• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jak było naprawdę?

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 47/2014

    dodane 20.11.2014 00:00

    Z dr. Andrzejem Drzycimskim, historykiem, dziennikarzem, byłym rzecznikiem Lecha Wałęsy i autorem pierwszej pełnej monografii o historii Westerplatte, rozmawia Jan Hlebowicz.

    Jan Hlebowicz: Czym różni się Pańska najnowsza książka od innych poświęconych tematowi Westerplatte?

    Andrzej Drzycimski: W swojej książce patrzę na historię Westerplatte głównie przez pryzmat dokumentów, czego do tej pory brakowało. Przeprowadziłem dokładne kwerendy w Polsce, Londynie, Freiburgu i Koblencji.

    Słyszałem, że do napisania książki zainspirowała Pana lektura scenariusza filmu „Tajemnica Westerplatte”...

    To, co w nim przeczytałem, było nieprawdziwe i niesprawiedliwe dla westerplattczyków. Pomyślałem więc: „Drzycimski, nikt już nie wie o Westerplatte tyle co ty. Musisz napisać jak było naprawdę”.

    Obala Pan szereg mitów narosłych przez lata wokół historii obrony Wojskowej Składnicy Tranzytowej. Zapytam więc wprost, czy w drugim dniu walk mjr Henryk Sucharski kazał wywiesić na dachu koszar białą flagę?

    Żadnej białej flagi nie było. I jak dotąd nie mamy o tym wiarygodnej informacji. Początkiem całego zamieszania był przedwczesny meldunek z okrętu liniowego Schleswig Holstein o rzekomo dostrzeżonej nad Westerplatte białej fladze. Jednak późniejsze obserwacje tego nie potwierdziły. Pisał o tym już w 1948 r. sam Gustav Kleikamp, dowódca okrętu w liście do Bertila Stjernfelda, szwedzkiego historyka wojskowości. Inny dowód? W ówczesnym niemieckim radiu w Gdańsku pracowała grupa korespondentów wojennych wyposażonych w najnowocześniejszy sprzęt, przenośne mikrofony, specjalny samochód transmisyjny. 2 września, na wieść o bombardowaniu, popędzili do Nowego Portu, ulokowali się tam w wysokim budynku i obserwowali rozwój wypadków. Widzieli jak na dłoni całe Westerplatte. W ich reportażu nadawanym na żywo nie ma żadnej wzmianki o białej fladze. Te wydarzenia obserwowali też inni mieszkańcy Gdańska, oficerowie zgromadzeni na pokładzie okrętu, a także kapelmistrz, który zostawił szczegółowy opis bombardowania. Jeszcze inny przykład. Hitler wysłał do Gdańska swojego osobistego fotografa, by uwiecznił militarne sukcesy Trzeciej Rzeszy. Na jego i innych fotoreporterów wojennych zdjęciach i kadrach filmowych z tego ataku, nie ma śladu białej flagi. A gdyby była, to stałaby się znakomitym kąskiem dla wojennej propagandy niemieckiej o podstępnych Polakach. Jeśli jednak znajdzie się rzetelna informacja, że flaga była, to obiecuję, że o tym napiszę.

    Jeśli nie było białej flagi, to znaczy, że mjr Sucharski nie był tchórzem, jak niektórzy chcieliby go przedstawiać.

    Sucharski był doskonale wyszkolonym żołnierzem, który miał za sobą udział w I wojnie światowej i wojnie polsko-bolszewickiej. W 1920 r. poprowadził swój oddział do walki na bagnety. Za swoją postawę otrzymał Virtuti Militari. Miał też odpowiednie przygotowanie wywiadowcze. Trudno tak doświadczonego i odważnego człowieka posądzać o tchórzostwo. Rzeczywiście są opisy mówiące, że podczas walk major, który miał problemy ze zdrowiem, zasłabł. Nie wiadomo natomiast, jaka była tego przyczyna.

    Jeśli Sucharski był niedysponowany, to kto faktycznie dowodził obroną? Kpt. Dąbrowski?

    To kolejne nieporozumienie. Mjr Sucharski był dowódcą strategicznym całej obrony. Jego podwładny, a zarazem zastępca kpt. Dąbrowski był dowódcą liniowym, jego zadaniem było bezpośrednie prowadzenie czynności bojowych. Sucharski wydał rozkaz rozpoczęcia obrony półwyspu i jej zakończenia. W dodatku, podczas 7 dni walk zwoływał odprawy. W ich trakcie podejmował decyzje dotyczące kolejnych działań i wydawał polecenia swoim podkomendnym. Na ostatniej z odpraw powiedział: „jeśli linia obrony zostanie przełamana, kapitulujemy”. I tak też się stało. Co należy podkreślić, Dąbrowski i inni obrońcy Westerplatte w autoryzowanych wypowiedziach zawsze mówili o Sucharskim z najwyższym uznaniem, nie podważając jego dowództwa.

    Decyzja o kapitulacji była zasadna?

    Zdecydowanie. Inaczej doszłoby do masakry.

    Obrona Westerplatte to szczególna karta w dziejach naszego kraju. Symbol niezłomności i waleczności polskich żołnierzy. Ale chyba nie tylko te dwie cechy zadecydowały o tym, że udało się bronić półwyspu tak długo.

    W Gdańsku i na okręcie panowało przekonanie, że Westerplatte zostanie zdobyte w kilkanaście minut, a maksymalnie w parę godzin. Żołnierze ze Schleswiga-Holsteina nastawiali się, że jeszcze tego samego dnia zjedzą wystawny obiad na cześć zwycięzców. Po pierwszym ataku Niemcy byli zdruzgotani. Zginął dowódca elitarnego oddziału szturmowego oraz 16 jego żołnierzy.

    Co zadecydowało o skuteczności Polaków?

    Cały system obrony półwyspu był bardzo nowoczesny i budowany tajnie od 1933 r. Niemcom, mimo działań wywiadowczych, nie udało się poznać planów rozmieszczenia umocnień i szczegółów uzbrojenia. Po drugie na Westerplatte, także w tajemnicy, sprowadzana była najnowocześniejsza broń, jaką dysponowało wówczas polskie wojsko. Po trzecie do Wojskowej Składnicy Tranzytowej zostali skierowani najlepsi, doskonale wyszkoleni żołnierze, w tym świetnie przygotowani oficerowie, rozumiejący specyfikę zadania nie tyle militarnego, co ważnego politycznie dla II RP. Utrzymanie Westerplatte przez 7 dni należało do największych dokonań polskich żołnierzy w II wojnie światowej. Stało się symbolem ich niezłomności, wypełnienia zadań, stawania za słuszną sprawą, od której „nie można się uchylić” – jak mówił na Westerplatte Jan Paweł II. •

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół