał się skuteczniejszy od bomb i pocisków... Figurę naprawił ojciec jednego z wikariuszy pracujących wówczas w kościele św. Andrzeja Boboli w Gdyni-Obłużu. – Nie pamiętam już, kto to był. Ten pan bardzo się postarał, ale dla mnie ta figura już nie jest taka sama... – mówi smutno. Naturalny kamień został uzupełniony gliną i pomalowany. – Jeszcze jako dzieci musieliśmy czyścić figurę taką drucianą szczotką. Teraz trzeba bardzo uważać przy głowie – dodaje po chwili. Gdy obłuska wieś przeistaczała się w miasto, ludzie podchodzili pod dom i pytali, po co ta figura, czy tu coś będzie. Później już się przyzwyczaili. – Gdy babcia Maria była już słaba i wiedziała, że śmierć się zbliża, wydała mi ostatnie dyspozycje. Poleciła, że kiedy będzie konać, mam zadzwonić na „Anioł Pański” i zapalić przy figurze Tereski świecę – wspomina wnuczka.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół