• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Muzykalny patriota Muzyk

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 46/2013

    dodane 14.11.2013 00:00

    Wolne Miasto Gdańsk. Był wicedyrektorem brytyjskiego banku, z zamiłowania dyrygentem, znanym w mieście działaczem polonijnym. Należał też do tajnej organizacji antyfaszystowskiej. Niemcy aresztowali go pierwszego dnia wojny...

    Zanim trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof, zdążył zadzwonić do domu. Odebrała najstarsza córka. – Tatuś poprosił, żebym pomagała mamie i opiekowała się trzema młodszymi siostrami. Wtedy definitywnie zakończyło się moje dzieciństwo – wspomina Budzimira Wojtalewicz-Winke, wówczas 15-latka.

    Wojenne losy

    Feliks urodził się w 1898 r. w należącym do Prus Gdańsku, gdzie jego ojciec Władysław prowadził dobrze prosperujący zakład szewski. Już jako nastolatek aktywnie działał w polonijnych organizacjach i stowarzyszeniach. Pech chciał, że wybuch I wojny światowej zastał go w Warszawie, wchodzącej w skład zaboru rosyjskiego. Pojechał tam m.in. po to, by sprowadzić nuty i teksty polskich pieśni dla jednego z gdańskich chórów. Zatrzymali go rosyjscy żołnierze. – A że w dowodzie miał wpisane obywatelstwo niemieckie, został zesłany do syberyjskiego Omska. Uciekł stamtąd, gdy rozpoczęła się rewolucja październikowa – opowiada pani Budzimira. Na początku 1918 r., po długiej tułaczce, wrócił do Gdańska. Został wcielony do pruskiej armii. Po kilku miesiącach zdezerterował i 11 listopada wspólnie z innymi Polakami świętował odzyskanie niepodległości. Jednak sytuacja na Wybrzeżu nadal była niepewna.

    (Nie)wolne Miasto

    Wciąż bez odpowiedzi pozostawało pytanie, kto po wojnie otrzyma dostęp do morza? – Niemcy dominujący na terenie Gdańska i okolic liczyli na plebiscyt. Polacy z kolei pamiętali słowa prezydenta USA Woodrowa Wilsona, który nie wyobrażał sobie niepodległej Rzeczypospolitej oderwanej od Bałtyku. Ostatecznie nie sprawdził się żaden z tych scenariuszy. Zamiast tego, zgodnie z postanowieniami traktatu wersalskiego, powołane zostało Wolne Miasto Gdańsk pod auspicjami Ligi Narodów – mówi Piotr Mazurek, prezes Towarzystwa Przyjaciół Gdańska. Decyzja ta nie usatysfakcjonowała żadnej ze stron, ponieważ utworzone miasto nie było ani polskie, ani niemieckie. – W rzeczywistości kompromis ten był na rękę Wielkiej Brytanii. Anglicy chcieli uzależnić Gdańsk od siebie i w konsekwencji uczynić WMG swoją „kolonią” nad Bałtykiem – uważa Aleksander Masłowski, twórca Akademii Rzygaczy, znawca historii Gdańska. Nieprzypadkowo jednym z pierwszych przedsięwzięć Wielkiej Brytanii w WMG było otwarcie British Trade Corporation – z pozoru banku, a w rzeczywistości wspieranego przez rząd brytyjski ośrodka polityki kolonialnej. – Istnienie silnej Rzeczypospolitej, mającej swobodny dostęp do morza, nie było w interesie Anglików. Mało kto wie, ale w latach 20. XX w. mieliśmy najsilniejszą i najliczniejszą armię lądową w Europie – podkreśla P. Mazurek. A to niespecjalnie podobało się naszym zachodnim sąsiadom...

    Ambitny syn szewca

    Feliks Muzyk znalazł pracę w banku, gdzie zaczynał jako zwykły kasjer. Po godzinach uczył się angielskiego i francuskiego. Stopniowo awansował, aż doszedł do stanowiska prokurenta, a następnie wicedyrektora w The British and Polish Trade Bank. Rower, którym dojeżdżał do firmy, zamienił na samochód, a maleńkie mieszkanie we Wrzeszczu na nowoczesną kamienicę w centrum Gdańska. Swój wolny czas spędzał aktywnie. Należał do Gdańskiego Towarzystwa Wioślarskiego „Gedania”. Jednak jego prawdziwą pasją była muzyka. Sam grał na skrzypcach. Był też kierownikiem i dyrygentem słynnego w mieście chóru „Lutnia”. Tam poznał swoją przyszłą żonę Bolesławę Leszczyńską, córkę szanowanych w mieście, bardzo bogatych armatorów, a jednocześnie fundatorów wielu inicjatyw polonijnych. – To był mezalians. Dziadek Antoni nie godził się na ten związek. „Moja córka nie wyjdzie za syna szewca!” – krzyczał. Kiedy spotykał mamę na ulicy, potrafił ją publicznie spoliczkować – opowiada pani Budzimira. W końcu Bolesława uciekła z domu i bez pozwolenia ojca wzięła ślub z Feliksem. – Dziadek, kiedy zobaczył, że zięć jest pracowity i ambitny, a w dodatku działa na rzecz Polaków w Gdańsku, szybko zaakceptował to małżeństwo – uzupełnia pani Budzimira.

    Sport był przykrywką

    Traktat wersalski gwarantował Polakom mieszkającym w WMG wiele uprawnień. – Mieliśmy własną pocztę, wojskową składnicę tranzytową, banki, inspektorów celnych, koleje – wylicza P. Mazurek. – Jednocześnie polskie uprawnienia od samego początku były skutecznie sabotowane przez dawnych pruskich urzędników zasiadających we władzach WMG – uzupełnia A. Masłowski. – Dlatego możemy mówić o specyficznym gdańskim apartheidzie. Polacy tworzyli własne instytucje kulturalne, polityczne i gospodarcze. Spotykali się w wąskim, polonijnym gronie, wyłącznie w wybranych miejscach – dodaje. Antagonizm polsko-niemiecki był widoczny szczególnie w sportowej rywalizacji. Wielką popularnością cieszyły się boks i piłka nożna. Jednym z najsłynniejszych klubów piłkarskich była polska „Gedania”, która z powodzeniem konkurowała z niemieckimi drużynami. – Sport był nierzadko wykorzystywany instrumentalnie do celów politycznych. Kultura fizyczna stała się narzędziem propagandowym, przede wszystkim w latach 30. Ponadto pod pretekstem wyjazdów na zawody albo ćwiczenia odbywały się także zakamuflowane szkolenia militarne bądź wywiadowcze – mówi Jan Daniluk, doktorant, historyk z gdańskiego oddziału IPN.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół