• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Gdy patelnia zawisła na najdalszej belce

    Katarzyna Banc

    |

    Gość Gdański 10/2015

    dodane 05.03.2015 00:00

    To, co na Nordzie (północna część Kaszub) jest głęboko wpisane w kulturę, na południu może pozostawać nieznane. Niezależnie jednak od rejonu „pòst je pòst” i jest święty.

    Tak jak zależnie od regionu Kaszub rodowici mieszkańcy posługują się swoistym dialektem kaszubszczyzny, czasem bardzo od siebie odmiennym, tak też zwyczaje wielkopostne są zróżnicowane. Wiele z dawnych tradycji, w różnej formie przetrwało do dziś. Jest to zasługa przede wszystkim mocnej pozycji rodziny w lokalnym społeczeństwie. – Jak rodzic poprowadzi, tak potem dziecko w życiu sobie radzi – śmieje się pani Bogumiła Wandtke, przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Miszewie i sołtys. Jest matką czterech synów i córki, którym stara się przekazać to samo, czego dowiedziała się od swoich rodziców.

    Śledź rządzi

    – Na początku i końcu Wielkiego Postu oraz w każdy piątek jemy tylko bezmięsny obiad do syta. Moi rodzice i teściowie zachowywali tę tradycję również w Wielkim Tygodniu – tłumaczy.

    Do tej pory niektórzy do świąt odmawiają sobie mięsa. Kaszubski jadłospis postny był raczej skromny. Podstawę stanowił solony śledź, mógł być pieczony lub zalewany wodą z octem, oraz ziemniaki – tradycyjne pùlki, czyli gotowane w mundurkach; pieczone lub smażone jako placki. Obecnie na stole pojawiają się różne rodzaje ryb, jajka oraz zupy: owocowe, warzywne (kartoflana, brukwiowa) z zacierką i regionalna rëbiónka (rybna). – Dawno temu, w domu, w Środę Popielcową szorowano dokładnie z tłuszczy patelnię, którą potem wieszano na belce w najdalszym kącie izby. Od tego dnia smażyć można było tylko bezpośrednio na rënkach, czyli fajerkach – wspomina Bogumiła Wandtke. Dziś trudno by było ten zwyczaj kultywować.

    Asceza i modlitwa

    Żywe nadal pozostało odmawianie sobie przyjemności – młodsi często rezygnują ze słodyczy, starsi ze spożywania alkoholi. – W moim domu staramy się też ograniczyć telewizję, komputer czy radio. Jest po prostu ciszej – dodaje. Na Kaszubach w tym czasie nadal chowa się instrumenty, a jedyną muzykę wykonuje się w kościele. Stąd też nierzadko jubilaci na urodziny zapraszają gości dopiero po Wielkanocy. Obok wyrzeczenia w post wpisana jest modlitwa. – W Środę Popielcową, w każdy piątek na Drogę Krzyżową, a w niedzielę to nawet dwa razy trzeba być w kościele. Bo raz na Mszy św., a potem przecież jeszcze Gorzkie Żale – wylicza sołtyska. Stanisław Okrój, 88-letni mieszkaniec Miszewa, potwierdza te słowa – Zawsze cała rodzina szła do kościoła i nikt nawet nie pomyślał, żeby miało być inaczej. W Wielkim Tygodniu wszyscy się spowiadali, bo, wiadomo, na święta szło się do Komunii – uzupełnia. Praktyki postne łagodzono jedynie w niedziele i uroczystości, wśród których najważniejsza przypadała 19 marca, w dzień świętego Józefa. – Wtedy trzeba było rozpocząć prace w polu, niezależnie od pogody – wspomina pan Stanisław. Na Kaszubach znane jest powiedzenie: „Na swiãtégò Józwa przez pòle brózda”. – Prace polowe można było wykonywać do Wielkiego Czwartku, potem zamiast na pole szło się do kościoła – dopowiada. Do tej pory uważa się ten ostatni dzień prac za najlepszy moment na wsiewanie kwiatów i sadzenie drzew owocowych.

    Obmycie

    Na Niedzielę Palmową przynoszono do kościoła gałązki bazi i zielone pędy brzóz. Te ostatnie odpowiednio wcześniej trzeba było naciąć i wstawić do wody w ciepłym miejscu, by wypuściły listki. Palmy w domach przechowywano cały rok, często zatknięte za święty obraz. Gdy któryś z członków rodziny zachorował, wyciągało się jedną z gałązek i parzyło napar, wierząc w jego lecznicze właściwości. Tradycyjna wielkosobotnia święconka, dziś obecna powszechnie, na Kaszubach nie była znana. Ważny obrzęd tego dnia odbywał się wieczorem przed wyjściem do kościoła. Dzieci obmywały domownikom nogi wodą przyniesioną ze strumienia. Był to ostatni moment przygotowania do świąt – obmycia tego, co stare, by zacząć z Bogiem nowe. Pan Stanisław, mówiąc o mocy tradycji, wspomina pewną kobietę ze wsi. – Przed świętami przygotowywało się kiełbasy i wędliny: krwawy salceson, pasztetowa, wątrobianka. One, powieszone na drążkach, w chałupie się suszyły, czekając Jastrów (Wielkanocy). To jej tak pachniało, że z łakomstwa ucięła koniec kiełbasy i kawałek zjadła. Oj, w święta już nic nie jadła. Całe przechorowała. Zgrzeszyła. Kara była, bo postu nie zachowała.

    Rëbiónka

    ok. 50 dag ryb, np. okonia lub dorsza marchew seler por cebula mleko 2 żółtka 1 łyżka mąki pszennej liść laurowy ziele angielskie sol, pieprz Ryby wypatroszyć (zostawiając łby) i starannie umyć. Nasolić i odstawić. Z posiekanych warzyw, liścia i ziela przyrządzić wywar. Dodać ryby, gotując na małym ogniu. Gdy mięso się ugotuje, delikatnie wyjąć ryby, oczyszczając z ości i dzieląc na małe porcje. W niewielkiej ilości mleka (lub maślanki jeśli ktoś woli na kwaśno) rozmieszać żółtka i mąkę. Wlać do zupy, mieszać aż do zagotowania. Dodać mięso, doprawić do smaku.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół