• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Rugby łączy ludzi

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 51-52/2014

    dodane 18.12.2014 00:00

    Kibice. – Uczestniczyłem kiedyś w piłkarskich derbach Trójmiasta. Nie podobały mi się te wyzwiska i przekleństwa. A przecież kibicowanie nie powinno dzielić – mówi Mateusz, kilkunastoletni kibic Lechii.

    Dzisiaj trudno już nawet powiedzieć, kiedy pomiędzy dwiema trójmiejskimi drużynami piłkarskimi powstał konflikt. Podzielił on nie tylko kibiców Gdańska i Gdyni. Jego ślady odnaleźć można w całym niemal województwie, ponieważ mieszkańcy konkretnych mniejszych miast sympatyzują z jedną bądź drugą drużyną. I choć dzisiaj otwarte walki przekształciły się głównie w wojny toczone na wyzwiska, które mają miejsce podczas meczów obu drużyn, to jednak szczytem nieroztropności jest nadal paradowanie w żółto-niebieskim szaliku Arki Gdynia po gdańskich ulicach.

    Dokładnie tak samo jest z ubieraniem biało-zielonych barw w Gdyni. – Na co dzień nie chodzę w barwach Lechii. Ale jeżeli wracałabym z meczu w szaliku mojej drużyny, czułabym się niepewnie – podkreśla Marysia, uczennica Gimnazjum nr 49 na Żabiance. To właśnie tutaj odbyło się kolejne spotkanie w ramach cyklu: „Miłuj bliźniego swego. Rugby łączy ludzi”. Zawodnicy drużyn rugby obu trójmiejskich klubów rozmawiali z młodzieżą ukazując piękno tej dyscypliny sportu. Zachęcali też młodych kibiców do wzajemnego szacunku. – Idąc przez jedno z gdańskich osiedli, zobaczyłem napis: „Śmierć Arce”. Wyobrażacie sobie, żeby ubrać białozieloną koszulkę i pojechać do Gdyni-Chyloni? – pytał ks. Tyberiusz Kroplewski, prowadzący spotkanie. – Wyobrażam sobie. Ale wolałbym tam tak nie jechać – odpowiedział jeden z uczniów, Mateusz. Po jego słowach młodzież wybuchła gromkim śmiechem.

    Piknik rugby

    – Różnica między piłką nożną a rugby jest taka, że w rugby walka odbywa się tylko na boisku. Na trybunach jest atmosfera piknikowa – mówił podczas spotkania Rafał Witoszyński, zawodnik Lechii. – Wystarczy, że rugby jest sportem dość agresywnym. Na trybunach jest za to spokojnie. Pamiętam swój ostatni finał jako trenera. Odbywał się na boisku Arki. Wierzcie mi, że to był chyba najładniejszy finał, jaki widziałem. Niektórzy ludzie mieli na szyjach po dwa szaliki. Biało-zielony i żółto-niebieski. Dlatego, że mieli przyjaciół w jednej i drugiej drużynie. Nie zdecydowali się, którą wybrać. A zawodnicy są po to, żeby zrobić przyjemność kibicom – podkreślał były selekcjoner. – Na mecze rugby przyjeżdża moja rodzina. Kibicuje mi dziesięcioletnia córka. Zbiega na boisko i wie, że jest bezpieczna – dodaje już po spotkaniu Paweł Dąbrowski, nauczyciel, zawodnik Arki Gdynia.

    Trudne początki

    Gdy na Wybrzeżu powstawały pierwsze drużyny rugby, ich sympatycy wywodzili się z grona kibiców piłkarskich. Jak podkreślają starsi zawodnicy, wówczas na meczach zdarzały się „zadymy”. – Pamiętam jeden mecz, gdzie była grupa kibiców z Gdańska i poleciały jakieś wyzwiska w ich stronę. Zbyszek, który jest guru gdyńskich kibiców, wstał i zaraz sytuację uspokoił. Musieliśmy kibiców edukować – wspominał Marek Płonka, trener reprezentacji Polski. Miałem taki przypadek jako trener, że na stadion, na którym nie ma żadnych barierek, ani płotu przyjechali kibice Lechii i Arki. Przyprowadziła ich kawalkada samochodów policji. Przed meczem doszło do zamieszek, bo ktoś sobie przypomniał, że w jakimś meczu piłki nożnej ktoś na kogoś źle popatrzył. Powiedziałem wówczas w telewizji, że my nie chcemy takich kibiców – kontynuował Marek Płonka. – Dzisiaj widzę, że na mecze rugby przychodzą ci sami kibice, którzy po meczach piłkarskich ze sobą wojują. A na rugby siedzą obok siebie, kibicują, krzyczą… Nie ma wyzwisk, nie ma wulgaryzmów. To jest dobre i piłka nożna powinna się od nas tego uczyć – dodał.

    Akcja Edukacja

    Jak zgodnie podkreślali sportowcy, wytrwała praca przynosi pożądane efekty. Nie tylko w dziedzinie sportowych osiągnięć. – Napięcia pomiędzy kibicami to bardzo duży problem – mówi Paweł Dąbrowski. – Gdy zacząłem pracować w gimnazjum w Gdyni, młodzież od razu zauważyła gdańskie tablice rejestracyjne w moim samochodzie. Pojawiły się głosy: „To na pewno lechista”. Chcieli mnie zaszufladkować – opowiada. – Ale z czasem zrozumieli, że nie chodzi o to, gdzie mieszkasz, tylko kim jesteś i co sobą reprezentujesz – stwierdza. Podkreśla, że kształtowanie młodzieży to długotrwały proces. – Wzajemny szacunek trzeba budować od najmłodszych lat. Ważne jest tutaj także zaangażowanie rodziców. Jeżeli chodzi o starszych, cóż… każdy może się zgubić. Może jeden na dziesięciu zmieni zdanie. To też jest sukces – dodaje. – Jaki jest stosunek rugbystów do odwiecznego konfliktu pomiędzy piłkarzami Lechii i Arki?

    – pada pytanie z sali. – Pomimo tego, że nazywamy się tak samo i gramy pod patronatem i szyldem miasta, odcinamy się od tego w stu procentach. W rugby nie istnieje coś takiego jak nienawiść do drugiej osoby tylko dlatego, że jest z innego miasta i gra w innym klubie. Widać to, kiedy spotykamy się na zgrupowaniach kadry narodowej, kiedy przyjeżdżają ludzie z całej polski, z różnych klubów. Jesteśmy wówczas w stanie stworzyć superatmosferę. Każdy nosi orzełka na piersi – odpowiada jeden z zawodników. – Akcja zorganizowana przez ks. Tyberiusza pokazuje, że wszystko jest możliwe. Zawodnicy i w ogóle dwa miasta, które nie pałają do siebie sympatią, potrafią się dogadywać, żyć ze sobą normalnie. Ta akcja pokazuje, że rugby potrafi połączyć ludzi w coś dobrego. Jestem pod wrażeniem – podkreśla Jacek Wojaczek z gdyńskiej Arki. – Jestem starszym zawodnikiem i pamiętam czasy, gdy nienawiść między Arką a Lechią była ogromna. Kiedy tu przyjechałem, pierwsze, co mnie uderzyło, to był widok żółto-niebieskich i biało-zielonych baloników na korytarzach szkoły. Następny szok pojawił się wówczas, gdy zobaczyłem oficjalne flagi naszych drużyn, które towarzyszą nam na wszystkich meczach – podkreśla Wojaczek.

    Trzecia połowa meczu

    Sportowcy podkreślają, że twarda walka, a nawet odnoszone kontuzje nie psują pomiędzy nimi przyjaźni. Jeden z nich opowiada historię o tym, jak w wyniku zderzenia z przeciwnikiem złamał sobie nos. Musiał natychmiast zakończyć grę. – Do dzisiaj żywimy do siebie sympatię, jesteśmy w stałym kontakcie. Jesteśmy kolegami – zaznacza. – Ta dyscyplina jest specyficzna. To zespołowy sport walki. Ale po meczu, nawet srodze przegranym, nikt się nie obraża. Wszyscy robią szpaler, przybijają sobie piątki, bo jest jeszcze „trzecia połowa”. To tradycja w rugby, że po meczu wszyscy zawodnicy się spotykają – dodaje inny. Młodzież przyjmuje te słowa z entuzjazmem. Relacje pomiędzy zawodnikami odwiecznych rywali wyraźnie oddziałują na ich postrzeganie drużyn.

    Atmosfera boiska

    Spotkanie przeplatają występy taneczne dziewcząt z podstawówki i gimnazjum. Rugbyści starają się przybliżyć zasady, jakie obowiązują w ich dyscyplinie sportowej. Pokazują, jak buduje się formację młyna, jak w rugby wygląda wrzut z autu… Okazuje się, że większość młodych ludzi zna te zasady. Młodzież chętnie pyta o szczegóły treningów. Jest także czas na konkursy, w których nagrodami są pamiątkowe koszulki i miniatury piłek. Nagrody od pani dyrektor otrzymują także uczniowie, którzy wzięli udział w konkursie plastycznym poświęconym rugby. Wszystkim udziela się atmosfera pikniku. Pod koniec spotkania przychodzi czas na wspólny śpiew. W sali gimnastycznej rozbrzmiewają słowa piosenki „choć tyle żalu w nas, przekażcie sobie znak pokoju”. W tym momencie przedstawiciele obu drużyn dzielą się opłatkiem. – To było spotkanie z facetami z krwi i kości, którzy w dodatku są inteligentni i mają poukładane w głowie – mówi Elżbieta Wasilenko, pomorska kurator oświaty. – My nauczyciele pamiętamy, że misją szkoły jest nie tylko wyposażenie w wiedzę, ale krzewienie wartości, z którymi pójdziecie dalej w życie. Jak bardzo jest to dla nas ważne świadczy to, że był z nami tu obecny Piotr Kowalczuk, wiceprezydent Gdańska. Myślę, że wszystkie dobre zachowania dają wiele satysfakcji i sprawiają, że ten świat jest lepszy i piękniejszy – dodaje. – Ludziom trzeba ciągle tłumaczyć, co jest dobre, a co złe. Wielu moich kolegów jest zapalonymi kibicami. Myślę, że to spotkanie uczyło, że nie warto zachowywać się agresywnie – mówi już po spotkaniu Mateusz z Gdańska. – Na meczu nie byłam, choć zawsze chciałam. Mecze rugby oglądam w internecie. Lubię ten sport. Spotkanie może uświadomić niektórym, że nie warto się kłócić. Przychodząc na mecz, powinniśmy wspólnie przeżywać radość – dodaje Paulina z Gdyni.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół