• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Przez nienawiść prześladowany

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 37/2012

    dodane 13.09.2012 00:15

    Biskup na trudne czasy. – Biskup Splett odwrócił się w stronę okna. Stał tak przez trzy minuty. Potem spojrzał na mnie i spokojnym głosem odpowiedział: „Wasz ksiądz powróci na parafię” – wspomina relację jednego z oficerów Gryfa Pomorskiego arcybiskup senior Tadeusz Gocłowski.

    Kiedy w czerwcu 1938 roku, po rezygnacji bp. O’Rourke, Karol Maria Splett obejmował stolicę biskupią, Gdańsk przypominał wrzący tygiel. Tu jak w soczewce ogniskowały się nastroje, z jakimi spotkać się można było w nieodległej wówczas Rzeszy. Do władzy w Wolnym Mieście Gdańsku doszło NSDAP. Hitlerowska propaganda odnosiła sukcesy. Nasilały się konflikty narodowościowe. Ludność polska doświadczała licznych prowokacji. Pięć miesięcy później gdańskim Żydom przyszło doświadczyć wydarzeń nocy kryształowej, zapowiedzi okropności, jakie spadły na świat po wybuchu wojny. Na stolicy biskupiej potrzebny był człowiek, który potrafiłby poprowadzić lokalny Kościół w nowy czas, który mógłby go reprezentować w kontakcie z nieprzychylnymi chrześcijaństwu władzami. Biskup Splett miał ku temu atut. Był Niemcem. Pozwalało mu to w okresie narodowosocjalistycznego szaleństwa stawać w obronie Kościoła. Czasem negocjować. Czasem wprost się sprzeciwiać. – Biskup Splett nie miał złudzeń – mowi ks. infułat Stanisław Bogdanowicz, autor książek i publikacji o historii diecezji gdańskiej. – On wiedział, że hitlerowcy planują po zakończonej wojnie rozprawić się także z Kościołem. Miał świadomość niebezpieczeństwa, jakie zawisło nad wspólnotą, której posługiwał. Przyszło mu tę posługę pełnić w wyjątkowo trudnym czasie. I zrobił wszystko, co mógł, aby gdański Kościół ocalić – dodaje.

    Wygodny pretekst

    Wraz z wybuchem wojny biskup stanął naprzeciw nowych wyzwań. Hitlerowskie władze wprowadziły zakaz używania języka polskiego w liturgii. Zakaz ten dotknął także i spowiedzi. Trwały masowe egzekucje. W lasach podwejherowskiej Piaśnicy mordowano inteligencję. Wielu kapłanów trafiło do obozów koncentracyjnych. Zdarzało się, że gestapo wysyłało swoich agentów, by przeprowadzali prowokacje. Rozpoczynali spowiedź po polsku, a kiedy spowiednik odpowiadał w tym języku, od razu trafiał za kraty. Biskup Splett, który od początku swojego posługiwania zachęcał niemieckich księży, aby uczyli się języka polskiego, stanął w obliczu dylematu. Rozumiał potrzeby wiernych, ale kolejne aresztowania wśród kapłanów popychały go w stronę decyzji, której nie chciał. – Zaraz po wybuchu wojny bp Splett został mianowany administratorem diecezji chełmińskiej. Kilku kapłanów tej diecezji zostało aresztowanych. Hitlerowskie władze dały biskupowi ultimatum: albo zakaże używania polskiego w kościołach, albo kapłani ci zginą – tłumaczy ks. Bogdanowicz. – Moim zdaniem, nie mógł podjąć innej decyzji – podsumowuje. – Biskup Splett nie był wrogiem Polski – wspomina Elza Adrian, gdańszczanka mieszkająca obecnie na Kaszubach. – On był dla wszystkich. Nawet jego gospodyni była Polką. W czasie wojny byłam dzieckiem, ale pamiętam, jak w domu rodzice po cichu mówili, że biskup potajemnie przyjechał do ks. Stefana Sikorskiego, który pracował w mojej parafii, w Brętowie. Chciał go ostrzec, bo dowiedział się, że grozi mu niebezpieczeństwo. Niestety, nasz ksiądz trafił do obozu – mówi z żalem. Jak wspomina samego biskupa? Mówi, że był zwyczajnym, dobrym człowiekiem. – Rozmawiał z ludźmi. Nie wywyższał się. Pamiętam jeszcze jedno: był przystojny – uśmiecha się pani Elza. – W czasie wojny aresztowani zostali również kapłani gdańscy narodowości niemieckiej, z których pięciu poniosło śmierć męczeńską – wspomina mieszkający w Szwajcarii ks. Zygmunt Iwicki, świadek tamtych dni. Już we wrześniu 1939 bp Splett interweniował u Alberta Forstera, gauleitera Gdańska, żądając uwolnienia kapłanów. Bezskutecznie. W sąsiedniej diecezji chełmińskiej sprawy przedstawiały się jeszcze gorzej. Biskup Stanisław Okuniewski udał się na emigrację. Z 700 przedwojennych kapłanów naziści aresztowali 450. Ponad 200 zostało zamordowanych. 20 października hitlerowcy rozstrzelali w Tczewie 16 członków chełmińskiej kapituły. W tej sytuacji Pius XII ustanowił w grudniu 1939 r. bp. Spletta administratorem diecezji chełmińskiej. W dokumencie pisał, że dzieje się to „dla dobra wiernych i w wyjątkowych okolicznościach”. Po wojnie to wydarzenie stało się wygodnym pretekstem do zerwania konkordatu przez komunistyczne władze Polski. Przedwojenny układ między Rzeczpospolitą a Stolicą Apostolską zakładał bowiem, że biskupem w polskiej diecezji może zostać jedynie polski obywatel.

    Dyplomatyczna gra

    Presja staje się coraz większa. „Zakazuję używania polskiego także przy przystępowaniu do spowiedzi. W razie naruszenia tego zakazu podjęte zostaną kroki policyjne przeciwko właściwym osobom” – pisze w liście do biskupa szef gdańskiego gestapo. Splett nie poddaje się. Interweniuje w Berlinie w ministerstwie ds. kościelnych. Znów bez skutku. W maju 1940 zmuszony jest wydać pismo, które zakazuje spowiedzi po polsku: „Przez cały rok walczyłem z władzami państwowymi i nie chciałem tego podpisać. Przystałem dopiero wówczas, gdy zagrożono mi zamknięciem wszystkich polskich kapłanów” – wyznaje później najbliższym współpracownikom. Hitlerowska cenzura zmienia zawarte w piśmie słowa biskupa. Wyrażenie „ze względu na bezpieczeństwo państwowe gestapo zakazało spowiedzi po polsku” zastępuje w liście do wiernych krótkie „zakazuje się”. Jest marzec 1945 roku. Armia Czerwona zbliża się już do Gdańska. Do Oliwy przybywa osobiście Konrad Simons, dowódca 57. pułku odpowiedzialny za ewakuację ludności cywilnej z miasta. Propozycja, którą składa biskupowi, wydaje mu się oczywistością. Biskup wraz z niemieckimi księżmi ma udać się do portu, a później dalej, statkiem do Niemiec. On zapewnia mu samochody, by przewieźć ludzi i dobytek. „Myśmy tu nad niejedną otwartą mogiłą mawiali, że śmierć jest bramą do życia. Teraz chcemy to, cośmy głosili, potwierdzić postawą. Biskup i każdy jego kapłan pozostanie na swoim posterunku” – odpowiada biskup. Nieżyjąca już pani Gizela, mieszkanka Oliwy, wspominała, że wojskowy gazik stał pod kurią biskupią aż do momentu odpłynięcia ostatniego statku z ludnością cywilną. W Oliwie mówiło się, że biskup odpowiedział niemieckiemu oficerowi: „Tu są moje owce. A gdzie są owce, tam musi być i pasterz”. – Rosjanie po wkroczeniu do Gdańska aresztowali biskupa i osadzili go w tajnym więzieniu przy ul. Polanki. Nie mieli względem niego żadnych zarzutów. Co ciekawe, pytali jedynie o niemieckich dyplomatów i kolegów biskupa z czasu jego studiów w Rzymie – relacjonuje ks. infułat Bogdanowicz. – Dopiero jego drugie aresztowanie doprowadziło do procesu, który miał charakter całkowicie polityczny –stwierdza. – Na stopniach ołtarzy w katedrze, po wkroczeniu czerwonoarmistów do Oliwy, działy się dantejskie sceny. W katedrze schroniły się zakonnice oraz matki z małymi dziećmi – wspomina ks. Iwicki. – Tego widoku zapomnieć nie można. Biskup wraz z oliwskimi kapłanami idący na czele kolumny złożonej z kilkuset mężczyzn. Pierwszy. Prawdziwy pasterz. Wzruszające są wspomnienia tych ludzi. Kiedy dotarli do obozu w Kartuzach, zatrzymał się i błogosławił więźniów swoim biskupim krzyżem. Szczególnie poruszają mnie te wspomnienia, które wyszły spod pióra ewangelików – mówi, nie kryjąc rozrzewnienia.

    Więzienie, tortury, karcer

    Specjalny Sąd Karny w Gdańsku skazał biskupa Spletta na 8 lat więzienia, utratę praw publicznych i konfiskatę mienia. W sentencji wyroku znalazły się słowa: „za działalność na szkodę państwa polskiego, duchowieństwa katolickiego i ludności cywilnej”. Karę odbywał w ciężkim więzieniu we Wronkach. Doświadczył tam nie tylko rygorów więziennego życia i ciężkiej pracy. Był torturowany. W dzień Bożego Ciała w 1948 roku podczas przesłuchania nakazano mu, aby potępił papieża. Gdy odmówił, znalazł się w karcerze. Niejednokrotnie całymi tygodniami przetrzymywany był w celi, wypełnionej do kolan lodowatą wodą. Nie dostawał posiłków. Ale wytrwał. Z więzienia wyszedł w sierpniu 1953 roku. Nie dane mu było jednak cieszyć się wolnością. Osadzono go początkowo w klasztorze w Starym Borku, a następnie w Dukli. Dopiero 29 grudnia 1956 r. pozwolono mu na wyjazd do Niemiec. Do śmierci nie zrzekł się tytułu biskupa gdańskiego. Zmarł 5 marca 1964 roku. Na jego grobie w Düsseldorfie widnieją słowa: Przez swoich kochany, przez nienawiść prześladowany, przez niesprawiedliwość wygnany, aż Boża dobroć dała mu miejsce ojczyste.

    Brakujący kawałek układanki

    To zaskakujące spotkanie miało miejsce w 1992 roku, wiele lat po śmierci bp. Spletta. U abp. Tadeusza Gocłowskiego zjawił się starszy, niepozorny człowiek. – Byłem oficerem Gryfa Pomorskiego. Biskup Splett administrując diecezją chełmińską, przeniósł jednego z proboszczów na inną parafię. Problem polegał na tym, że to był nasz ksiądz. Był w ruchu oporu, a jego parafia była skrzynką kontaktową. Ta zmiana całkowicie krzyżowała nam plany. Postanowiłem pójść do biskupa. Wiedziałem, że to ryzykowne, ale nie dostrzegałem innego rozwiązania – relacjonował mężczyzna. – Przychodzę do księdza jak do ojca. Wszyscy musimy walczyć z tym obłędem – tak powiedziałem. Następnie poprosiłem, aby odwołał swoją decyzję. Biskup Splett z nieprzeniknioną miną odwrócił się w stronę okna. Stał tak przez trzy minuty. Potem spojrzał na mnie i spokojnym głosem odpowiedział: „Wasz ksiądz powróci na parafię”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół