• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Moja praca jest modlitwą

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 32/2014

    dodane 07.08.2014 00:00

    Dzieła Miłosierdzia. – Cierpienie może uczynić człowieka dobrym. Rodzi się szacunek do ludzi – mówi Natasza Andersson, która w swoim domu w Szwecji gości dzieci z Pomorza.

    W Knutby mieszka zaledwie kilka rodzin. W samej miejscowości na skrzyżowaniu dróg wędrowców wita kilkanaście skrzynek pocztowych. Niektóre wykonane są z surowego, poszarzałego drewna. Na największej wizytówka „Natasha Andersson”. Jej posiadłość, w której od lat wypoczywają dzieci z Europy Wschodniej i Środkowej, położona jest w pobliskim Sotter.

    Nieoczekiwane spotkanie

    – To było tuż przed świętami wielkanocnymi. Szykowałem się do wyjazdu w góry – opowiada Marcin Bednarz, kierownik obozu. Skontaktowała się z nami mieszkająca w Trójmieście pani Gienia. Powiedziała mi, że w Szwecji mieszka jej koleżanka, Natasza, która chce zorganizować pobyt dla naszej młodzieży – relacjonuje. Po spotkaniu z panią Gienią i rozmowie z ks. Januszem Steciem, dyrektorem Caritas, zapadła decyzja, że do Szwecji z archidiecezji pojadą dwie grupy dzieci, które na co dzień korzystają z socjoterapeutycznych świetlic Caritas. – Poszukujemy wciąż nowych możliwości. Jedną z nich był wyjazd do Szwecji dzieci, które są podopiecznymi świetlic – mówi ks. Janusz Steć. Dalej sprawy potoczyły się błyskawicznie. Pani Natasza wzięła na siebie wszystko, co jest związane z pobytem dzieci: koszty utrzymania i wycieczek, zapewnienie bazy, przygotowanie programu. Na Caritas spoczęło sfinansowanie grupom przepłynięcia promem do Szwecji. Natasza jednak postawiła konkretne warunki wstępne. Dzieci na promie nie będą jadły w jakimś barze szybkiej obsługi. Posiłki muszą być w restauracji, na białym obrusie. – Dla dzieci już samo to było nie lada atrakcją – mówi pan Marcin. Kierownik nie ukrywa, że wiele dzieci poza posiłkami spożywanymi podczas zajęć w świetlicach nie ma dostępu do dobrego jedzenia. Już po przybyciu na miejsce dzieci nie mogły narzekać na podobne braki. W kuchni niepodzielnie króluje bowiem pani Natasza, sama przygotowując posiłki dla całej trzydziestki. A ponieważ jest zwolenniczką zdrowego trybu życia, warunkiem otrzymania deseru jest opróżnienie pokaźnej miski sałaty wyhodowanej na przydomowych zagonach. – Staramy się tu żyć zgodnie z naturą. Poprosiliśmy też dzieci, by nie zabierały komórek. Nie ma Facebooka, nie ma internetu i telefonów. Z czasem przestały odczuwać ich brak – podkreśla pan Marcin.

    Morze atrakcji

    – Począwszy od samego wejścia na statek, cały pobyt tutaj to jedna wielka przygoda – ocenia kierownik. – Kiedy jest gorąco, idziemy nad pobliskie jezioro. Później obiad. A po obiedzie wypoczynek i wyjście do lasu – dodaje. Ale wizyta w Knutby to nie tylko okazja do obcowania z naturą. Na dzieci czekały bowiem przygotowane przez panią Nataszę atrakcje. Były dwie wizyty w aquaparku, zwiedzanie Sztokholmu i wycieczka promem do Finlandii. – Dzieci płynęły do Finlandii jednym z największych statków wycieczkowych Europy. Niektóre z nich po raz pierwszy ujrzały, na czym polega szwedzki stół. Z potężnym zdziwieniem odkryły, że na śniadanie było kilkadziesiąt potraw – opowiadają opiekunowie. Oglądanie Sztokholmu rozpoczął rejs statkiem po kanałach, obiad w restauracji, wreszcie zwiedzanie muzeum, w którym wystawiono jeden z najcenniejszych zabytków militarnych Szwecji – pochodzący z XVII wieku okręt „Waza”. Na zakończenie dnia upragniona wizyta w sztokholmskim lunaparku. – Bawiliśmy się na zjeżdżalniach i karuzelach, na których nigdy byśmy nie byli – mówi ze śmiechem pani Justyna. – Bardzo mnie zaskakuje, że dzieci, które mają trudności w nauce, z trudem zdają z klasy do klasy, pytają się nas o różne sformułowania po angielsku. Chcą coś miłego powiedzieć mężowi pani Nataszy, albo w jakiejś restauracji o coś poprosić. To dla nich spora nauka… Myślę, że będą odważniejsi w życiu – dodaje. – Bardzo podobało mi się w aquaparku i lunaparku. Sztokholm to piękne miasto. Takich atrakcji nie można spotkać w Trójmieście – mówi Piotr, uczestnik obozu. – Podoba mi się to, że byliśmy w lunaparku. Tęsknię trochę za domem. Chociaż to ciekawy wyjazd. Zobaczyłam dwie sarny, które przed nami przebiegły – zachwyca się uczestnicząca w obozie Emilka.

    Cierpienie czyni dobrym

    Nikt nie wierzy, że pani Natasza ma osiemdziesiąt lat. Jej mąż Leif Anderson jest dzisiaj przedsiębiorcą budowlanym. Wspiera żonę we wszystkich jej działaniach. A ona od rana do nocy krząta się wokół spraw związanych z wypoczynkiem dzieci. Sama gotuje, sama serwuje posiłki. Opiekunowie mogą jej co najwyżej nieco pomagać. W swoim domu przyjęła już sześć tysięcy dzieci z Polski, Ukrainy i Białorusi. Gościła też sieroty z Estonii, których rodzice zginęli w katastrofie promu. Obozy, które organizuje, stały się w Szwecji słynne. Już na początku szwedzka telewizja nakręciła o jej pracy długi film. W ubiegłym roku w obecności pięciu ambasadorów odbyły się obchody dwudziestopięciolecia jej działalności. Ale wszystko zaczęło się wcześniej, ponad 35 lat temu. – Żyliśmy wówczas jeszcze ze zwykłych pensji. Dowiedziałam się, że niedaleko Ostródy jest trzydziestoośmioletni mężczyzna, ojciec trojga dzieci, któremu chcą amputować obie nogi – opowiada Natasza. – Można go było wyleczyć, ale drogie lekarstwo nie było dostępne w Polsce. Usiedliśmy z Leifem. Mówię mu: mamy te pieniądze. Jak je oddamy, to i tak będziemy żyli. Leif zamyślił się. To było wszystko, co mieliśmy. Rano wstaję z łóżka, patrzę, a na stole leżą pieniądze. Zadzwoniłam do Czerwonego Krzyża. Urzędnik odpowiedział: nie ma problemu. Idź do apteki, odbierz lek. Możesz go zawieźć do Polski – wspomina. – Gdy wyszłam z domu, od razu pojechałam do Gdańska. Stamtąd taksówką do Ostródy. Przyjechałam tam na dwie godziny przed operacją amputacji. Dzisiaj ten człowiek ma nogi, a dzieci mają sprawnego ojca. A my nie byliśmy ani bogatsi, ani biedniejsi. Przeżyliśmy. Okazało się, że te pieniądze nie były nam do niczego potrzebne – stwierdza. – Jakie to ważne w życiu, żeby reagować i pomagać innym. Czym są te pieniądze w porównaniu z nogami – dodaje. Od tego czasu poszli na całość. Ściągali do Szwecji chore dzieci. Tu je leczyli i oddawali rodzicom. Pomagali Szwedom w adopcji polskich dzieci. Mimo że sami nie adoptowali żadnego, z ciężkich chorób wyleczyli i sami wychowali dwoje z nich. Ukochana przez nich Alesia mieszkała nieopodal Czarnobyla. Gdy przyjechała do Szwecji, miała 9 lat, ważyła 13 kilogramów i mierzyła 95 cm. Jej organizm nie produkował hormonu wzrostu. Dzięki wielu wyrzeczeniom Nataszy i Leifa dzisiaj jest młodą, piękna kobietą. Mieszka w Sztokholmie. Pracuje jako instruktorka fitness. Za swoją pomoc ubogim dzieciom przedstawiciele Europy wschodniej zgłosili Nataszę do Pokojowej Nagrody Nobla. – Nie staram się o to. Jak będzie, to będzie. Wówczas więcej pomogę dzieciom. Ludzie dostają Nagrody Nobla za nic. A myślę, że na to trzeba zapracować. Ważna jest modlitwa. Ale moja praca jest także modlitwą. Przecież sam Jezus mówi: „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych moich braci najmniejszych, Mnieście uczynili” – stwierdza Natasza. Skąd wypływa jej determinacja? – Kiedy byłam w Niemczech, głód zmusił nas do tego, żeby prosić Pana Boga o to, aby przeżyć. Zaciągnięty dług rodzi zobowiązania. Trzeba się jakoś odpłacić – wspomina lata spędzone w obozie koncentracyjnym. – Mówiłam wówczas, że jeżeli przeżyjemy, poświęcę swoje życie dla biednych i potrzebujących. Przede wszystkim dla dzieci i starców. To długa i czasami tragiczna historia. Wszystko jednak prowadzi do cudownego zakończenia. Bardzo w to wierzę – zapewnia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół