• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Cudem ocalony

    dodane 11.04.2013 00:00

    Większość zginęła od strzału w tył głowy. On przeżył. O zbrodni katyńskiej dowiedział się w Jerozolimie 14 kwietnia 1943 roku. Zapisał w pamiętniku: „Pytam sam siebie: czy zasłużyłeś, byś z tylu tysięcy należał do tych, co ocaleli?”.

    Rozmawiam z Bożeną Bator-Sawicką oraz Anną Sawicką, córką i wnuczką Franciszka Batora, jednego z nielicznych, którzy przeżyli zbrodnię katyńską. Pani Bożena pokazuje mi malutkie pożółkłe karteczki gęsto zapisane drobnym pismem. – Gdy wybuchła wojna, tatuś zaczął prowadzić pamiętnik. Notował swoje przemyślenia właściwie każdego dnia. Kartki zaszywał w wojskowym pasie – opowiada.

    Zbawienna pomyłka

    Franciszek Bator przed wybuchem II wojny światowej był nauczycielem i kierownikiem szkoły powszechnej w Budziskach niedaleko Kielc. W 1939 r. został zmobilizowany i przydzielony do Kompanii Rezerwy Policji. Trafił do niewoli sowieckiej. „Jesteśmy już w pułapce, bez wyjścia. Gdzie jesteś, moja Polsko! Gdzie moja wolność! Gdzieś Helu droga i dzieci kochane?!!” – pisał w pamiętniku pod datą 19 września. W jednym z przejściowych obozów został wzięty za Czecha z Legionu Czesko-Słowackiego. W dokumentach bolszewik zapisał go jako Franc Bator. – Prawdopodobnie ta pomyłka uratowała dziadkowi życie – uważa Anna Sawicka. Po dwóch miesiącach trafił do Ostaszkowa. On i pozostali oficerowie, wbrew międzynarodowym konwencjom, nie byli traktowani jak jeńcy wojenni. „Eskorta nasza okropna. Sami młodzi NKWD. Dokuczają nam jak mogą, nawet czynności fizjologicznych załatwić nie pozwalają. Robimy to, idąc. W przeciwnym razie kłują bagnetami” – odnotował Franciszek Bator. Mimo to Polacy wierzyli, że wkrótce wrócą z powrotem do kraju. Starali się nie załamywać, pocieszali jedni drugich. 24 grudnia zorganizowali uroczystą wigilię. „Nigdy jej nie zapomnę. Mamy opłatki gdzieś potajemnie przez naszych upieczone, nawet z krzyżem (...). Płaczemy, a raczej bólem niezrównanym wprost wyjemy wszyscy”.

    Strzelali do nas Sowieci…

    Pierwszy konwój jeńców przeznaczonych do rozstrzelania wyruszył z Ostaszkowa do Tweru 4 kwietnia 1940 roku. Tego dnia Franciszek Bator napisał: „Dziś grupa około 500 ludzi wyjeżdża (...). Tylko dokąd? Żyjemy nadzieją, że do kraju”. Polscy oficerowie nie przypuszczali, że ich koledzy zamiast do Polski, trafili do wykopanych przez Sowietów zbiorowych grobów nieopodal Miednoje. Franciszek Bator opuścił Ostaszków w pierwszym transporcie ocalonych. Był ostatni na liście. Został skierowany do obozu w Griazowcu. Po zawarciu układu Sikorski–Majski służył w armii gen. Władysława Andersa. Współtworzył pismo 2. Korpusu „Orzeł Biały”, którego redaktorami byli m.in. Jerzy Giedroyc i Gustaw Herling-Grudziński. Razem z Andersem przeszedł przez Iran i Irak. Osiadł w Jerozolimie. Pełnił obowiązki kierownika szkoły dla polskiej młodzieży, która uciekła z ZSRS. Dopiero tam dowiedział się o zbrodni katyńskiej. „Dziś jestem wstrząśnięty w głębi duszy straszną wiadomością (...). W Smoleńsku znaleziono kilkanaście trupów znanych oficerów z powyginanymi rękoma do tyłu (...). Gdzie pozostałych 15 tysięcy? Gdzie oni są? Tak samo pewnie zamordowani” – napisał w pamiętniku. Wrócił do Polski w 1946 r., gdzie spotkał się ze swoją żoną Heleną i czwórką dzieci. Do swojej śmierci uczył geografii w jednym z sopockich liceów.

    Ocalić od zapomnienia

    Tyle szczęścia co Franciszek Bator nie miał Stanisław Smektała, przedwojenny policjant pracujący na Kociewiu. Podzielił los kilku tysięcy innych jeńców przetrzymywanych w Ostaszkowie. Jeden z funkcjonariuszy NKWD pozbawił go życia strzałem w tył głowy. Jednak żona i dzieci przez lata sądziły, że ich mąż i ojciec w czasie działań wojennych stracił pamięć i żyje w ZSRS. Szukali go przez Międzynarodowy Czerwony Krzyż i znajomych. Bezskutecznie. – Bardzo kochał swoją rodzinę. Tymczasem po 1 września słuch po nim zaginął. Babcia czekała na dziadka przez całe życie. Zmarła w 1987 roku. Nie dowiedziała się, jaki los spotkał jej męża – mówi Hanna Śliwa-Wielesiuk, wnuczka Stanisława Smektały. – Dopiero w 1990 r., kiedy Michaił Gorbaczow przekazał Polsce dokumenty pochodzące z sowieckich archiwów, okazało się, że najprawdopodobniej dziadek leży w zbiorowym grobie w Miednoje – dodaje. Pani Hanna od 2011 r. jest prezesem Rodziny Katyńskiej w Gdańsku. Stowarzyszenie powstało w 1989 r. z inicjatywy Emilii Maćkowiak. Od lat zajmuje się upamiętnianiem ofiar zbrodni katyńskiej. – Prowadzimy lekcje w szkołach, wspieramy schorowanych i potrzebujących członków stowarzyszenia, organizujemy wyjazdy na cmentarze, gdzie z dala od domu pochowani są nasi najbliżsi, gromadzimy wspomnienia, listy i pamiętniki – wymienia H. Śliwa-Wielesiuk. Z zebranych przez Rodzinę Katyńską dokumentów w 2001 r. powstała książka „Ocaleni z niepamięci”. Stowarzyszenie stara się również, by mord na co najmniej 21 tys. polskich oficerów został zakwalifikowany jako akt ludobójstwa. Od lat apeluje także do władz miasta o postawienie pomnika upamiętniającego ofiary sowieckiej zbrodni oraz nadanie nazwy „ofiar katyńskich” jednej z ulic. Dotychczas prośby te nie zostały wysłuchane.

    Rodzina Katyńska w Gdańsku

    Zachęca wszystkich do udziału w spotkaniach stowarzyszenia, które odbywają się w pierwszy i trzeci czwartek każdego miesiąca w siedzibie Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego przy ul. Do Studzienki 43. Szkoły zainteresowane organizacją lekcji na temat zbrodni katyńskiej proszone są o kontakt pod nr. 609 315 649.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół