• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • To nie są egzotyczne wakacje

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 42/2012

    dodane 18.10.2012 00:00

    Na ich misji w Kamerunie brakowało gazu. Dwaj księża wsiedli do samochodu i ruszyli do oddalonej o 400 kilometrów miejscowości Bertua, by go uzupełnić. Nie mieli szczęścia. Na misję, do której przybyli, napadli grasujący w okolicy bandyci.

    Chodziło im o pieniądze. Misjonarzy związali. Jeden został uderzony maczetą w głowę. Udawał nieprzytomnego. Bał się, że mogą wrócić i dokończyć to, co zaczęli... To nie jest fragment opowieści sensacyjnej, tylko dzień z życia gdańskiego misjonarza ks. Józefa Nowaka. Sześć lat pracował w parafiach w Kamerunie. Obecnie mieszka na Martynice. Podobną drogę przebył ks. Aleksander Młodecki, który przez rok współtworzył misję w kameruńskiej diecezji Yokadouma, a kolejne cztery lata spędził na tej samej co ks. Nowak karaibskiej wyspie. Dzisiaj jest wikariuszem parafii Błogosławionej Doroty z Mątów w Gdańsku.

    Słodkie mięso goryla

    O czym myśli biały człowiek, Europejczyk, który pierwszy raz styka się z całkowicie odmienną kulturą? – Niczego nie rozumie. Ani języka, ani mentalności miejscowych. Trzeba siedzieć cicho i pokornie słuchać – mówi ks. Józef Nowak. – I zaznajomić się z tym, co zwyczajnie pozwala nam przetrwać. W dżungli nie ma elektryczności, telewizji, telefonów.

    Trzeba nauczyć się prać ręcznie i korzystać z lodówki na naftę. Nie można zapominać, że nawet najmniejsze światełko przyciąga watahy komarów – dodaje ks. Aleksander Młodecki. Misjonarz narażony jest na wiele niebezpieczeństw. Podobno najgorsze są jadowite mamby często gnieżdżące się w domostwach. – Raz natknąłem się na ogromnego, blisko dwumetrowego węża w swoim salonie. Musiałem się wyprowadzić – opowiada ks. Józef. Jednak dzikie zwierzęta nie są nawet w połowie tak groźne jak choroby tropikalne. – Najbardziej bałem się ataku malarii – twierdzi ks. Aleksander. Przeszkodą może okazać się też specyficzna, lokalna kuchnia. Misjonarze w Kamerunie jedzą krokodyle, węże, żółwie i słonie. – Największy problem miałem z gorylem – przyznaje ks. Aleksander. – Jego mięso jest słodkie. Pigmeje mówią, że smakuje podobnie do ludzkiego. Kiedy ogląda się zabitą, obdartą ze skóry małpę, jej twarz zawsze wyraża pewien grymas. Grymas śmierci – zapewnia. Pierwsza zasada na misjach: nie wybrzydzaj. Jedz to, czym jesteś częstowany.

    To nie są wakacje

    Historie opowiadane przez misjonarzy są niezwykle barwne i ciekawe. Słucha się ich jak opowieści podróżniczych. Niestety często dają fałszywy obraz misji. – Nie powinniśmy godzić się na przedstawianie naszej pracy w ten sposób. Zachwyt egzotyką bardzo szybko mija. To nie są wakacje – uważają ks. Józef i Aleksander. – Nie niszczymy nigdy tego, co dobre w danej społeczności, ale uszlachetniamy – podkreśla ks. Aleksander. – Wielu ludziom wydaje się, że przybywamy do dżungli z chrzcielnicami, kropimy wodą i odjeżdżamy. Tak nie jest. Przede wszystkim pomagamy. Zakładamy szpitale i wyposażamy je w niezbędne lekarstwa. Budujemy szkoły. Przekazujemy wiedzę z zakresu rolnictwa i hodowli. Po jakimś czasie, zdarza się tak, że przychodzą do nas ludzie i pytają: dlaczego mi pomagasz? Wtedy zaczynamy mówić o Chrystusie – wyjaśnia ks. Józef. Na Martynice, gdzie ponad 70 proc. mieszkańców jest katolikami, praca misyjna jest inna niż w Kamerunie. Znaczną część populacji stanowią potomkowie niewolników. Mniejszość to Beke wywodzący się od wielkich posiadaczy ziemskich. – Żyją w niechęci jedni do drugich – twierdzi ks. Aleksander, który zaproponował swoim parafianom wspólne przygotowanie procesji Bożego Ciała. – Bałem się zarzutów, że polonizuję, że narzucam obce zwyczaje. Jednak miejscowa ludność zapaliła się do tego pomysłu. Zbudowali baldachim, sami poszli do lokalnej policji z prośbą o eskortę, wykonali ołtarze – opowiada. Potomkowie plantatorów i niewolników szli w procesji razem.

    Módlcie się za nas

    – Zazwyczaj największym krzyżem dla misjonarza jest on sam – przyznaje ks. Aleksander. Zmaga się z samotnością, chorobami, zmianami diety. – Dlatego tak bardzo potrzebujemy ciepłych myśli i modlitwy – dopowiada ks. Józef. Rena Jurys od ośmiu lat prowadzi ognisko misyjne w Zespole Szkół nr 13 w Gdyni. Dzieci oglądają filmy dokumentalne, spotykają się z misjonarzami – księżmi i osobami świeckimi, prenumerują prasę misyjną. Poprzez tzw. adopcję serca pomagają rówieśnikom z Afryki, finansując przybory szkolne, żywność, leki. Dzieci wymieniają między sobą listy, wysyłają zdjęcia. – Młodzież musi sobie uświadomić, że misje to nie tylko wyjazd do Afryki czy Papui-Nowej Gwinei, ale przede wszystkim troska o bliźnich i Kościół – tłumaczy Rena Jurys. Z kolei w parafii pw. św. Wojciecha w Gdańsku z inicjatywy ks. Marka Czajkowskiego odbywa się Droga Krzyżowa w intencji misji. – Przez cały rok na nabożeństwo przyjeżdżają ludzie z całego Trójmiasta i okolic – podkreśla Rena Jurys. – Nie skupiajmy się na ciekawostkach i historiach typu „oberwał maczetą i żyje”. To nie jest ważne. – Trzeba położyć nacisk na propagowanie świadomości misyjnej nie tylko w ramach działalności kół, ale angażując całe parafie – uważają ks. Józef Nowak i Aleksander Młodecki. Okazją do tego jest nadchodzący Tydzień Misyjny.

    Tydzień z misją

    Aktualnie na misjach przebywa pięciu księży z archidiecezji gdańskiej. Ks. Tadeusz Semmerling w Brazylii, ks. Krzysztof Terepka na Syberii oraz księża Jan Mielewski, Józef Nowak i Jacek Ossowski na Martynice. Ośrodek Misyjny w kościele pw. św. Wojciecha w Gdańsku zaplanował cykl prezentacji oraz warsztatów z młodzieżą w szkołach na terenie archidiecezji gdańskiej. Istnieje możliwość przeprowadzenia zajęć w ośrodku. Dyrektorzy, nauczyciele, katecheci oraz wszystkie osoby zainteresowane proszone są o kontakt z ks. Markiem Czajkowskim (505-224-019, dimako@poczta.onet.pl) oraz Żanetą Szczęsnulewicz (508-483-907).

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół