• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Mamo, tato, jest wojna!

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 49/2014

    dodane 04.12.2014 00:00

    „W dniu 
17 grudnia roku pamiętnego polska kula z polskiej ręki zabiła brata mojego. Boże Nasz, Boże Nasz, jak ten stan wojenny skrzywdził nas”.


    Kiedy Grażyna Browarczyk-Matusiak pisała słowa tego wiersza, miała niespełna 10 lat. Był rok 1984. – Wiedziałam, że Tolek (bo tak mówiłam na brata) już nigdy mnie nie przytuli, nie uśmiechnie się i nie kupi mi drożdżówki, jak miał w zwyczaju. Na papier przelewałam złość, żal i smutek. To była moja forma walki – przyznaje po latach.
Trzy dni po wprowadzeniu stanu wojennego Antoni Browarczyk razem z przyjaciółmi wracał z praktyk szkolnych. W Śródmieściu Gdańska natrafili na antykomunistyczną manifestację, do której się przyłączyli. W pewnym momencie padły strzały...


    Ktoś mnie śledzi


    Tolek jako nastoletni chłopak został członkiem NSZZ „Solidarność”. Kolportował ulotki i rozwieszał antykomunistyczne plakaty na ulicach Gdańska. – Związany był także ze środowiskiem kibiców gdańskiej drużyny piłkarskiej Lechii, z którymi już od drugiej połowy lat 70. uczestniczył w demonstracjach. Należał też do duszpasterstwa dominikańskiego – dodaje dr Karol Nawrocki, historyk i naczelnik OBEP IPN w Gdańsku. – Brat był osobą bardzo religijną. W portfelu nosił obrazek święty, a na szyi medalik. Często mówił o obecności Boga w swoim życiu. Dzień przed śmiercią uczestniczył we Mszy św. – przypomina sobie pani Grażyna.
Kiedy został wprowadzony stan wojenny, Antoni miał 20 lat. W nocy z 12 na 13 grudnia razem z kolegami rozwieszał solidarnościowe afisze w mieście. Nad ranem, kiedy na ulicy pojawiły się czołgi, postanowił wrócić do domu, by ostrzec rodzinę. Kierując się z centrum Gdańska w stronę Zaspy, widział, jak esbecy biją i wpychają do furgonetek opozycjonistów. – Wpadł do mieszkania zapłakany i roztrzęsiony. „Mamo, tato, jest wojna!” – krzyczał. Pamiętam, że miał notes z numerami telefonów do ludzi związanych z „Solidarnością”. Wszystkie kartki z kontaktami wyrwał, podarł i spuścił w toalecie. To samo zrobił z ulotkami. Następnie wybiegł z domu. Chciał przestrzec przed ewentualnym aresztowaniem Lecha Wałęsę, który mieszkał w pobliżu. Jednak na miejscu zastał już kordony milicji – relacjonuje pani Grażyna.
Jeszcze tego samego dnia Antoni zrobił dla siebie i siostry nieśmiertelniki, podobne do tych noszonych przez żołnierzy. – Wygrawerował na nich nasze imiona i nazwiska oraz adres zamieszkania – mówi pani Grażyna. – „Masz go zawsze mieć ze sobą” – przestrzegał mnie. 16 grudnia Antoni wziął udział w demonstracjach i walkach z milicją na ulicach Gdańska. Do dziś zachowało się zdjęcie, na którym został uchwycony. – Kiedy wrócił, powiedział nam, że czuje się śledzony – opowiada siostra Tolka. – Miałam wrażenie, że czegoś się obawia.


    Moja mama osiwiała


    17 grudnia Antoni Browarczyk przypadkowo znalazł się w centrum antykomunistycznej demonstracji, która rozgrywała się na wysokości gdańskiego Huciska. Przez jakiś czas wraz z grupą kolegów brał w niej udział. Kiedy po namowach przyjaciela zdecydował się udać w bezpieczniejsze miejsce, otrzymał śmiertelny postrzał w głowę z pistoletu maszynowego PM-43. – Tylko jeden z plutonów milicji dysponował wówczas taką nietypową bronią z ostrą amunicją. Byli to funkcjonariusze, którzy ochraniali wejście do Komitetu Wojewódzkiego PZPR – tłumaczy Robert Chrzanowski, historyk z gdańskiego IPN. Przypadkowi świadkowie położyli krwawiącego Antoniego na ławce i zanieśli do pobliskiego Szpitala Wojewódzkiego. – Później dowiedziałam się, że w ławkę z ciałem brata milicjanci rzucali petardy. Jednym ze świadków tego zdarzenia była córka naszego sąsiada, który jeszcze tego samego dnia przekazał nam wiadomość o tym, co spotkało Tolka. Rodzice myśleli, że brat został jedynie ranny. Od razu chcieli pojechać do szpitala. Okazało się to niemożliwe, bo nie mieliśmy samochodu, a już zaczęła się godzina milicyjna – wspomina pani Grażyna. Jeszcze tego samego dnia do mieszkania państwa Browarczyków zapukało SB. – Esbecy byli wulgarni i opryskliwi. Żądali, by wskazać miejsce, gdzie brat trzyma kontakty do opozycjonistów. Grozili i straszyli, ale w końcu wyszli – opowiada siostra zamordowanego.
Następnego dnia rodzice Tolka udali się do szpitala. Oficjalny protokół sekcji zwłok podaje, że Antoni Browarczyk zmarł 23 grudnia. Z tą wersją nie zgadza się jednak rodzina zabitego chłopaka. – Mama dotykała ciała brata. Było zimne. Komunistom chodziło o czas, który był potrzebny do zatuszowania sprawy. Na wydanie zwłok Tolka czekaliśmy 2 tygodnie – zaznacza pani Grażyna. Władze zabroniły też umieszczenia klepsydry w gazetach i dawania wywiadów. Trauma spowodowana śmiercią Antoniego odbiła się na całej rodzinie Browarczyków. – Kruczoczarne włosy mojej mamy w ciągu jednego dnia zrobiły się siwe – mówi pani Grażyna. – Mój tata przeszedł zawał, a później wylew. Przez 10 lat był sparaliżowany i przykuty do łóżka. Ja w tamtym okresie często mdlałam, szczególnie na widok milicjantów. „Skoro oni zastrzelili Tolka, to przyjdą po mnie i też zabiją” – myślałam.


    Czekają na upamiętnienie


    Dzisiaj znane są nazwiska milicjantów, którzy 17 grudnia strzelali do demonstrujących rodaków. Wśród nich jest także zabójca Tolka. – Jednak mimo upływu czasu żaden z funkcjonariuszy nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Cenzura, zmowa milczenia, utrudnienia ze strony milicji, a nawet mataczenie świadków doprowadziły do tego, że śledztwo w sprawie śmierci A. Browarczyka umarzano trzy razy – podkreśla R. Chrzanowski. Pozostała jedynie pamięć, którą kultywuje rodzina zabitego 20-latka. W 2008 r. Antoni Browarczyk został odznaczony pośmiertnie przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Nie zapominają o nim także dawni znajomi i przyjaciele. W 2011 r. grupa działaczy Federacji Młodzieży Walczącej, Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, a także kibiców Lechii wystąpiła z inicjatywą postawienia tablicy pamiątkowej w miejscu, w którym został postrzelony Tolek. Mimo że inicjatorzy mieli gotowy projekt i zebrane fundusze zaproponowana płaskorzeźba została potraktowana jak pomnik, a na jego budowę musieli zgodzić się radni. – Na zielone światło czekaliśmy do czerwca tego roku. W tym czasie wycofał się sponsor, który obiecał nam 30 tys. zł – wyjaśnia Robert Kwiatek, prezes Stowarzyszenia FMW. – Od wprowadzenia stanu wojennego minęło już ponad 30 lat, a ludzie, którzy wówczas stracili życie, do tej pory nie zostali w Gdańsku upamiętnieni – uzupełnia. – Chcemy to zmienić, stawiając pomnik, który przez pryzmat tragedii Antoniego Browarczyka będzie przypominał o wszystkich zabitych w tamtym trudnym czasie.


    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół