• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Impuls dla niewidzialnych

    Katarzyna Banc

    |

    Gość Gdański 15/2015

    dodane 09.04.2015 00:00

    W Gdańsku stale około 600 osób nie ma dachu nad głową. W ciągu dnia można ich spotkać na Starym Mieście. Proszą o jałmużnę. Na parkingach przy supermarketach proponują odprowadzenie wózka. Noce spędzają w prowizorycznych szałasach w miejskich parkach, altankach, na dworcach, czasem w noclegowni. Żyją obok, a często są niezauważani.

    O tym problemie myśli się stereotypowo: że tak chcieli, że wybrali taki styl życia, że taka ich decyzja. – To bzdura – mówi Mariusz Wilk z Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta z Gdańska, pedagog i terapeuta na co dzień pracujący z bezdomnymi. – Nikt z ludźmi, z którymi pracowałem, nie decydował się na taki krok. Nikt z nich tak naprawdę nie chciał takiego losu. Ale w ich życiu nastąpił splot wielu różnych okoliczności, które w konsekwencji doprowadziły do takiego stanu. Często w domu nie nauczyli się, jak dbać o siebie, nie zdobyli umiejętności dobrego, wartościowego patrzenia na siebie, dostrzegania swoich zalet i możliwości, ani radzenia sobie z trudnościami, które piętrząc się, spowodowały, że w pewnym momencie stracili wszystko – wyjaśnia.

    Egzystencjalny minimalizm

    Niemożliwe jest wyjście z bezdomności o własnych siłach. Potrzebna jest pomoc, ale mądra pomoc, bo im dłużej się w niej trwa, tym trudniej to zmienić. Szacuje się, że po 8 latach, zaledwie 2–3 proc. jest w stanie z niej wyjść. To stan, który w jakiś sposób uzależnia. Paradoksalnie pomoc, jaką okazuje się w odruchu serca, dając proszącemu pieniądze lub jedzenie, odnosi skutek przeciwny do zamierzonego. – Jeśli dam pieniądze, to mogę mieć pewność, że utwierdzę proszącą osobę w jej stanie. Będzie się ona coraz bardziej przywiązywać do myśli, że jej sposób życia jest dobry, bo wystarcza na jej potrzeby, nie podejmie pracy, by coś zmienić – mówi M. Wilk. – To, co można naprawdę dla bezdomnego zrobić, to wskazać adres placówki, pod którym otrzyma pomoc – dodaje. Odesłanie np. do jadłodajni zmusza do podjęcia działania, czynnego wysiłku, bo posiłki są wydawane o konkretnej porze. Taka osoba musi podjąć decyzję, zmobilizować się, by coś zmienić. – Mogę być postrzegany jako człowiek o kamiennym sercu. Ale jestem mocno przekonany, że jeżeli na ulicy zaspokoimy podstawową potrzebę, to osoby, żyjące tam, tam zostaną – podkreśla Mariusz Wilk.

    Dom dla bezdomnego

    Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w listopadzie otworzyło w Przegalinie dom wspólny. Wcześniej przez wiele lat było tutaj schronisko dla bezdomnych. – To specyficzne miejsce. Samo mieszkanie tu jest formą resocjalizacji – mówi Wiesława Ba, odpowiedzialna za placówkę. Mieszka tu 14 mężczyzn, w większości starszych, którzy wiele lat życia spędzili na ulicy. Teraz odpowiadają za to miejsce. – Przekazaliśmy pod ich opiekę dom, w którym są w pełni samodzielni. Znaczy to, że sami muszą o wszystko zadbać. Nie ma tutaj wydawanych posiłków, panowie sami dla siebie gotują, uczą się gospodarować pieniędzmi, brać odpowiedzialność za zużycie mediów. Każdy z nich, ze względu na stan zdrowia ma niewielkie świadczenie socjalne, dodatkowo część z nich ma pracę w mieście. Tworzą dom, w którym przywraca się nadzieję – mówi kierowniczka.

    Mieszkańcy sami się pilnują, wiedzą, że nie mogą tutaj pić. Czują się odpowiedzialni za to miejsce. Dbają o czystość, rąbią drewno, posadzili na polu wiklinę. Przy domu tworzą daliowy ogród. Mają psy, papużkę i... świnkę wietnamską. Każdy ma wyznaczony jakiś rewir, o który dba. Tworzą pierwszy raz od wielu lat własny dom.

    – Jeżeli się dużo rozmawia, dotrze się do człowieka, to naprawdę można z niego wyciągnąć to, co najlepsze. Na początku nie wiedziałam, jak to będzie, czy damy radę z remontem, ale na początek znalazło się dwóch panów, którzy chcieli pomóc. Potem dołączyli inni. Potrzebny był tylko ten pierwszy impuls – mówi Wiesława.

    Strata domu

    Mietek jest bezdomny od 10 lat. Z wykształcenia ślusarz mechanik maszyn przemysłowych. W Przegalinie zajmuje się psem, gotuje też obiady. Wie, że za rozstanie z żoną, od którego rozpoczęła się jego tułaczka, nie tylko ona odpowiada. Wspomina, jak trzy lata wcześniej, nocując w altance, tak odmroził stopę, że trzeba było ją amputować. Do tej pory noga się nie goi, przez co może wykonywać tylko niektóre prace – Tutaj mam swój kąt, czuję się swobodnie. Chcę dbać o to, co mam. Ja się tutaj dobrze czuję, tu jest cisza i spokój – mówi.

    Razem z Mietkiem mieszka Andrzej, jest już po 70. W wieku 19 lat został spawaczem, pracował w stoczni, zakochał się. Wszystko było pięknie, aż do wypadku, po którym nie mógł już wrócić do swojej pracy. Po miesiącach rehabilitacji znalazł pracę w pegeerze, z żoną dostali nawet mieszkanie służbowe w Gdańsku. Coś między nimi zaczęło się psuć, było coraz gorzej, zakończyło się rozwodem. – Zaczęło się życie na kwaterach i alkohol w dużych ilościach. To nie było życie, prawie wszystko szło na alkohol – przyznaje. Od 1986 roku miał wiele mrocznych momentów, gdy całkowicie tracił nadzieję, nie miał swojego miejsca, nie miał co jeść, miał kłopoty ze zdrowiem. Trzy lata temu, dzięki pomocy pani z MOPR-u trafił do schroniska Towarzystwa i już w nim został. Dziś czuje się odpowiedzialny za cały dom w Przegalinie, podejmuje w nim każdą pracę, z uśmiechem przyznaje, że jest prawą ręką kierowniczki.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół