• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Archanioły św. Floriana

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 18/2013

    dodane 02.05.2013 00:00

    W powiatowej komendzie w Pucku dyżuruje nieustannie 7 strażaków. Są gotowi, aby w każdej chwili podjąć akcję ratunkową.

    Jak sami mówią, przy likwidacji lokalnych zagrożeń robią dokładnie wszystko. – Zwykle jesteśmy pierwsi na miejscu zdarzenia – mówi st. asp. Ryszard Lieske, zastępca dowódcy Jednostki Ratowniczo-Gaśniczej w Pucku. – Przyjeżdżając np. do wypadku, musimy wszystko ogarnąć, zabezpieczyć teren. Trzeba ewakuować osoby z samochodu, jeżeli taka jest potrzeba. Zdarza się, że reanimujemy poszkodowanych. Standardem jest kierowanie ruchem. Do naszych obowiązków należy ratownictwo medyczne, wysokościowe, chemiczne, ekologiczne. Jeździmy też do powodzi i do pożarów, których na szczęście jest coraz mniej – dodaje. W Państwowej Straży Pożarnej pracuje od 20 lat. Można mieć wrażenie, że jego przygoda ze strażą rozpoczęła się banalnie. Skierowano go tam z pośrednictwa pracy. Przeszedł pomyślnie badania i zaczął się piąć po szczeblach zawodowej kariery – od stażysty do starszego aspiranta.

    Po drodze była szkoła podoficerska w Bydgoszczy i centralna szkoła w Częstochowie. Tak zaczęła się jego życiowa pasja. – To jest odpowiedzialna służba. Daje poczucie spełnienia, bo służy się ludziom. Gdy uratujesz kogoś z wypadku czy pożaru, to daje naprawdę wielką satysfakcję – mówi pan Ryszard. Obecnie wiele interwencji puckiej PSP stanowią wyjazdy do wypadków drogowych. Na wiodącej na Półwysep Helski drodze jest ich niemało. Ostatnio w podpuckim Celbowie zginęło 5 mężczyzn. – To była spora trauma dla ratowników. Mimo że większość z nas pracuje tu nie od dzisiaj, to jednak taki wypadek robi wrażenie – stwierdza. Najcięższym doświadczeniem są zawsze wypadki z udziałem dzieci. To najbardziej zostaje w psychice człowieka – dodaje. W każdym wozie bojowym oprócz 7 strażaków jest miejsce dla kilku innych. Są to pluszowe maskotki, miśki – dla poszkodowanych w wypadku dzieci. – Jak dajesz dziecku tę maskotkę, to od razu ją przytula. I jest trochę lepiej – mówi strażak.

    W ratowaniu życia niezwykle ważna jest kondycja psychiczna poszkodowanych. A o życiu decydują czasem sekundy. Strażacy stają się więc czasem także psychologami. Pan Ryszard wspomina, że podczas jednego z ciężkich wypadków wyciągali z rozbitego samochodu kobietę w ciąży. W czasie oczekiwania na pogotowie, on cały czas trzymał ją za rękę. Wiedział, że w tym momencie to było najważniejsze. Ale czasem i sami ratownicy potrzebują fachowca. Tak było po ostatnim wypadku w Celbowie. Przyjechała do nich pani psycholog z Komendy Wojewódzkiej. Na pytanie, czy strażakowi zdarza się odczuwać strach, mówi: – Na akcji nie ma czasu, aby myśleć o swoim życiu. Taka jest adrenalina… Człowiek myśli tylko o jednym: dojechać i zacząć działać. Niezwykle ważna jest tu współpraca pomiędzy strażakami a stanowiskiem kierowania. Choć jesteśmy przygotowani na każdą sytuację, dobrze jest wiedzieć, do czego jedziemy. Za jedną z najważniejszych rzeczy uważa jednak to, by ci, którzy razem dosłownie idą w ogień, mogli być siebie nawzajem pewni. W drużynie stanowią jedną rodzinę. Ufają sobie. Pan Ryszard wie, że żaden z nich nie zostawi kolegi w zagrożeniu.

    Zawodowi strażacy współpracują z lokalnymi ochotnikami. Organizują dla nich kursy podstawowe, techniczne oraz dowodzenia. Jednostki OSP z krajowego systemu przejmują także obowiązek czuwania nad bezpieczeństwem w gminie, gdy zawodowi strażacy podejmują interwencje przy większych zdarzeniach. Jakub Pienszka jest uczniem trzeciej klasy technikum gastronomicznego w Kłaninie. Na pytanie, skąd wziął się pomysł wstąpienia do OSP, odpowiada z uśmiechem: – Każdy młody chłopak marzy, żeby zostać strażakiem. Mnie po prostu nie przeszło. Zapisałem się do OSP, żeby pomagać innym – tłumaczy. Jest strażakiem od roku. Jego kolega Marcin Piontke, z zawodu stolarz, zaczynał już w Młodzieżowej Drużynie Pożarniczej. Mimo młodego wieku mają już za sobą poważne interwencje. Marcin ratował z wypadku motocyklistę. – Ciężko było, ale zawsze trzeba udzielić pomocy. Motocyklista przeżył, ale był strasznie poturbowany – wspomina. Marzy o pracy zawodowego strażaka. Ostatnio zostali wezwani do nieprzytomnego człowieka. Drogi były zasypane śniegiem. Pogotowie nie mogło dojechać przez 1,5 godziny. Od razu zorientowali się, że mają do czynienia ze zmarłym. Trzeba go było jednak reanimować. Zgon stwierdzić może tylko lekarz. Młodzi strażacy sprostali i temu zadaniu. – Nie wiem, czy jesteśmy bohaterami. Bohaterem to może być każdy człowiek. To porostu trzeba lubić – podsumowuje Ryszard Lieske.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół