• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Gdzie się podziały ideały?


    Jan Hlebowicz


    |

    Gość Gdański 34/2013

    dodane 22.08.2013 00:00

    33. rocznica strajków sierpniowych. 
– Każdy dzień w PRL był szary 
i bez wyrazu. Kiedy 14 sierpnia 
wszedłem do stoczni i zobaczyłem radosnych, uśmiechniętych ludzi, oniemiałem z wrażenia. Znalazłem się w innym świecie i nie chciałem go już opuszczać.


    Andrzej Kołodziej zaczął pracę w Stoczni Gdańskiej im. Lenina jako 18-latek. Za drukowanie i kolportaż niezależnego pisma „Robotnik Wybrzeża” oraz działalność w Wolnych Związkach Zawodowych został zwolniony w 1980 roku. Podobnie jak Anna Walentynowicz. – Była znanym, nagradzanym i szanowanym pracownikiem – przyznaje Arkadiusz Kazański, historyk z IPN.

    – Pięć miesięcy przed osiągnięciem wieku emerytalnego została dyscyplinarnie usunięta ze stoczni. To przelało czarę goryczy. Członkowie WZZ i stoczniowcy postanowili stanąć w obronie swojej przyjaciółki.


    Partyjnych wyrzucałem


    Robotnicy Jerzy Borowczak, Bogdan Felski i Ludwik Prądzyński pod kierownictwem Bogdana Borusewicza wcześnie rano wywołali strajk. Do południa protestował już prawie cały zakład. Do stoczni przybył Lech Wałęsa, także zwolniony z pracy, który stanął na czele Komitetu Strajkowego. Stoczniowcy na wiecu zażądali m.in. ponownego zatrudnienia usuniętych z zakładu robotników, wystawienia pomnika ofiar Grudnia oraz podwyżki płac. – Pamiętam pierwsze wystąpienie Lecha Wałęsy. Jego słowa brzmiały inaczej od propagandowej papki lejącej się codziennie z urzędowego radia i telewizji. To był autentyczny człowiek, który mówił wprost, czytelnie i rzeczowo – wspomina Krzysztof Figel, działacz „Solidarności”. – Panowała atmosfera festynu. Było wesoło, na twarzach strajkujących widziałem ogromny entuzjazm. Stocznia stała się niewielkim skrawkiem wolnej Polski – uzupełnia A. Kołodziej, który razem z innymi członkami WZZ postanowił rozszerzyć strajk na inne zakłady. – Chodziło o coś więcej niż podwyżki. Chcieliśmy niezależnych związków zawodowych – wyjaśnia. 15 sierpnia ubrany w nowiutki drelich, z plikiem ulotek zjawił się w gdyńskiej stoczni. – Dostałem tam pracę dzień wcześniej. Miałem 21 lat, nikt mnie nie znał. Pewnie przez niektórych zostałem wzięty za prowokatora – przyznaje.
– Mówił o tym, co się dzieje w Gdańsku, o wykorzystywaniu klasy robotniczej i złej gospodarce. Udało mu się nas za sobą pociągnąć – opowiada Zygmunt Pałasz, stoczniowiec. Dyrektor oznajmił strajkującym, że z gówniarzami nie będzie rozmawiał. Bez jego zgody przejęli radiowęzeł i drukarnię. – Zamknęliśmy dyrekcję pod kluczem, pozwalając jedynie wychodzić do toalety. Postanowiliśmy też wyrzucać z zakładu partyjnych aktywistów, którzy szerzyli antystrajkowe hasła. Musieli przejść przez szpaler oczekujących przed stocznią żon robotników. To było dla nich bardzo upokarzające – wspomina Kołodziej.


    On nas zdradził


    – Andrzej Kołodziej dążył do konfrontacji z władzą, dawał pretekst do zastosowania środków ostatecznych. Gdyby podobnie działał Gdańsk, nigdy nie doszłoby do podpisania porozumień sierpniowych – ocenia Zenon Kwoka, współorganizator strajku komunikacji w Trójmieście. – Chciałem rewolucji – odpowiada Kołodziej. –Gdyby nie stanowcze działanie, nie przejęlibyśmy drukarni, która okazała się kluczem do sukcesu Sierpnia’80. Wydaliśmy 3 mln ulotek. Przełamaliśmy monopol rządowych mediów i pokonaliśmy cenzurę – uzupełnia.
Tymczasem 16 sierpnia do strajkujących z całego Trójmiasta dotarła wiadomość, że Lech Wałęsa poszedł na układ z władzą, zgodził się na podwyżkę cen i robotnicy rozchodzą się do domów. – On nas zdradził, zostawiając na pastwę losu. Pracownikom komunikacji proponowano podniesienie pensji o 2 tys. zł już dzień wcześniej, w zamian za przystąpienie do pracy. Wówczas, w geście solidarności z innymi zakładami, nie zgodziliśmy się – wspomin a Z. Kwoka.
– Wcześniej odbyło się głosowanie. To nie była indywidualna decyzja Wałęsy. On ją tylko wygłosił jako przewodniczący KS. Ostatecznie strajk był prowadzony dalej – tłumaczy. A. Kazański. – To nie zasługa Walentynowicz, Pieńkowskiej i Ossowskiej, które zatrzymywały wychodzących ze stoczni robotników – twierdzi Kwoka. – To my, zaniepokojeni biegiem wydarzeń, wraz z innymi przedstawicielami trójmiejskich zakładów, przyjechaliśmy do Gdańska i wymusiliśmy kontynuację strajku solidarnościowego – dodaje.
W nocy z 16 na 17 sierpnia strajkujący powołali Międzyzakładowy Komitet Strajkowy. Jednak morale robotników zostało znacznie osłabione. – Była niedziela. Postanowiliśmy zorganizować Eucharystię dla stoczniowców – mówi Kołodziej. W Gdyni Mszę św. odprawił ks. Hilary Jastak, a w Gdańsku ks. Henryk Jankowski. Na bramach stoczni pojawiły się krzyże i obrazy z wizerunkami Matki Boskiej oraz portrety Jana Pawła II. – To był moment przełomowy. Przystąpienie do spowiedzi i Komunii św. dało ludziom poczucie bezpieczeństwa, wspólnoty, podniosło na duchu – ocenia A. Kazański. Następnego dnia MKS opracował 21 postulatów...


    Łysy jest z nami


    Tadeusz Fiszbach, I sekretarz KW PZPR w Gdańsku, dowiedział się o strajku, będąc na urlopie. – Usłyszałem w słuchawce: „zaczęło się”. Od razu wiedziałem o co chodzi. Wsiadłem w samochód i wróciłem do Trójmiasta – opowiada. Fiszbach miał doświadczenie w rozmowach z robotnikami. – Podczas Grudnia’70 bez żadnej obstawy pojechał do zakładów „Polmo” w Tczewie, by uspokoić strajkujących. Dzięki temu nie doszło tam do przelewu krwi – informuje Piotr Brzeziński, historyk z IPN. Jego zdaniem Fiszbach w czasie strajków sierpniowych pozostawał w stałym kontakcie z Biurem Politycznym KC PZPR. – Ludzie z Warszawy byli skonsternowani. Pytali mnie: „Towarzyszu, co wy uważacie?”. To mi było na rękę – mogłem prowadzić ze stoczniowcami dialog – mówi T. Fiszbach.
Sytuacja zmieniła się, gdy do Gdańska przyjechała rządowa komisja na czele z Tadeuszem Pyką. – Miał podzielić strajkujących. Ignorował MKS, a rozmawiał z innymi zakładami pracy. Nie konsultował się też z nami. Obiecywał rozwiązania niemożliwe do zrealizowania – wyjaśnia Fiszbach. Po mieście krążył dowcip: „co robi Pyka? – Wałęsa się. A co na to Wałęsa? – Pyka sobie z fajki”. 21 sierpnia Pykę zastąpił Mieczysław Jagielski, który rozpoczął rozmowy z MKS. – Od tego momentu współpraca zaczęła się układać – podkreśla T. Fiszbach, który na IV Plenum KC w Warszawie powiedział publicznie, że postulaty stoczniowców są uzasadnione. Wówczas został wytupany przez tzw. beton partyjny. – Wydrukowana treść mojego wystąpienia pojawiła się w stoczniowej gablotce. Robotnicy flamastrem dopisali: „Łysy jest z nami” – wspomina.
– Słowa I sekretarza z Gdańska nie spodobały się wielu towarzyszom. Fiszbach realnie oceniał sytuację, wiedział, że władza powinna pójść na ustępstwa. Warto jednak podkreślić, że z początku próbował jak najszybciej zakończyć protest obietnicą podwyżek – twierdzi P. Brzeziński. Czy w ścisłym kierownictwie partii były plany pacyfikacji stoczni? – Do naszych uszu docierały plotki, że twardogłowi działacze planują rozwiązanie siłowe. Również w Gdańsku niektórzy wojskowi oraz ludzie służb specjalnych opowiadali się za zdecydowanymi działaniami – przyznaje T. Fiszbach.


    Uśpione ideały


    31 sierpnia 1980 r. w sali BHP podpisano porozumienie w sprawie 21 postulatów strajkowych. Władza zgodziła się na utworzenie wolnych związków zawodowych. – To był pierwszy krok do demokratycznej i niepodległej Polski. Niestety, stan wojenny zatrzymał ten proces. Jaruzelski twierdzi, że to było mniejsze zło. Nie, to było po prostu zło – mówi stanowczo T. Fiszbach. – Ludzie doszli do porozumienia ponad podziałami. To był wielki wyczyn Polaków, a nie pojedynczych jednostek. Trwająca dzisiaj licytacja, kto zaczął strajk i zrobił więcej, jest szkodliwa dla Polski – twierdzi K. Figel. – Niewiele przetrwało z tamtych ideałów. Warto do nich wrócić i połączyć Polaków wokół rzeczy uniwersalnych: flagi, hymnu i tradycji Sierpnia’80 – dodaje.
– Gdzie się podziały tamte ideały? Całkiem przepadły – mówi Z. Pałasz. – Porozumienia są istotne, ale nie jako kawałek papieru i podpisy. Najważniejsze jest, aby idee żyły wśród ludzi. A moim zdaniem gdzieś zaginęły – uważa Z. Kwoka. Innego zdania jest Piotr Brzeziński. – Tradycja solidarnościowa jest wciąż żywa. Pracując w IPN, widzę, jak wiele osób interesuje się Sierpniem’80. Nie tylko działaczami z pierwszych stron gazet.
– Etos Solidarności istnieje – uważa A. Kołodziej. Jest uśpiony w sercach ludzi. Wierzę, że przyjdzie jeszcze taki czas, kiedy na nowo się obudzi.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół