• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Wierny gdańszczanin

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    – Jego życie nie było łatwe. Osobiście doświadczył zbrodniczego działania dwóch morderczych totalitaryzmów: nazizmu i komunizmu – mówi ks. infułat Stanisław Bogdanowicz.

    Rok po przejściu na emeryturę bp Zygmunt Pawłowicz wziął udział w pielgrzymce do Ziemi Świętej. Czuł się bardzo dobrze – był aktywny i pogodny. Mimo to najbliższym powtarzał: „jestem tu już po raz ostatni”. Zaprzeczenia przyjmował z uśmiechem. Mijają 3 lata od jego śmierci. Dzisiaj dzięki najnowszej książce ks. Stanisława Bogdanowicza możemy poznać niezwykłą historię gdańskiego biskupa.

    Ministrant błogosławionego

    Zygmunt Pawłowicz urodził się 18 listopada 1927 roku w Wolnym Mieście Gdańsku. Wraz z trojgiem braci spędził beztroskie dzieciństwo w Sopocie, kurorcie chętnie odwiedzanym przez gości z całej Europy. Kiedy skończył 7 lat, zamieszkał razem z rodziną w gdańskiej dzielnicy Nowy Port, gdzie w dawnych koszarach pruskich utworzono osiedle dla polskich rodzin urzędniczych.

    – W kompleksie tym działały różne stowarzyszenia katolickie, edukacyjne i społeczne, m.in. dom harcerza, chór, świetlica oraz biblioteka. Po drugiej stronie kanału portowego znajdowała się słynna placówka wojskowa Westerplatte – uzupełnia ks. Bogdanowicz. Zygmunt Pawłowicz został ministrantem w kaplicy pw. Matki Boskiej Częstochowskiej. Tam miał okazję bliżej poznać ks. Mariana Góreckiego, duszpasterza lokalnej Polonii, przyszłego męczennika II wojny światowej i błogosławionego. Czy ta znajomość miała wpływ na wybór drogi życiowej przyszłego biskupa? – Nie znalazłem na ten temat żadnych informacji w źródłach. Jednak podczas prywatnych rozmów biskup parokrotnie opowiadał o ks. Góreckim, od którego uczył się nie tylko umiłowania Kościoła, ale także patriotycznej postawy – odpowiada ks. Bogdanowicz. W 1934 roku Zygmunt rozpoczął naukę w polskiej szkole. W opinii jej kierownika „był uczniem bardzo dobrym”. Nieco gorzej szły mu jedynie rysunek, ćwiczenia gimnastyczne i śpiew.

    Hakenkreuz, sierp i młot

    „Wybiła godzina, na którą czekaliśmy z utęsknieniem przez dwadzieścia lat. Na wszystkich budynkach publicznych Gdańska od dzisiaj rana powiewają po raz pierwszy flagi z hakenkreuzem” – przemawiał do gdańszczan 1 września 1939 roku nazista Albert Forster. Kilka dni przed wybuchem II wojny światowej rodzina Pawłowiczów, aby nie wpaść w ręce gestapo, opuściła WMG i wyjechała do dziadków mieszkających w Chełmży. W czasie hitlerowskiej okupacji Zygmunt został zmuszony przerwać naukę. Wykonywał różne prace – był ekspedientem, gońcem, uczniem stolarskim, pracownikiem w mleczarni, a także robotnikiem w młynie. W 1947 roku rozpoczął starania o przyjęcie do seminarium duchownego. „Jak sądzić z jego dotychczasowych przemówień będzie dobrym kaznodzieją” – możemy przeczytać w opinii wystawionej na jego temat przez ks. Władysława Szulta. – Jako przedwojenny gdańszczanin, młody Zygmunt pragnął zostać kapłanem diecezji gdańskiej, dźwigającej się z ruin do nowego życia – wyjaśnia ks. Bogdanowicz. Od 1951 roku jako wikariusz parafii Świętej Rodziny na gdańskich Stogach opiekował się ministrantami, lokalną młodzieżą, organizował wycieczki i zajęcia sportowe. Jego aktywność nie uszła uwadze komunistycznych władz. Tym bardziej że odmówił „propozycji nie do odrzucenia”, czyli przystąpienia do grona tzw. księży patriotów. – Reakcja w stylu stalinowskim nastąpiła nagle i bez żadnego uprzedzenia. W lutym 1953 r. otrzymał nakaz opuszczenia Gdańska – tłumaczy ks. Bogdanowicz. 5 marca wygnaniec ze Stogów zapukał do bram wielewskiego sanktuarium, aby przedstawić się nowemu proboszczowi. – Czy ksiądz wie, co się dziś wydarzyło? – przywitał go nowy szef zaskakującym pytaniem. – Nie, nic do mnie nie dotarło – odpowiedział ks. Pawłowicz. – Umarł Józef Stalin.

    Proboszcz, duszpasterz, naukowiec

    W 1964 roku ks. Zygmunt Pawłowicz został proboszczem kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Stegnie. Przeprowadził kapitalny remont plebanii, która ucierpiała w czasie działań wojennych, a na terenie byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Stutthof zapoczątkował Msze św. gromadzące byłych więźniów. – Oczywiście nie podobało się to władzy ludowej, która w roku milenijnym postawiła mu zarzut popełnienia wykroczenia z powodu wywieszenia w kościele sztandaru obcego mocarstwa, czyli... Watykanu – mówi ks. Bogdanowicz. W obronę proboszcza zaangażowała się kuria gdańska, wyjaśniając, że flaga biało-żółta jest znakiem Kościoła Rzymskokatolickiego, to znaczy uznanego oficjalnie w PRL związku religijnego. – Zygmunt Pawłowicz był nie tylko aktywnym duszpasterzem i proboszczem, ale także wybitnym intelektualistą – dodaje ks. Bogdanowicz. Opublikował ponad 200 prac, z czego aż 32 książki, w tym wielokrotnie wznawianą „Kościół a sekty w Polsce”. Przez kilkadziesiąt lat wykładał także teologię fundamentalną i religiologię w Gdańskim Seminarium Duchownym. W 1985 roku decyzją Jana Pawła II został biskupem pomocniczym. „Uważałem, że powinien nim zostać gdańszczanin, człowiek osadzony w tutejszej rzeczywistości” – mówił w jednym z wywiadów abp Tadeusz Gocłowski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół