• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Duch unosił się nad Kostrzynem

    Agnieszka Skowrońska

    |

    Gość Gdański 33/2012

    dodane 15.08.2012 00:00

    – Ewangelizujemy nie dlatego, że jest kryzys w świecie, ale dlatego, że odpowiadamy na wezwanie Jezusa Chrystusa, który kazał nam iść i czynić uczniów. Biada nam, gdybyśmy tego nie czynili – mówi ks. Jacek Socha.

    Wyruszyli wczesnym rankiem 28 lipca spod gdańskiego dworca, by tego samego dnia dotrzeć do Kostrzyna nad Odrą. Tam, od 28 do 31 lipca, odbywał się I Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji. Znaczna część jego uczestników od 31 lipca do 5 sierpnia brała także udział w XIII edycji Przystanku Jezus. W ponad 50-osobowej grupie z archidiecezji gdańskiej większość stanowiły osoby świeckie, działające w gdańskiej Szkole Nowej Ewangelizacji, ale nie zabrakło też przedstawicieli akademickiej wspólnoty charyzmatycznej „Efraim” z Gdańska-Wrzeszcza, Neokatechumenatu i franciszkańskiego TAU. Barwną trójmiejską ekipę wspomogło również swoją obecnością 6 kleryków z Gdańskiego Seminarium Duchownego oraz dwóch księży: ks. Jerzy Skiba oraz ks. Jacek Socha.

    Posłani, by dawać świadectwo

    I Ogólnopolski Kongres Nowej Ewangelizacji odbywał się pod hasłem „Nowi ewangelizatorzy dla nowej ewangelizacji” i był praktycznym przygotowaniem do tematycznego synodu, który będzie obradował w październiku br. w Rzymie. Spotkanie w Kostrzynie zgromadziło ponad 1000 osób, nie tylko z Polski, ale i z Białorusi, Ukrainy, Włoch, Brazylii, Niemiec oraz Francji. Reprezentowały one ponad 300 różnych wspólnot kościelnych. – Zobaczyliśmy, jak wiele jest osób, którym dzieło ewangelizacji leży na sercu. Bardzo ważne było też świadectwo obecnych tam biskupów, którzy wchodzili z nami w braterskie relacje, skracali dystans i pokazywali, że ewangelizując, wszyscy znajdujemy się w samym sercu Kościoła – podkreśla ks. Jacek Socha. O tym, jakie bogactwo ma w sobie to serce, świadczy dobór prelegentów. Wśród kongresowych gości znaleźli się m.in. abp Rino Fisichella z Watykanu, przewodniczący Papieskiej Rady ds. Nowej Ewangelizacji, oraz 8 polskich biskupów. Przyjechali też ojcowie Antonello Cadeddu i Enrique Porcu – misjonarze z brazylijskiego Sao Paulo, założyciele wspólnoty „Przymierze Miłosierdzia”, zajmujący się uliczną ewangelizacją ludzi bezdomnych i opuszczonych. To oni zatroszczyli się, by czas kongresu był jednocześnie czasem rekolekcji. W konferencjach i homiliach dawali świadectwo o działaniu Boga i odkrywali sekrety budowania głębokich relacji między ewangelizatorami oraz tymi, z którymi się spotykają. – To Duch Boży jest tym, który daje impuls. On pozwala przemienić rzeczywistość smutku w radość. Wy wychodząc, aby ewangelizować, powinniście mieć swoisty paraliż uśmiechu – zachęcał o. Antonello. Brazylijscy misjonarze posługiwali także wszystkim chętnym modlitwą wstawienniczą. Połączenie formacji intelektualnej z intensywnymi doświadczeniami duchowymi okazało się być bardzo owocne. – Podczas kongresu doświadczyłam ożywienia wiary w Jezusa Chrystusa, a także powiewu Ducha Świętego, który, szczególnie po spowiedzi, dał mi wolność i nową radość bycia córką Boga. Chcę cały czas trwać w Jego obecności! – mówi Monika z jednej z trójmiejskich wspólnot. Prelegenci zwracali też uwagę na potrzebę wychodzenia Kościoła do osób, które się od niego oddaliły. – Ktoś mi niedawno powiedział, że my w Polsce pogodziliśmy się z nieobecnością niektórych owiec w Kościele, tym bardziej że te, które w nim są, już i tak wymagają wiele troski i czasu. Tymczasem być dobrym pasterzem to szukać właśnie tych zagubionych. Ojcowie Enrique i Antonello są przykładem takiego poszukiwania – podkreśla ks. Jacek Socha. Zauważa też, że nie chodzi o tworzenie coraz to nowych wspólnot, ale o większe zaangażowanie całych parafii w dzieło budzenia wiary. Uczestnicy kongresu bardzo pozytywnie oceniają taką perspektywę działań. – Nowa ewangelizacja to nie jest slogan, ale zadanie do wykonania. Kongres był dowodem na to, że Kościołowi polskiemu zależy na wiernych i zrobi wszystko, aby ich odzyskać, by mogli rzeczywiście nawiązać osobową relację z Chrystusem – mówi Ania ze wspólnoty „Emaus” w Sopocie.

    Po prostu słuchać

    Po zakończeniu kongresu, po południu 31 lipca, większość jego uczestników przemaszerowała na pole, gdzie odbywał się Przystanek Woodstock. Tam bp Tadeusz Lityński poświęcił wielki, biały krzyż, który stał się centralnym punktem Wioski Przystanku Jezus. I tak przyszedł czas na praktyczne zastosowanie wiadomości uzyskanych na kongresie, ale także tych doświadczeń, które każdy ewangelizator miał za sobą. Nie są to bowiem ludzie przypadkowi, ale ci, którzy życie wiarą traktują na co dzień bardzo poważnie, uczestnicząc w różnych inicjatywach duszpasterskich. – Dobrze, jeśli do takiej bezpośredniej ewangelizacji, jak ta na Woodstocku, idą ludzie, którzy doświadczyli, że sami zostali wcześniej zewangelizowani, którzy przyjęli Jezusa Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela i doświadczyli mocy Ducha Świętego. Dla mnie pod tym względem środowisko gdańskiej SNE to rzeczywiście skarb dla tej diecezji. Tym bardziej kiedy widzę, że gromadzi ona osoby w dużej mierze dojrzałe w wierze – mówi ks. J. Socha, który sprawował duchową opiekę nad trójmiejskimi ewangelizatorami. Oni zaś byli nie tylko aktywni, ale i bardzo widoczni, a przez to i rozpoznawalni na przystankowym polu. Mieli swoje emblematy, a ich pomarańczowe kapelusze oraz koszulki z napisem „Jezus uczynił mnie wolnym!” sprawiały, że łatwo było ich zlokalizować w tłumie. Zanurzali się w niego chętnie i szli, ale nie po to, by nawracać na siłę. – Podstawowym zadaniem ewangelizatorów jest wysłuchać drugiego człowieka i tego, co ma do powiedzenia: opowieści o jego zagubieniu w relacji do Pana Boga, do ludzi, często do własnej rodziny, a nawet i pewnych złośliwości w stosunku do Kościoła – tłumaczy ks. Jacek. Takie spotkania nie należą jednak do łatwych, dlatego na Przystanku Jezus przyjęto zasadę, że ewangelizuje się we wspólnocie. – Dwie, trzy czy nawet cztery osoby idą razem, żeby się wspierać. Pan Jezus wysyłał uczniów po dwóch, więc naśladujemy to i nie idziemy sami – dodaje duszpasterz. O tym, jak bardzo to wzajemne wsparcie było potrzebne, przekonywał się osobiście niemal na każdym kroku. Jako kapłan był też nieustannie do dyspozycji, aby spowiadać. Przyznaje jednak, że większość czasu zajmowały mu rozmowy. Zdarzało się bowiem często, że garnęły się do nich osoby, które były pod wpływem alkoholu albo narkotyków i udzielanie im sakramentów w takim stanie nie było możliwe. Wtedy pozostaje modlitwa, by taki człowiek mógł w stosownym czasie doświadczyć Bożego miłosierdzia. – Spotkałem chłopaka, który był ministrantem i lektorem, ale jednocześnie miał ogromną trudność z akceptacją swojego życia. I był zrozpaczony, a z tej rozpaczy też pijany. Rozmawiałem również z człowiekiem, który od kilkunastu lat zażywał marihuanę. Wiedział, że to zniewolenie go niszczy i w jego oczach widziałem ogromne pragnienie wolności – wspomina ks. Jacek.

    Perły w błocie

    Wśród ewangelizatorów z Trójmiasta były osoby, które przeżywały doświadczenie Przystanku Jezus po raz pierwszy, ale byli i tacy, którzy w Kostrzynie pojawili się już po raz czwarty bądź szósty. – Nie przypisuję sobie żadnych sukcesów, a jedynie odczuwam radość rozsiewania w sercach Bożej miłości. Duch Święty dawał mi natchnienie w czasie rozmów i często sam się dziwiłem, skąd w moich ustach tak mądre słowa – uśmiecha się 27-letni Michał, student, dla którego Przystanek jest nowym doświadczeniem. Ewangelizatorzy przekonywali się także o tym, jak ważna jest akceptacja drugiego człowieka. – Modliliśmy się za pijanego mężczyznę, który później powiedział, że to było najpiękniejsze, co się mu w życiu przydarzyło. Rozmawiałam też z dziewczyną, która mnie atakowała i mówiła, że nie ma Boga, ale potem przytuliłyśmy się bardzo serdecznie i polubiłyśmy – opowiada Monika. W podobnej sytuacji znalazł się Paweł, który do Kostrzyna przyjechał po raz drugi. – W sobotę na koniec ewangelizacji rozmawiałem z pewnym punkiem. Zaprosił Jezusa do serca jako Pana i Zbawiciela, i mówił o sobie „Sławek Wiking Jezusa”. Po koncercie był tak przepełniony Bożą radością, że nadal chciał uwielbiać Boga, choć już nawet muzyki nie było. Jeszcze nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiej modlitwy. On wołał tak, jak czuł i potrafił z mocą, z całego serca! – opowiada 24-latek z Sopotu. A kleryk Damian podsumowuje: – Podczas tych kilku dni na Przystanku Jezus więcej otrzymałem, niż dałem. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół