• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nigdy nie zostawiamy swoich

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 34/2014

    dodane 21.08.2014 00:00

    V Bieg Morskiego Komandosa. – Pieniądze zebrane podczas tej imprezy nie tylko pokrywają koszty jej organizacji. Mniej więcej połowa idzie na pomoc charytatywną – mówi Dariusz Terlecki, były żołnierz Formozy, prezes Stowarzyszenia KRS Formoza.

    Czołgają się w tunelach, kilometrami idą poprzez kanały melioracyjne, grzęznąc po kolana w błocie, pokonują niezwykle trudne tory przeszkód, biegną po plaży i okalających Gdynię wzniesieniach. Część odcinków pokonują, brodząc po szyję w wodzie. I tak przez 21 kilometrów. Morderczy bieg wymaga niezwykłego wysiłku. A mimo to, gdy 1 lutego na stronie internetowej wydarzenia rozpoczęto zapisy, limit 120 miejsc dla osób startujących w najtrudniejszej kategorii „Hard” wyczerpał się w niecałe 24 godziny.

    Ku czci generała

    Komandosi elitarnej jednostki wojskowej Formoza pierwsze przymiarki do zorganizowania na Wybrzeżu ekstremalnego biegu terenowego poczynili już w roku 2007. Ich celem było propagowanie biegania jako najprostszej formy rekreacji, ale także popularyzacja służby w jednostkach specjalnych. Jak jednak twierdzi Dariusz Terlecki, ówczesne dowództwo jednostki nie wyraziło zainteresowania inicjatywą. – Później do jednostki przyszedł Misza, z którym doskonale się rozumieliśmy. Zainteresował się tym. Znalazł odpowiednie miejsce. Otrzymaliśmy aprobatę dowódcy. I tak od 2010 r. bieg odbywa się w Adventure Park w Gdyni i jest organizowany wspólnie z jego właścicielem Maćkiem Szulmachem – opowiada. – Maciek jest sympatykiem jednostki, ale także uwielbia wszystko, co ekstremalne. To był strzał w dziesiątkę. Idealny teren, idealny człowiek. Dał zaplecze, sprzęt i ludzi – dodaje pan Dariusz.

    – Od wielu lat o tym myślałem – wyznaje pan Maciej, właściciel Adventure Park w Gdyni. W 2010 roku spotkałem się z ówczesnym dowódcą Formozy, kmdr. Dariuszem Wichniarkiem. Spotkanie zaowocowało nawiązaniem współpracy. Pierwsza edycja biegu była zorganizowana naprawdę bardzo szybko, w trybie wojskowym. W ciągu trzech tygodni od decyzji. A że cały kraj był świeżo po katastrofie smoleńskiej, imprezę poświęciliśmy ją gen. Potasińskiemu, dowódcy Wojsk Specjalnych, który w niej zginął – wyjaśnia.

    Najtrudniejszy z trudnych

    Na forach internetowych można znaleźć opinie, że jest to najtrudniejszy bieg w Polsce. – W kwestii oceny trudności biegu możemy się posiłkować jedynie oceną uczestników, którzy zaliczają różne tego typu imprezy – stwierdza pan Maciej. Przyznaje, że za sprawą prasy fachowej dwa lata temu bieg okrzyknięto najbardziej ekstremalnym wydarzeniem tego typu w kraju. Podkreśla, że co roku na uczestników czekają nowe niespodzianki. – Podnosimy poprzeczkę. Chcemy, żeby za każdym razem było ciekawie – dodaje.

    W pierwszym, zorganizowanym w październiku biegu wzięły udział zaledwie 22 osoby. Dzisiaj w różnych kategoriach startuje ich ponad 500. W dwóch biegach „Hard” trasę pokonują w wojskowych uniformach z pięciokilogramowymi plecakami. Nieodłącznym elementem wyposażenia jest tu również atrapa wojskowego karabinu. Istnieje również kategoria zespołowa „Team”. Tu oprócz standardowego wyposażenia czteroosobowe ekipy dźwigają 20-kilogramową atrapę moździerza. Ci, którzy chcą zapoznać się z trasą lub po prostu nie poznali jeszcze swoich możliwości, mogą wystartować w liczącej 10 km kategorii „Sprint”. Biegną bez obciążenia. Nie ma tu również wymogów dotyczących stroju.

    A ponieważ organizatorzy stawiają na nieustanny rozwój imprezy, w tym roku pojawiły się także nowe konkurencje. To „Hard historyczny” oraz „Operacja Rekrut”. – „Hard historyczny” będzie startował o 4.40, w godzinę wybuchu II wojny światowej. Nie dość, że trasa jest trudna, to dodatkową trudnością jest to, że na linii startowej trzeba stanąć tak wcześnie – stwierdza pan Maciej. „Operacja Rekrut” jako jedyna nie ma limitu zgłoszeń. – W niej może wystartować każdy. Trasa ma ok. 6 km. Nie ma odcinków tunelowych, nie ma odcinków wodnych. Dodajemy kilka przeszkód dla smaczku – ujawnia.

    Mimo wielkich trudności, z jakimi spotykają się uczestnicy wszystkich kategorii biegu, podczas czterech edycji imprezy nie odnotowano poważniejszych wypadków. – Jest to ryzykowny bieg. Ale oprócz zranień i potłuczonych w tunelach głów nie doszło do żadnego niebezpiecznego wypadku – podkreślają organizatorzy.

    Nie tylko faceci

    – Na początku w ogóle nie zakładaliśmy, że w biegu będą uczestniczyć kobiety. W pierwszej edycji zaczęło się od kilku. Teraz mamy na listach kilkadziesiąt kobiet. Biegną także w kategorii „Hard” – opowiada właściciel Adventure Park. – Zaciskają zęby i dają radę – dodaje. W pamięć szczególnie zapadła mu jedna z uczestniczek, która startowała razem ze swoim chłopakiem. Mimo że aby bieg uznać za ukończony, trasę trzeba pokonać w cztery i pół godziny, ona walczyła ponad siedem godzin. – Na metę przybyła z pęcherzami na nogach. Ale dobiegła i była przeszczęśliwa. Otrzymała medal od dowódcy Formozy i specjalne podziękowanie – wspomina.

    Równolegle z imprezą odbywa się organizowany dla dzieci i młodzieży Bieg Małego Komandosa. Stopień trudności jest tu zróżnicowany w zależności od grupy wiekowej. Startują w nim głównie dzieci organizatorów i uczestników, a sama rywalizacja niesie ze sobą więcej emocji niż w „dorosłym” biegu.

    Złote mile kontra...

    Organizacja imprezy wymaga sporych nakładów. Kosztują także medale wręczane wszystkim, którzy ukończą bieg. Pozostałe pieniądze organizatorzy przeznaczają na wsparcie dla Stowarzyszenia Kulturalno-Rekreacyjno-Sportowego Formoza. Powstało ono w 2013 roku. Do stowarzyszenia mogą należeć wyłącznie obecni i byli żołnierze jednostki oraz jej pracownicy. Oprócz formowania patriotyzmu i obywatelskich postaw w społeczeństwie ich celem jest pomoc żołnierzom i ich rodzinom. Swoją troską obejmują zwłaszcza tych, którzy w różnych okolicznościach doświadczyli uszczerbku na zdrowiu.

    Udział w organizacji Biegu Morskiego Komandosa to niejedyna forma ich pomocy kolegom. Gdy jeden z nich, Sebastian, uległ ciężkiemu wypadkowi na motorze, od razu zaczęli myśleć nad możliwymi formami wsparcia. Zorganizowali ekstremalną wyprawę na Bornholm. Przez Bałtyk płynęli na kajakach. – Każdy jest tu ochotnikiem. Dla mnie to duży zaszczyt, że mogę w tym przedsięwzięciu uczestniczyć. Tak traktuję i pracę, i treningi – mówił wówczas jeden z uczestników. – Myślę, że gdybyśmy płynęli dla kogoś innego, to Sebastian byłby jedną z pierwszych osób, które by w tym kajaku siedziały. Gdyby tylko mógł – dodawał inny. Później w ramach akcji „Mila dla Sebastiana” wyruszyli w Alpy. W tydzień zdobyli 10 czterotysięczników. Udało się im zgromadzić sporo pieniędzy na rehabilitację kolegi. Za swoje akcje otrzymali również prestiżową nagrodę przyznawaną przez „Polskę Zbrojną” wyjątkowym osobowościom Wojska Polskiego.

    Teraz pomagają Nadii, córce byłego dowódcy grupy szturmowej. Jest chora na dystrofię mięśniową. To nieuleczalna choroba. W Polsce choruje na nią zaledwie kilkanaścioro dzieci. Po raz kolejny wyruszyli w Alpy. Na ski-tourowych nartach przebyli trasę dzielącą Mont Blanc i Matterhorn. Obecnie przygotowują plany pomocy Adamowi. – Adam przeszło trzy miesiące temu, podczas wykonywania obowiązków służbowych, uległ wypadkowi. Leży w szpitalu na oddziale neurologiczno-rehabilitacyjnym. Opieka medyczna jest jeszcze refundowana przez NFZ, ale niebawem się skończy – mówi Dariusz Terlecki. – Każdy wie o tym, że opieka zdrowotna w Polsce jest kulawa. Ale doprowadzenie do tego, że wojskowa opieka medyczna rozleciała się totalnie, to wielki błąd – stwierdza. Żołnierzom, którzy ulegli wypadkowi na służbie, nie zapewnia się jej do pełnego wyleczenia. Po krótkotrwałym pobycie w wojskowych placówkach muszą korzystać z ogólnodostępnej pomocy medycznej. – Jak żołnierz ma się wyleczyć, rehabilitować i służyć? Musi albo robić to za własne pieniądze, prywatnie, albo zapisać się do kolejki i długo czekać – dodaje.

    To właśnie pomoc kolegom znajdującym się w podobnych sytuacjach skłania żołnierzy Formozy do podejmowania ekstremalnych akcji. Już teraz planują, aby do kolejnej imprezy zaprosić kolegów z innych jednostek specjalnych. Przygotowują niezwykły rodzaj triatlonu. Najpierw przepłyną wpław z Helu do Gdyni. Tam wsiądą na rowery i pojadą do Zakopanego. Później pobiegną w góry. Pieniądze od sponsorów przekażą na rehabilitację Adama.

    Jednostka inna niż wszystkie

    Żołnierze Formozy podkreślają, że służba w tej jednostce to zaszczyt i honor. – Zanim trafiłem do Formozy, służyłem w marynarce. Ale ciągle mi czegoś brakowało. Czułem się niespełniony. Moi koledzy przychodzą też z innych jednostek. Tu widzą, że to jest prawdziwe wojsko – dzieli się pan Dariusz. – Służba w Formozie to przede wszystkim pasja, możliwość samorealizacji i oddanie ojczyźnie tego, co powinno się oddać. Dla mnie to również jakiś akt patriotyzmu – dodaje inny żołnierz. – Hasło naszego stowarzyszenia to: „Nigdy nie zostawiamy swoich”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół