Nowy numer 16/2018 Archiwum

Szanse i zagrożenia

O dziesięcioleciu Polski w strukturach Unii Europejskiej i szansach Pomorza 
na dalszy rozwój z prof. Andrzejem Stępniakiem, kierownikiem Ośrodka Badań Integracji Europejskiej uniwersytetu Gdańskiego, rozmawia ks. Rafał Starkowicz.

Ks. Rafał Starkowicz: Jaki jest bilans naszej przynależności do Unii Europejskiej? Co zyskaliśmy i czy ponieśliśmy jakieś straty?


Prof. Andrzej Stępniak: Tym, co wpłynęło najbardziej pozytywnie na Polską gospodarkę, było otwarcie granic. Już w latach 90., kiedy podpisywaliśmy układy stowarzyszeniowe, mogliśmy zacząć budować stałe związki z Europą Zachodnią. Przyjęliśmy zasady gospodarczej współpracy, wymiany, handlu, biznes może się rozwijać w sposób kontrolowany. Ograniczono uznaniowość. 


Nie ma słabych stron?


Nasze wejście do Unii pociągnęło za sobą niestety także i negatywne konsekwencje. Wpuściliśmy towary unijne zaledwie po dwóch latach. Byłem wówczas doradcą głównego negocjatora – Jana Kułakowskiego. Cały czas broniliśmy koncepcji, aby ten układ przejściowy był dłuższy. Niestety tak się nie stało i wiele firm upadło.


Jakie widzi Pan przyczyny upadku polskich przedsiębiorstw?


Błędne założenia rządu co do koncepcji prywatyzacji i przyspieszona wyprzedaż majątku narodowego. Ci wszyscy, którzy rządzili przed wejściem Polski do Unii i nieco później, mieli koncepcję, że przyszłością jest sektor usług. Myśleli tak, ponieważ najszybciej rozwijające się kraje zwiększały sektor usług do 70 proc. PKB. Okazuje się, że trzeba było zadbać o przemysł. Sektor ten jest bardzo ważny. Ci sami politycy dzisiaj mówią, że trzeba reindustrializować Europę. 


Podobnie było z przemysłem stoczniowym?


Pamiętam rozmowę, która odbyła się w drugiej połowie lat 90. Usłyszałem od tych, którzy dziś rządzą w Polsce: „Przemysł stoczniowy jest niepotrzebny. Musimy iść w komputeryzację. To jest przyszłość.” Wówczas im powiedziałem, że firmę komputerową można spakować do dwóch wagonów i wywieźć. A przemysł stoczniowy, okrętowy zostaje jako wartość dodana na zawsze. Szczęśliwie udało się nam rozwinąć infrastrukturę portową. Gdańsk ma szansę odegrać ważną rolę w korytarzu Bałtyk–Adriatyk. I to jest dla Pomorza ogromna wartość. Gdańsk jest również najgłębszym portem na Bałtyku. Przyjmuje największe kontenerowce. To jest także ważne dla Pomorza. Korzystają z tego faktu nawet bardziej oddalone miasta. Rozrastają się centra logistyczne.


Jak dzisiaj pobudzić naszą gospodarkę?


Trzeba tak aktywizować polskich przedsiębiorców, również wykorzystując środki unijne, by wspierać ich eksport. Jeszcze osiem lat temu 70 proc. eksportu generowali w Polsce inwestorzy zagraniczni. Dzisiaj ich udział spada do 55 proc. Potrzeba też zainteresowania władz ochroną polskich patentów. Musimy chronić nasze wynalazki. Jeżeli jest jakiś innowacyjny produkt na rynku, nie należy szukać kogoś, kto go kupi, ale państwo powinno pomagać w jego opatentowaniu. 
Dochodzimy dzisiaj do absurdów. Rybak sprzedaje rybę w cenie poniżej 4 zł. A w sklepie ten towar kosztuje 4 razy więcej. Trzeba skrócić łańcuch między producentem a dostawcą. Muszą powstawać grupy producentów, które same dostarczać będą produkty do sklepów. Chodzi o sprawiedliwy handel.


W jaki sposób wykorzystywać naszą przynależność do Unii?


Na Pomorzu jest bardzo dużo zakładów przetwórstwa rybnego. Nie wykorzystują one swojego potencjału. Musimy działać, żeby unijne ustawodawstwo zmieniać tak, byśmy mogli wypełnić zdolności produkcyjne. Chodzi o kwoty połowowe, ale myślę przede wszystkim o akwakulturze słodkowodnej. Trzeba dopilnować, by pieniądze przeznaczane na tę działalność były zwiększane. Produkcja karpia i pstrąga to głównie południe Polski. A możemy rozwinąć ją tutaj. 
Kolejną kwestią jest flota handlowa. Poprzez zaniedbania pozostały z niej resztki. A te które są, pływają pod obcymi banderami. Dlaczego nie pójść drogą takich państw jak Holandia, która na nowo rozwija flotę handlową? Przydałoby się ustawodawstwo unijne, żeby wprowadzić ulgi podatkowe. Polityka konkurencji powinna wziąć pod uwagę specyfikę europejskiej floty. Wówczas byśmy na tym skorzystali. 
Istotne jest także wykorzystanie potencjału energetycznego Pomorza. W tych miejscach, gdzie pozwala na to środowisko, trzeba organizować elektrownie wiatrowe. W Niemczech jest 16 tys. wiatraków. Dają pracę 400 tys. ludzi. Elektrownia jądrowa zatrudni ich zaledwie 2,5 tysiąca. 
Jest też kwestia wydobycia węgla brunatnego. Jest tańszy w wydobyciu i nie zanieczyszcza środowiska. Jest też najbardziej wydajny. Przy dzisiejszej technologii i sprzęcie tereny kopalni można szybko rekultywować. To świetny pomysł na rozwój Pomorza. 


Czy gospodarka jest jedynym problemem dzisiejszej Unii?


Unia ma dzisiaj ok. 500 mln. mieszkańców, a badania demograficzne alarmują, że w roku 2050 zmniejszy się do ok. 440 mln. Obliczenia wskazują, że w tym czasie ludność Polski skurczy się do 34–35 mln. To jest katastrofa dla Europy. Mamy jeden z najgorszych w świecie wskaźników dzietności, w granicach 1,2–1,3. To większy problem niż ten z emisją CO2. Na 222 kraje objęte badaniami jesteśmy na 212 miejscu.


Gdzie są przyczyny takiej sytuacji?


To efekt laicyzacji i odejścia od źródeł. Ten problem występuje w społeczeństwach bogatych. Brak wartości duchowych i spojrzenia w przyszłość, która przekracza kategorie życia ziemskiego, sprowadza działania ludzi do pogoni za maksymalną przyjemnością. 
Badania amerykańskich lekarzy wskazują, że ludzie wierzący radzą sobie lepiej nawet w chorobach, które stanowią śmiertelne zagrożenie. Dotyczy to 80 proc. badanych. Jacques Delors, były przewodniczący Komisji Europejskiej, powiedział kiedyś, że Europejczycy zwalczyli faszyzm i komunizm, a teraz uważają, że im wszystko wolno. Odejście od wartości prorodzinnych i duchowych jest znakiem takiej tendencji. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma