• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Adwent wypełniony

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 51-52/2013

    dodane 19.12.2013 00:00

    – To wielka radość, gdy widzimy, jak cieszą się dzieci opuszczające nasz oddział, aby przeżyć święta w swoich rodzinnych domach – mówi Beata, pielęgniarka z gdańskiego Szpitala Dziecięcego przy ul. Polanki.

    Nie wszystkie dzieci mają jednak tyle szczęścia. Niektóre muszą przeżywać święta właśnie w szpitalu. – Zostają na pewno te dzieci, które potrzebują medycznej aparatury, szczególnie te na intensywnej terapii. Szpital jednak robi wszystko, żeby zminimalizować ich tęsknotę – mówi Wioletta, która przez lata pracowała w placówce na Polankach. – Na naszym oddziale są dzieci z mukowiscydozą. Zaostrzenie stanu dopada je w różnych momentach. Co roku jest tak, że przynajmniej jedno z nich zostaje w szpitalu – dodaje Beata.

    Bóg się rodzi

    – Wiadomo, że tęsknią. Zwłaszcza w tym szczególnym czasie – mówi Angelika. Pracuje na Polankach od 1997 roku. Na czas świąt wysyła się więc do domu wszystkich pacjentów, dla których przerwa w hospitalizacji nie jest groźna dla zdrowia . Pozostałych pracownicy starają się objąć szczególną opieką. – My staramy się organizować im domową atmosferę. Organizujemy choinkę, drobne prezenty – opowiada Beata. – Skoro nie mogą przeżyć świąt w domu, staramy się stworzyć im tutaj dom. Podczas wigilii jest tu zawsze na oddziale wspólna kolacja. Uczestniczą w niej wszystkie dzieci. Są kolędy, dzielenie się opłatkiem – dodaje. Zwykle jest tak, że kiedy dzieci zostają w szpitalu, rodzice przenoszą się ze świętowaniem tutaj. – Bardzo często rodzice przynoszą ozdoby i światełka do sal. Starają się pomóc dzieciom przeżyć święta jak w domu – zapewnia Wioletta.

    Więcej niż ciocie

    – Znamy nie tylko dzieci. Znamy ich najbliższych: mamę, tatę, dziadka, rodzeństwo… Z powodu specyfiki choroby przychodzą do nas w ciągu całego swojego życia. Nie sposób tego oddzielić od naszego życia – stwierdza Beata. Na oddziale, na którym leczą się dzieci z mukowiscydozą, pracuje od 25 lat. – Kiedy trzeba, jesteśmy jak mamy, bo niektóre z naszych dzieci nie mają już na świecie rodziców. A przecież większość z nich mogłaby być moimi dziećmi – dodaje. O swoich pacjentach wiedzą prawie wszystko. Znają ich marzenia. Wiedzą doskonale, jak z nimi rozmawiać. Jak w sposób łagodny radzić sobie z ich temperamentem. Mimo iż psychologowie radzą, aby nie wiązać się zbytnio z pacjentami, twierdzą, że jest to po prostu niemożliwe. – W tym szpitalu pracują wyjątkowi ludzie. Nie traktują tego, co robią, jako zwykłą pracę. Nie utrzymują zawodowego dystansu – mówi ksiądz Radek, który przez wiele lat uczył religii w szpitalnej szkole. Mogą godzinami opowiadać o „swoich” dzieciach. Beata ze wzruszeniem wspomina Krzysia. – Czekał na przeszczep płuc, który miał się odbyć w Wiedniu. Leżał u nas od maja. Zbliżało się Boże Narodzenie. Nie oddychał już sam – relacjonuje. – Pamiętam to minutę po minucie. Myłam właśnie okna więc trudno mi było odebrać. Kiedy jednak w końcu podniosłam słuchawkę, usłyszałam w niej głos Krzysia. Powiedział, że leci do Wiednia – mówi Beata. Ze wzruszeniem opowiada, jak przez cały czas pielęgniarki starały się mu towarzyszyć. Rozmawiały z mamą Krzysia przez Skype’a. – Kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy bez tlenu, płakałam chyba ze dwie godziny. Podniósł do góry koszulkę i dumny pokazał cięcie. A jak cieszyłyśmy się, gdy po raz pierwszy wyszedł na śnieg. Była przecież zima, a on przynajmniej od kilku lat nie mógł tego doświadczać. Leżał w łóżku od 8 lat – wspomina.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół