• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Byli tylko numerami

    dodane 09.05.2013 00:00

    Ze Zdzisławem Arkuszyńskim, byłym więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, obrońcą życia, twórcą witryny internetowej upowszechniającej ideę duchowej adopcji, rozmawia Jan Hlebowicz.

    Jan Hlebowicz: Miał Pan proroczy sen...

    Zdzisław Arkuszyński: Tak. Otacza mnie szara, przygnębiająca sceneria. W pewnej chwili widzę olśniewającą światłość. Rozpoznaję Jezusa Chrystusa, który mówi: „Świat został opanowany przez wielkie zło i grzech. Ja ponownie idę do ludzi, by głosić Ewangelię i nauczać ich wiary, nadziei i miłości”. Krajobraz się zmienia. Mijam baraki ustawione w równych odstępach. Przed otwartymi drzwiami jednego z nich widzę brudnych, zmizerniałych ludzi w obdartych ubraniach. Stoją z czerwonymi miskami i powoli przesuwają się w kolejce po posiłek. Budzi mnie przeraźliwy huk. Trwa nalot niemieckich samolotów na Tomaszów Mazowiecki – moje rodzinne miasto. Jest 1 września 1939 r. Rozpoczyna się II wojna światowa.

    W 1943 r. do Pana drzwi zapukali Niemcy.

    Zostałem aresztowany w wieku 21 lat. Miesięczny pobyt w więzieniu był koszmarem. Gestapowcy w czasie śledztwa bili mnie, gdzie popadło, ostro zakończonymi batami. Któregoś razu z ust wyrwał mi się okrzyk: „Maryjo, ratuj!”. Moi oprawcy zaczęli się śmiać. Wycieńczony i wygłodzony razem z tysiącem innych osób zostałem wywieziony do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Cały transport zatrzymał się przed bramą wejściową z napisem: „Arbeit macht frei”. Już nie miałem imienia i nazwiska. Stałem się numerem 131602 wytatuowanym na lewym ramieniu. Trafiłem do Birkenau. Mój brat Czesław do Auschwitz.

    Zaczęła się gehenna.

    Od samego początku Niemcy stosowali metodę systematycznego wyniszczania organizmu więźnia bezsensowną pracą oraz fizycznymi torturami. Kazali przenosić biegiem kamienie, przez wiele godzin stać w przysiadzie bez kropli wody, skakać „żabką” albo czołgać się w błocie. Powoli zanikały wszystkie funkcje organizmu – nastąpiły zakłócenie mowy, ospałe poruszanie się, zanik zdolności jasnego myślenia. Nieustanny głód wywoływał bolesne ssanie żołądka. Byłem jednym z tych ludzkich widm z mojego snu. Po czterech tygodniach pobytu w Birkenau czułem, że powoli umieram.

    Jak Pan to przeżył?

    Zdarzył się cud. Pomogła mi przedwojenna znajomość z Danką Figielówną, z którą od 1941 roku pracowałem w składzie aptecznym. Ona została aresztowana jeszcze przede mną. Okazało się, że w obozie zakochał się w niej szef tzw. biura zatrudnienia. Pewnego dnia, gdy przechodziłem obok niego wraz z innymi więźniami, zapytał: „Chłopaki, który z was pochodzi z Tomaszowa? Niech się zgłosi!”. Gdy okazało się, że znam Dankę osobiście, zabrał mnie do magazynu odzieżowego i wręczył czyste ubranie. Zostałem przydzielony do bardzo lekkiej i dobrej pracy przy zapisach ewidencji przepływu więźniów. Boża Opatrzność wskazała mnie jako świadka ludobójstwa.

    Aż boję się spytać, co działo się później...

    W okresie nasilenia transportów widziałem przez drut kolczasty, jak drogą do komór gazowych podążały tłumy ludzi. Kierowano ich do upozorowanej rozbieralni i zabijano sproszkowanym cyklonem B. Ciała zamordowanych Sonderkommando przewoziło na wózkach do krematoriów, gdzie były spalane, a popiół wywożono i wrzucano do rzeki. Któregoś razu usłyszałem huk. Spojrzałem w tym kierunku. Odwróciłem się i zobaczyłem kłębowisko ludzkich ciał, które wysypały się z komory gazowej przez słabo zamocowane wrota. Zwłoki były oblepione odchodami i wymiotami. Widok był przerażający.

    Jak traktowano kobiety?

    W czasie selekcji na rampie esesmani wysyłali ciężarne Żydówki na śmierć. Te z nich, u których ciąża nie była jeszcze widoczna, pozostawiano przy życiu. Po porodzie niemieckie kryminalistki topiły niemowlęta w beczkach.

    Panu groziła śmierć?

    Na początku 1944 roku wymieniano nam bieliznę, która była dezynfekowana i odwszawiana. Nie sprawdziłem, czy nie ma insektów. Okazało się, że w szwach koszuli są wszy. Pogryzły mnie i dostałem wysokiej gorączki. Zachorowałem na tyfus. Chorych przyjmowano do szpitala, lecz nie podawano im żadnych lekarstw. Mój organizm wytrzymał. Znowu cud. Po pewnym czasie przeniesiono mnie na blok dla rekonwalescentów, gdzie rutynowo esesmani wybierali kolejne osoby przeznaczone na zagładę. Mnie pominęli.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół