• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nie zobaczysz Jej oczu

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 37/2013

    dodane 12.09.2013 00:00

    Twarz ma ukrytą w dłoniach. Płacze. Gdy spojrzeć na wprost, można dojrzeć krzyż na jej piersiach. A na nim oznaki Chrystusowej Męki.

    Już sama figura Matki Bożej z La Salette w prezbiterium sobieszewskiej świątyni, tak jak Jej orędzie, wzywa do nawrócenia.. – Łzy są ostatecznym argumentem Matki w walce o człowieka. To przemawia do serca – mówi ks. Stanisław Kowalski MS, proboszcz sanktuarium w Sobieszewie.

    Stare dzieje

    Pierwszy kościół w Sobieszewie wybudowano wówczas, gdy miejscowość położona była jeszcze na stałym lądzie. Wspominają o nim już dokumenty z 1590 roku. Było to więc na długo przed tym, gdy w 1840 wezbrane wody Wisły podzieliły na pół leżącą nieopodal Sobieszewa wieś Górki. Powstały w 1895 roku Przekop Wisły, wielkie dzieło ówczesnej myśli inżynieryjnej, doprowadził do tego, że Sobieszewo wraz ze Świbnem znalazły się na stworzonej ludzką ręką wyspie. Dzisiaj Wyspa Sobieszewska stanowi miejsce, do którego w czasie wakacji chętnie przybywają letnicy. Poza sezonem stwarza wrażenie opuszczonego kurortu.

    Tragedia z happy endem

    Wielokrotnie przebudowywany kościół, do końca II wojny światowej służył wspólnocie protestanckiej. Broniący Sobieszewa Niemcy wysadzili wprawdzie jego wieżę, ale już w 1946 roku decyzją ówczesnego administratora diecezji gdańskiej, ks. Andrzeja Wronki, kościół przekazano w ręce księży saletynów, którzy rozpoczęli jego odbudowę. Przystosowali budynek do potrzeb liturgicznych katolików. W 1961 roku przywędrowała tu z Dębowca najstarsza na polskich ziemiach figura Matki Bożej z La Salette. I od początku zaczęła doświadczać kultu wiernych. Prawdziwa tragedia dotknęła wspólnotę parafialną w roku 25. rocznicy przybycia tejże figury na gdańską ziemię. 22 lutego 1986 r. będący tuż po remoncie kościół spłonął. To był prawdziwy cios. Parafianie z narażeniem życia ratowali wszystko, co się dało. Oprócz figury i tabernakulum z Najświętszym Sakramentem udało się jednak wynieść tylko ławki. Parafianie musieli się zmierzyć z trudnym zadaniem budowy nowej świątyni. – Pożar był ciężkim doświadczeniem. Ale gdy dzisiaj patrzymy z perspektywy czasu, Pan Bóg pisze czasem historię na takich bolesnych wydarzeniach – mówi pan Stanisław Mikołajski, członek rady parafialnej. – Gdyby nie tamten pożar, nie byłoby dzisiejszego sanktuarium – dodaje.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół