• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Noc nie będzie trwała wiecznie

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 19/2015

    dodane 07.05.2015 00:00

    Historia. – Oprócz przesłuchań najgorsze były pluskwy. Uaktywniały się w nocy. Kiedy do celi przychodził strażnik i zapalał światło, korzystałam z okazji i szybciutko je rozgniatałam. Trzask, trzask, trzask. Ale potem przychodziły nowe. I tak przez 7 lat...

    Gdyby nie II wojna światowa i komunistyczne rządy w Polsce, prawdopodobnie odwiedzilibyśmy Ewę Ludkiewicz w przestronnym dworze, a nie w niewielkim mieszkanku budowanym w epoce Gierka. Córka przedwojennego ministra, profesora, jednego ze współtwórców niepodległej Polski wyjmuje stare albumy pełne czarno-białych fotografii, które dawno już odkleiły się od sfatygowanych, tekturowych kartek.

    – Niektóre mają grubo ponad sto lat – podkreśla pani Ewa, wskazując palcem młodego, uśmiechniętego człowieka siedzącego w kokpicie samolotu. To Władysław Śliwiński, świetny pilot legendarnego Dywizjonu 303, uczestnik bitwy o Anglię. Po 1945 r. działał na terenie Polski Ludowej jako angielski szpieg, dostarczając na Zachód informacje o działaniach komunistów. – Był wielkim patriotą, wspaniałym człowiekiem i prawdziwym przyjacielem, ale – do licha! – mógł trochę lepiej się konspirować – mówi pani Ewa.

    To ze względu na znajomość z Władkiem trafiła do... stalinowskiego więzienia.

    Panienka z dobrego domu

    – Pierwsze moje wspomnienia to spacery z tatą po warszawskich ulicach. Trzymałam go za środkowy palec ręki, a on stał przy wielkim słupie ogłoszeniowym i czytał, czytał, czytał – wspomina pani Ewa, przewracając kolejne strony albumu.

    Urodziła się w 1923 roku. Dwa lata wcześniej na świat przyszedł jej brat Jerzy. Ojciec Zdzisław wykładał w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. Był też ministrem reform rolnych w rządzie Władysława Grabskiego. – Zrezygnował po kilku miesiącach. Pamiętam, jak któregoś dnia wytłumaczył mi swoją decyzję: „Wiesz, Ewuniu, być profesorem to jest coś, a ministrem to każdy idiota może zostać”. Myślę, że to zdanie jest aktualne do dzisiaj – uśmiecha się pani Ewa.

    Mama Ksawera nie pracowała. – To była wielka dama. Chadzała z przyjaciółkami na koncerty do filharmonii i do teatru, całymi godzinami potrafiła cieszyć się kwiatami albo podziwiać zachody słońca. Pani Ewa sama o sobie mówi: „panienka z dobrego domu”.

    – Stać nas było na kucharkę, praczkę, służącą i korepetytorów. Mimo obecności tych ostatnich, nie najlepiej się uczyłam. Muszę przyznać, że byłam nieco leniwa. Na półrocze przed małą maturą miałam aż 5 dwój! Trochę było wstyd, bo w końcu córka profesora... – opowiada.

    Mała Ewa chodziła też na lekcje fortepianu, której uczył ją przyjaciel samego Karola Szymanowskiego – Aleksander Wielhorski. W chwilach wolnych od pracy i obowiązków szkolnych Ludkiewiczowie wybierali się do swojej posiadłości letniej w Milewku na Pomorzu. – Był to 50-hektarowy majątek z pięknym dworem. Spędzaliśmy tam najpiękniejsze dni w roku. Kąpaliśmy się w jeziorze, bawiliśmy z psami, jeździliśmy na koniach, pływaliśmy łódką. To było moje miejsce na ziemi – przyznaje pani Ewa po latach.

    Blond czarownica

    Wojna zastała ich w podwarszawskim Zalesiu, gdzie przeprowadzili się w czerwcu 1939 roku. – 1 września był dniem takim, jak wszystkie poprzednie. Rano ojciec słuchał radia w swoim pokoju. Przyszedł do nas z wiadomością: „Niemcy zaatakowali Polskę”. Jurek wstąpił do wojska i powędrował na Wschód. Wierzyłam wtedy, jak większość nieświadomych Polaków, zapewnieniom ministra Becka, że „nie oddamy ani guzika” – wspomina pani Ewa.

    Stało się inaczej. Niemcy wkroczyli do Zalesia już po 5 dniach. Ludkiewiczowie siedzieli wtedy na ganku. Nagle usłyszeli warkot motorów. Odbyli szybką naradę rodzinną. Ustalili, że z hitlerowcami będzie rozmawiał ojciec, który świetnie znał niemiecki. – Naziści zajęli naszą willę, ale byli wobec nas grzeczni. Na mnie wołali „Blonde Hexe”, czyli blond czarownica. Nie czułam w tym wrogości. Aż ciężko było sobie wyobrazić, że żyli obok nas ludzie odpowiedzialni za tak niesłychane zbrodnie i okrucieństwa – podkreśla.

    Zalesie ominęły działania wojenne. Młodzi kąpali się w jeziorze albo jeździli na rowerach. Starsi grali w brydża. – Tylko co jakiś czas docierały do nas mrożące krew w żyłach informacje: przyjaciel został rozstrzelany, ktoś z rodziny trafił do Auschwitz, jeszcze innego rozerwała na strzępy bomba zrzucona w czasie nalotu – wspomina.

    W końcu tragedia dotknęła też rodzinę Ludkiewiczów. – Tatuś, organizator tajnego nauczania w Warszawie, zmarł na zapalenie płuc. Bardzo to przeżyliśmy. Miał zaledwie 59 lat. Po jego śmierci rodzinie zaczęło brakować pieniędzy na życie. Pani Ewa poszła do pracy w Skierniewicach, w majątku doświadczalnym SGGW. Tam, zupełnym przypadkiem, spotkała swoją koleżankę Zofię Zakrzewską. Poznały się przed wojną w harcerstwie. Zosia wciągnęła Ewę do konspiracji i w działalność Szarych Szeregów.

    – Przychodziły do mnie młode dziewczyny, z którymi przerabiałyśmy kurs pierwszej pomocy. Uczyłyśmy się, jak zakładać opatrunki i umacniać złamane kończyny. Pewnego razu dostałam od Zosi polecenie wyjazdu do Warszawy i przewiezienie jakiegoś meldunku. Bardzo bałam się łapanki, ale wszystko przebiegło pomyślnie – opowiada. Miała szczęście, które wkrótce miało się skończyć...

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    • mpaproc
      02.03.2016 17:00
      Ja nie wiem czy bym psychicznie dała rade tak 7 lat z pluskwami i całą resztą. Korepetytorzy z historii w Słupskie podobnie sie często czują ale mają lepszy wybór jak Preply http://preply.com/pl/Słupsk/korepetycje-z-historia
    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół