• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Morska woda siły doda

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 29/2013

    dodane 18.07.2013 00:00

    Przez wieki z kąpieli w morzu korzystano bardziej dla podratowania nadwątlonego zdrowia niż dla przyjemności. Kuracjusze mogli zażyczyć sobie masażu wodnego nerek, polewania uszu i krtani, a nawet... płukania nosa.

    Od początku XIX w. Sopot stał się miejscem odwiedzin gości z różnych zakątków Europy. Jednak za właściwy początek dzisiejszego uzdrowiska uznawany jest rok 1823. Wtedy Jean George Haffner, osiadły w Gdańsku lekarz, pochodzący z Alzacji, otworzył tu własny zakład kąpielowy, dom zdrojowy, a także wybudował 40-metrowe drewniane molo. Jednocześnie objął funkcję dyrektora kąpieliska, którego zadaniem była opieka nad przybywającymi tu kuracjuszami.

    Po kąpieli idź na spacer

    Profesjonalnie urządzony kurort musiał posiadać tzw. zakład przyrodoleczniczy, oferujący różnego rodzaju zabiegi w wodzie zimnej i gorącej, z dodatkiem soli i innych związków mineralnych. W Sopocie tym celom służył tzw. Warmbad. W jego wnętrzu znajdowało się 7 niewielkich kabin kąpielowych, wyposażonych w porcelanowe, cynkowe i drewniane wanny, do których woda doprowadzana była za pomocą 75-metrowej rynny biegnącej od Zatoki Gdańskiej. Goście uzdrowiska, oprócz kuracji parowych, błotnych i natryskowych, korzystali także z kąpieli w morzu. – Wytyczoną część plaży, gdzie można było zanurzyć się w morskiej wodzie, nazywano łazienkami. Panie i panowie pływali oddzielnie – wyjaśnia Justyna Gibbs z Muzeum Sopotu. Plażowicze, niezależnie od pochodzenia, wykształcenia czy stanu majątkowego, musieli przestrzegać 25 przepisów korzystania z kąpieli morskich autorstwa Haffnera. W jednym z nich radził: „wchodzenie do morza nie powinno odbywać się ani za płochliwie, ani za szybko. Najlepiej zanurzyć ciało prostopadle zgięciem kolan aż po szyję. Po wyjściu na brzeg wskazany jest spacer”.

    Odzież szkodzi?

    Zwyczaje, jakie w XIX w. panowały na plaży, mogłyby zdziwić niejednego współczesnego turystę. Przede wszystkim dlatego, że powszechnie kąpano się... nago. – Nie wynikało to jednak z bezpruderyjności, a raczej z ówczesnych wskazówek medycznych – podkreśla J. Gibbs. „Zgadzają się na to wszyscy prawie lekarze, iż w kąpielach zimnych wszelka odzież szkodzi. Przekonano się bowiem, iż używając takowej, ulegali zawsze gośćcom i nieżytom” – pisał w 1840 r. prof. Fryderyk Skobel z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jednak już od połowy XIX w. zaczęto odchodzić od tych praktyk. – Pojawiły się stroje kąpielowe, które z czasem były coraz bardziej zabudowywane, a panie wchodziły do morza nawet w specjalnych butach – uzupełnia J. Gibbs. W Sopocie na szeroką skalę wykorzystywano wozy kąpielowe zaprzęgnięte w konie. Wskakiwano z nich lub schodzono po schodkach wprost w głębię morską. Wozy, będące jednocześnie przebieralniami, służyły przede wszystkim wygodzie dam, osłaniając je przed ciekawskim spojrzeniem nieznajomych. Z zachowanych wspomnień i listów wynika, że większość kuracjuszy była zadowolona z pobytu w Sopocie. Jednak malkontentów też nie brakowało. „Kochana Mamo. My śpimy, jemy, leżymy nad morzem i nudzimy się. Wilgoć tu taka, że wszystko mokre, a nogi stale przemoczone. Morze słone i ciągle się słyszy szwabski język” – narzekała prawie 100 lat temu plażowiczka.

    Na śniadanie piwo z mlekiem

    Wraz z rozwojem uzdrowiska, jego coraz większą popularnością, a także wynalezieniem nowych metod leczenia Sopot zyskiwał kolejne obiekty lecznicze. Oprócz zakładu kąpielowego działało tu kilka sanatoriów, pojawiły się pierwsze gabinety psychiatryczne oraz zakłady stomatologiczne. W tych ostatnich pacjentów najczęściej przyjmowali nie lekarze dentyści, ale technicy bez studiów wyższych. – Wiertło dentystyczne wprowadzano w ruch za pomocą nożnego pedała, nie było też środków znieczulających. Pójście do stomatologa w tamtym czasie wymagało niemałej odwagi – mówi J. Gibbs. Dużą popularnością cieszyły się naświetlania radem, a także zdjęcia przenośnym aparatem rentgenowskim. – Dzisiaj obie praktyki uznaje się za szkodliwe. W przypadku rentgena nie stosowano jakiejkolwiek ochrony ani dla osoby robiącej zdjęcie, ani dla pacjenta – wyjaśnia J. Gibbs. Pod koniec XIX w. w Sopocie otworzono pierwsze sanatorium dla dzieci cierpiących na tzw. zołzę, czyli bardzo bolesne ropienie żuchwowych węzłów chłonnych. Źródłem wiedzy na temat stosowanej w placówce diety jest jadłospis z 1887 r., który zachował się do dzisiejszych czasów. Dzieci na drugie śniadanie dostawały kanapkę z mięsem oraz szklankę grzanego ciemnego piwa z mlekiem, jajkiem i cukrem. Warzywa, w tym przede wszystkim ziemniaki, jadły raz na tydzień. Co ciekawe, zaledwie kilkanaście lat później w Sopocie wielką furorę zrobiła metoda leczenia dr. Heinricha Lahmanna, który uważał, że wszystkie choroby spowodowane są złym sposobem odżywiania. – Dlatego zalecał dietę bogatą w warzywa, owoce i orzechy, uzupełnione o mleko i produkty mleczne, a także chleb pełnoziarnisty – tłumaczy J. Gibbs. Mięso można było jeść tylko w niedzielę...

    Dowiedz się więcej!

    Muzeum Sopotu zaprasza wszystkich chcących poznać historię sopockiej medycyny, na nowo otwartą wystawę pt. „Od Jeana George’a Haffnera po Jadwigę Titz-Kosko, czyli krótka historia lecznictwa w Sopocie”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół