• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Społeczność jak lustro

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 23/2013

    dodane 06.06.2013 00:00

    30 lat gdańskiego Monaru. – Tu nie da się niczego ukryć. Jeżeli jesteś kanciarzem, od razu to wyczują. To taka mądrość społeczności – mówi dr Marcin Szulc, który od lat prowadzi badania nad zjawiskiem uzależnień.

    W głębi ogromnego ogrodu dom o białych ścianach. Przez szeroko otwartą bramę widać młodych ludzi w drelichach wykonujących przeróżne prace. Na pierwszy rzut oka nie można dostrzec, że to miejsce, w którym toczy się najprawdziwsza walka na śmierć i życie.

    Z pomocą brata

    Paweł przyjechał tu z południa. Zaczął brać, gdy miał 17 lat. – Amfetamina, metaamfetamina, pigułki, marihuana… – wylicza. – Piłem też alkohol. Był taki moment, że byłem już na skraju życia, zniszczony psychicznie i fizycznie. Liczyły się tylko narkotyki. – opowiada. Gdy przybył do ośrodka, przy wzroście 194 cm ważył zaledwie 59 kilogramów. Jest najmłodszy z czworga rodzeństwa. Na leczenie zgodził się za namową brata. Na początku nie chciał. Później, po kolejnych doświadczeniach, podjął jednak decyzję. Chce się leczyć. – Ten ośrodek poleciła mi pani psycholog. Posłuchałem. Szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy do Gdańska. Przywiózł mnie brat ze swoją dziewczyną. To było 14 miesięcy temu. Nie żałuję. Jestem bardzo zadowolony – relacjonuje Paweł.

    Początki nie były łatwe. – Najpierw był wstyd. Zgrywałem strasznego głupka. Pamiętam, że kiedy się przedstawiałem, była jedna beczka śmiechu. Musiałem opowiedzieć, jak to ze mną było. To niełatwe – mówi. – Najtrudniej przyszło mi się przełamać i przyznać przed sobą, że coś w życiu może mi nie wychodzić. To ciężka walka. Stanięcie w prawdzie jest trudne. Jestem typem idealisty. Może bardziej chciałem być – zastanawia się. W dniu wyjazdu do ośrodka pogodził się z siostrą. Wcześniej nawet się do siebie nie odzywali. Ale od momentu, w którym podjął leczenie, wszystko zaczęło układać się na nowo. Dzisiaj mówi młodym, zwłaszcza tym, którzy mają problemy z rodziną i relacjami: „Nie warto brać narkotyków. Trzeba szukać pomocy ze strony tych, którzy się na tym znają”. Podkreśla, że aby nie czuć się samotnym, trzeba rozmawiać. Czasem zwykła rozmowa pomaga bardziej niż podejmowane działania. – Ja pomocy nie szukałem. Dzisiaj chyba już bym nie żył. Pewnie bym zawisł gdzieś na sznurku – dodaje. W Gdańsku skończył rozpoczętą naukę w gimnazjum. Teraz jest w szkole średniej. Niedługo będzie zdawał egzamin na prawo jazdy. Chciałby służyć w wojsku. Nie zamierza wracać do rodzinnej miejscowości. Swoją przyszłość wiąże z Wybrzeżem. – Przychodzą czasem gorsze dni. Pojawia się kryzysik, czasem agresja. Ale znam już sposoby dowartościowania siebie. Uczą tego na terapii. Nie można się poddać. Całe życie się poddawałem i właśnie dlatego brałem narkotyki. Po części to była moja wina. Po części czynniki zewnętrzne. Ważne, że zmieniam to, co mam w sobie, i się nie poddaję – wyznaje.

    Dom na zawsze

    – Dla wszystkich, którzy przeszli przez nasz ośrodek, ten dom pozostaje ich domem na zawsze. Mogą tu wrócić, jak mają kłopoty. Powtarza się im cały czas, że w razie potrzeby ten dom stoi dla nich otworem. Czasem nawet dorośli przyjeżdżają tutaj, aby porozmawiać albo pobyć przez chwilę. Czasem dzwonią i pytają: czy ja mogę tutaj pobyć, popracować, bo mam trudny moment w życiu. Zgadzamy się na to – mówi Grzegorz Kędzioł, terapeuta, pedagog. W ośrodku przebywa obecnie 32 młodych ludzi. Przy ich terapii pracuje kilkanaście osób. Pięciu psychologów, reszta to pedagodzy. Każdy z nich ma certyfikat specjalisty lub instruktora uzależnień. Pełnią dwunastogodzinne dyżury. Najpierw zwykle zgłaszają się opiekunowie. Rodzice, wychowawcy albo pracownicy poradni. Wówczas w ośrodku przygotowuje się miejsce. – Trafiający do nas muszą mieć skierowanie od lekarza pierwszego kontaktu i od psychiatry. No i spełniać pewne kryteria. Żyjemy w ośrodku młodzieżowym. W naszym przypadku więc nie mogą mieć więcej niż 21 lat – relacjonuje pan Grzegorz. Powinni też wyrazić chęć leczenia. Czasem jednak tej chęci nie ma. Bywa, że przybywają do ośrodka, ponieważ nakazują im to rodzice. Czasem zmusza ich do tego tocząca się sprawa sądowa. – To nam w zupełności wystarcza – mówi Grzegorz Kędzioł. – Na początku jest rozmowa wstępna, potem wywiad dotyczący stanu, w jakim uzależniony do nas przyszedł, i tego, w jakim jest kontakcie. Rozmowa z rodzicami, jeżeli jest osobą niepełnoletnią. Jeżeli jest dorosły, to z samym zainteresowanym. Potrzebny jest też wywiad lekarski. Musimy wiedzieć, jakie ma schorzenia – dodaje. Później trzeba się przedstawić społeczności. Powiedzieć coś o sobie. Młodzi najczęściej pytają o zainteresowania, o rodzinę, rodzeństwo. Wszystko po to, aby uzyskać status obserwatora. To czas przeznaczony na zapoznanie się z życiem społeczności. – Jak już wszystko rozumie, decyduje się na to, by być nowicjuszem – mówi pan Grzegorz. Terapia może czasem trwać nawet i dwa lata. Po jej zakończeniu niektórzy chcą pozostać w ośrodku. – Mamy tutaj hostel dla takich osób. Korzystają z niego ci, którzy np. chcą skończyć szkołę. Jest także mieszkanie readaptacyjne, które my opłacamy. Mieszkańcy muszą jedynie pokryć koszty mediów. Zwykle korzystają z niego trzy osoby – opowiada.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół