• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Bliska zagranica

    Dariusz Olejniczak

    |

    Gość Gdański 05/2013

    dodane 31.01.2013 00:00

    170 kilometrów, niecałe 3 godziny podróży – tylko tyle i aż tyle dzieli Gdańsk od Kaliningradu. Turystów z Polski w Kaliningradzie jak na lekarstwo. Dobrze, że Rosjan widać i słychać w Gdańsku coraz częściej.

    Wszystko dlatego, że od lipca ubiegłego roku mieszkańcy obwodu kaliningradzkiego mogą bez wiz przyjeżdżać do Trójmiasta. Takie same możliwości mają Polacy z części województw pomorskiego i warmińsko-mazurskiego. Tylko że Polacy z tej okazji jakoś korzystać nie chcą. Co innego nasi wschodni sąsiedzi. Oni odwiedzają nas tłumnie. Nie interesują ich wprawdzie zabytki i najciekawsze miejsca regionu, a bardziej galerie handlowe, ale od czegoś trzeba przecież zacząć. Polacy nie jeżdżą do Kaliningradu, bo wydaje się im, że tam nic nie ma. A na zakupy jeździć się przecież nie opłaca – u nas taniej. I tak dawny Königsberg pozostaje dla nas wprawdzie bliską, ale wciąż egzotyczną zagranicą. To błąd, bo jest co odkrywać a związki Gdańska i naszego regionu z dzisiejszym Kaliningradem liczą już setki lat.

    Kościół w Kaliningradzie

    – To właśnie z Gdańska wyruszył do Prus Wschodnich święty Wojciech – mówi ks. Jerzy Steckiewicz, który od 1991 roku pełni posługę dla Polonii z obwodu kaliningradzkiego. – W latach 1466–1657 były to ziemie lenne Królestwa Polskiego. O historii dawnego Królewca – Königsbergu, a dzisiejszego Kaliningradu, kapłan wie chyba więcej niż sami Rosjanie, mieszkający tam od zakończenia II wojny światowej. – Oni przyjechali ze wszystkich zakątków ówczesnego Związku Radzieckiego – opowiada ks. Steckiewicz. – To był dla nich zupełnie obcy, nowy świat. Nie czuli związków z tą ziemią, ale przyszło im żyć w nowym miejscu. Co ciekawe, od początków sowieckiej historii Kaliningradu komunistyczna władza zaciekle walczyła z religią. To właśnie w ojczyźnie słynnego filozofa niemieckiego Immanuela Kanta postanowiono zrealizować utopię państwa całkowicie wyzutego z religii. Najostrzej zwalczano religię… prawosławną. – Katolicy jeszcze przez jakiś czas, do roku 1948, mieli swoją parafię – wyjaśnia ks. Steckiewicz. – Potem ateizacja mieszkańców obwodu była prowadzona z całą surowością. Nawet prawosławni musieli jeździć do parafii oddalonej o 150 kilometrów i leżącej na terenie republiki litewskiej. Sytuacja nieco zmieniła się po 1985 r., kiedy pozwolono na utworzenie cerkwi. A jak wyglądała sytuacja katolików, głównie Polaków, mieszkających w Kaliningradzie i innych miejscowościach? – Też nieidealnie – wspomina ksiądz Jerzy Steckiewicz. – Zaczęło być lepiej po upadku ZSRR. Powstały nowe parafie, których obecnie jest na terenie całego obwodu 24. Parafianie to najczęściej małżeństwa mieszane, katolicko-prawosławne. Niestety, aktywni katolicy to mniej więcej 1 procent ogólnej liczby obywateli obwodu. Na szczęście prowadzimy naszą działalność bez przeszkód. Moja parafia, pod wezwaniem św. Wojciecha, jest samowystarczalna. Mamy bibliotekę, organizujemy życie wspólnoty polonijnej, odprawiamy dwie Msze dziennie, a w niedzielę sześć. W obwodzie pracuje ogółem ponad 20 polskich księży. Kiedyś częściej odwiedzali nas kapłani z Polski. Dziś nie ma chętnych, a poza tym coraz mniej młodych księży zna rosyjski. Gdyby któryś z nich zechciał poświęcić trochę czasu na pracę w Kaliningradzie, przyjmiemy go z otwartymi ramionami.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół