• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Można potknąć się o muzykę

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Gdynia po raz kolejny stała się międzynarodową stolicą muzyki. Miasto przeżyło prawdziwe oblężenie fanów festiwalu.

    Open’er Festival odbywa się od ponad 10 lat. Kiedy skwer Kościuszki zaczął robić się zbyt ciasny, muzycy i publiczność przenieśli się na lotnisko Babie Doły-Kosakowo. Teren imprezy systematycznie się powiększał, rozrastając się z 3 do 75 ha. Ludzie przyjeżdżają na to muzyczne święto nie tylko z Polski.

    Wysokie loty

    Wśród festiwalowiczów słychać najróżniejsze języki. – To mi się właśnie podoba. Ta atmosfera i przestrzeń. Nie kiszę się między ludźmi w jakiejś hali, tylko swobodnie siedzę na kocu – mówi Marta z Olsztyna. Po raz pierwszy na festiwal wyciągnęli ją znajomi. – Powiedzieli, że jadą i zapytali, czy nie chcę się przyłączyć – tłumaczy. Zaskoczył ją festiwalowy luz. – Kilka scen, gdzie każdy szuka swojej muzyki. Takiej, na jaką ma ochotę – chwali. Marta obala teorię, że w muzyczny klimat najlepiej wczuwa się „po piwku”. Sama nie pije alkoholu. – Wystarczy mi muzyka, chociaż czasami bywa ona dodatkiem do znajomych, których spotykam i z którymi mogę pogadać, potańczyć i pośmiać się do rana – mówi. Przekrój wiekowy uczestników imprezy jest bardzo duży. Pani Weronika przyjechała na festiwal z małą Lenką. Dziewczynka ma ponad 3 lata. – Nie widzę w tym najmniejszego problemu. Nie będę stała blisko sceny, więc nie obawiam się tłumu ani nadmiernego hałasu – wyjaśnia. A dlaczego z dzieckiem? – Bo zanim Lenka przyszła na świat, na Open’erze byłam regularnie. Dziecko nie jest przeszkodą, żeby uczestniczyć w tak fajnym koncertowym wydarzeniu. No, a przy okazji mam nadzieję, że mała załapie bakcyla i za kilka lat sama chętnie się tu wybierze – śmieje się pani Weronika.

    Muzyczny wirus

    Open’erowy bakcyl z pewnością złapał panią Ewę, która na co dzień pracuje w Gdyni. – W festiwal wciągnął mnie mąż, który Open’er pamięta jeszcze ze skweru Kościuszki – wspomina. Dla pani Ewy festiwal to duża różnorodność muzycznych doznań. – Ja nie potrzebuje sław, żeby iść na ten festiwal. Idę tam, bo chcę odkryć dobrą muzykę. Dla mnie jest to zawsze bogata oferta – wyjaśnia. Swój pierwszy Open’er wspomina bardzo pozytywnie. – Byłam zaskoczona tym, że to nie jest taki Woodstock, tylko impreza, która uczestnikowi pozostawia wybór. Bo jak muzyk ci się nie podoba, możesz zmienić scenę i pójść posłuchać innych zespołów. Bądź obejrzeć jakiś krótkometrażowy film albo pokaz mody, ewentualnie pójść i pogapić się na rękodzieło czy po prostu przysiąść na trawie – mówi. Dwójka jej dzieci też podłapuje festiwalowe klimaty. – Córka towarzyszy nam od zeszłego roku, a w przyszłym swój udział zapowiedział już syn – śmieje się. Pani Ewa zaskakuje muzyczną wiedzą, chociaż twierdzi, że z trendami nie jest na czasie. – Przed pierwszym Open’erem mąż próbował mi przedstawić zespoły, ale dopiero to, co usłyszałam na festiwalu, mnie przekonało. Od tamtego czasu nie chodzę na Open’era jakoś specjalnie zaznajomiona z artystami, bo daję sobie szansę odkrycia czegoś nowego i zaskakującego – tłumaczy. Do poznanych muzyków wraca w domu. – Mam już kilka ciekawych płyt. Przekonują mnie zwłaszcza polscy artyści – dodaje. Paweł przyznaje, że na festiwalu można „potknąć się” o muzykę. – Mimo że idziesz na ulubiony zespół, pozytywnym zaskoczeniem jest to, że przypadkowe spotkania z różnymi artystami powodują, że do zabawy może porwać cię gatunek muzyczny, który nie jest twoim ulubionym – mówi.

    Kierunek: Babie Doły

    Przed bramą wejściową stoi grupka dziewczyn. Rozmawiają i głośno się śmieją. Czekają na autobus, który przewiezie je na pobliskie Babie Doły. Służba porządkowa festiwalu dba, żeby uczestnikom oraz zmotoryzowanym mieszkańcom Gdyni nic się nie stało. Ruch został na chwilę wstrzymany, a z głośników słychać: „Szybko, szybko! Kto jeszcze jedzie? Biegiem, bo pan kierowca nie będzie czekał”. Dla Anki z Poznania przyjazd do Gdyni to obowiązkowy punkt początku każdych wakacji. Śpi w namiocie, a międzykoncertowy czas spędza na pobliskiej plaży. – Lubię tę atmosferę, bo co roku spotykam fantastycznych ludzi, z którymi można normalnie porozmawiać, wymienić poglądy – mówi. Na szyi nosi krzyżyk. Zapytana o Boga, odpowiada wprost: – Wierzę w Niego. Jestem w niedziele na Mszy św., bo tak zostałam wychowana, ale cieszę się, że na swojej drodze spotkałam księży, którzy powtarzali, iż Bóg nie zabrania mi się bawić, byle w tym, co robię, zachować umiar i rozsądek. I powiem szczerze – fajnie mi z tym, że Ktoś nade mną czuwa – kończy i biegnie na autobus. Festiwal to prawdziwa gratka dla fanów muzyki, ale bywa uciążliwy dla mieszkańców miasta, a zwłaszcza Babich Dołów. Ta zazwyczaj spokojna dzielnica Gdyni przeżywa prawdziwe oblężenie. – Mamy tu dwa sklepy i taka kolejka jak teraz to coś nienormalnego. Jak za PRL – śmieje się pani Małgorzata. Open’er to także spore utrudnienia w ruchu. Estakada Kwiatkowskiego od pierwszego dnia była mocno zakorkowana. – Pracuję w centrum i wracam autobusem. Korki są tak uciążliwe, że cieszę się, iż ten festiwal trwa tylko 4 dni – mówi pani Gosia.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół