• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jak leśni ludzie

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Rajd historyczny. Z mapą i kompasem przedzierają się przez leśne ostępy. Choć ciążą im plecaki, poruszają się bezszelestnie. Nie chcą wpaść w zasadzkę zastawioną przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa...

    Dlatego z przodu i z tyłu oddziału maszerują zwiadowcy, którzy wyłapują każdy najmniejszy sygnał zwiastujący niebezpieczeństwo. Po wielogodzinnym marszu w strugach deszczu w końcu docierają do wsi. W butach chlupocze woda. Są głodni i zziębnięci. Marzą o kubku ciepłej herbaty. A przed nimi najtrudniejsze zadanie – znalezienie noclegu. Dlatego pukają od drzwi do drzwi i proszą choćby o kawałek podłogi. Jeśli nie przekonają do siebie miejscowych, noc spędzą... pod gołym niebem.

    To tylko słońce, a my się pocimy

    Po razy pierwszy Rajd Pieszy Szlakiem Żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady AK odbył się w 2002 roku. – Wzięła w nim udział garstka zapaleńców leśnych wędrówek, którzy w większości nie mieli bladego pojęcia, kim są żołnierze niezłomni. Do tegorocznej edycji rajdu zgłosiło się już kilkaset osób. Dla wielu z nich „Inka”, „Zagończyk”, „Żelazny” to bohaterowie – podkreśla Piotr Malinowski, uczestnik pierwszego rajdu i komendant 13. edycji, która zakończyła się 1 lipca. Uczestnicy rajdu startują w Sopocie, a droga ich 6-dniowej wędrówki wiedzie przez miejscowości położone w Borach Tucholskich, związane z historią słynnego oddziału majora „Łupaszki”.

    – Na początku tworzone są ok. 10-osobowe patrole z pełnoletnim opiekunem na czele. Zadaniem każdego oddziału jest przejść wyznaczoną przez organizatorów trasę. Pojedyncze odcinki wynoszą od kilku do kilkudziesięciu kilometrów – tłumaczy P. Malinowski. Niektórzy nie wytrzymują tempa albo warunków pogodowych. Wtedy trafiają do tzw. katowni UB, a w rzeczywistości – miejsca dowodzenia rajdem. – Najgorszy jest deszcz. Z butów można wylewać wodę, ubranie lepi się do skóry. A z tyłu głowy czai się myśl: „A co zrobimy, jak nikt nas nie przyjmie na noc?”. Jeśli ktoś w takim momencie się załamie i zacznie marudzić, to może rozbić całą grupę – opowiada Lucyna Gałkowska. – Najlepszym lekarstwem w takich sytuacjach jest poczucie humoru. Kiedy szliśmy cały dzień w ulewie, powtarzaliśmy sobie: „To tylko słońce, a my się pocimy”. Pomagało – zapewnia Dawid Dawidowski.

    Podczas marszu „partyzanci” wykonują zadania, które są punktowane. – Musimy ukrywać się przed siedzącym nam na ogonie patrolem ubeków, ale sami też możemy urządzić na nich zasadzkę. Wtedy czujemy się jak prawdziwi żołnierze – uśmiecha się Weronika Smagorzewska. – W każdej mijanej miejscowości od sołtysa czy leśniczego dostajemy pieczątki, które są potwierdzeniem naszej obecności. Chodzi o to, by organizatorzy wiedzieli, że nie oszukujemy, np. podjeżdżając autostopem – dodaje Ola Grząślewicz.

    Uczestnicy rajdu samodzielnie szukają noclegu w mijanych miejscowościach. Jak zapewniają, bardzo rzadko spotykają się z odmową skazującą ich na spanie w lesie. – Nie spodziewałam się, że w ludziach są tak duże pokłady życzliwości – przyznaje Natalia Stefańska. – Jedna pani, kiedy poprosiliśmy ją o udostępnienie kawałka podłogi, oddała nam do dyspozycji całe piętro swojego domu. Z łazienką, telewizorem, suszarką, a nawet... lodówką.

    Kanapki z węgorzem

    Od kilku lat młodym ludziom kibicuje Józef Bandzo ps. „Jastrząb”, jeden z dwóch ostatnich żyjących podkomendnych „Łupaszki”. Posiadając doskonałe wyczucie terenu, należał do kilkuosobowego grona najbardziej zaufanych ludzi majora i osobiście czuwał nad jego bezpieczeństwem w czasie marszu przez Bory Tucholskie. Dzisiaj pan Józef mieszka w Warszawie. Na Pomorze przyjechał specjalnie, by spotkać się z uczestnikami rajdu. – Wracają wspomnienia – wzdycha. – I chociaż każdy dzień tutaj był walką o życie, to wcale nie są one takie złe. Dzięki miejscowym ludziom, którzy bardzo nam pomagali – zaznacza. – Pamiętam te pyszne kanapki z węgorzem, które dostawaliśmy na drogę. Najwspanialsza rzecz pod słońcem! Jak człowiek miał taką kanapkę, to mógł iść, iść, iść... Jednak życie w lesie nie rozpieszczało. Żołnierzom dawały się we znaki nocne patrole, przepocone mundury, problemy z utrzymaniem higieny osobistej. Prawdziwym utrapieniem były wszy, pluskwy i pchły likwidowane przy pomocy specjalnego rodzaju octu. – Mimo tego wszystkiego nigdy nie pojawiła się w mojej głowie myśl: „Mam dość”. Człowiek nie wyobrażał sobie życia bez partyzantki – podkreśla pan Józef. Żołnierze wędrowali nocami, pokonując codziennie kilkadziesiąt kilometrów. Nad ranem zatrzymywali się we wsi. – Gospodarz przynosił nam snopki słomy. Przed zaśnięciem modliliśmy się, śpiewając „O, Panie, któryś jest na niebie” – opowiada. Po 2–3 godzinach snu zasiadali do śniadania. – Zawsze proponowaliśmy zapłatę za żywność – zapewnia. Niektórzy brali. Większość nie. Później były obowiązkowa musztra i wymarsz. A potem kolejne kilometry...

    A co ty mi tu z tymi bandytami...

    Od samego początku w rajdzie chodziło o „nietypową edukację”. – Chcieliśmy, by – oprócz zmagań z pogodą czy męczącą trasą – ludzie poznali historię słynnego oddziału majora „Łupaszki”, który działał na Pomorzu od jesieni 1945 r. – mówi prof. Piotr Niwiński, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, współorganizator rajdu. Dlatego młodzi ludzie odwiedzają miejsca słynnych akcji leśnych partyzantów czy gospodarstwa, w których żołnierze znajdowali schronienie. – W jednym z nich, razem z oddziałem, nocowała sanitariuszka „Inka”. Opowiedział nam o tym starszy mężczyzna, a wówczas 11-latek, który doskonale zapamiętał obecność partyzantów w gospodarstwie rodziców – opowiada Ola.

    Ważnym elementem rajdu są tzw. akcje informacyjne. – Od organizatorów otrzymujemy ulotki. Kiedy wchodzimy do miejscowości, rozdajemy je przechodniom. Opowiadamy o idei rajdu oraz historii żołnierzy niezłomnych. Podczas takich rozmów wiele osób się otwiera i dzieli swoimi wspomnieniami. Opowiadają, jak dokarmiali łupaszkowców albo dawali im nocleg. Mówią o leśnych oddziałach z wielkim szacunkiem – przyznaje Weronika. Ale uczestnicy rajdu spotykają się również z negatywnymi reakcjami. „A co ty mi tu z tymi bandytami wyskakujesz? Oni mordowali cywilów” – usłyszał Michał Rzepa od jednego gospodarza. – Zupełnie mnie zatkało. Później sięgnąłem do książki, którą miałem ze sobą. Okazało się, że język używany przez starszego pana jest wierną kopią komunistycznej propagandy – wspomina. – Nie chcemy nikomu przekazywać tzw. prawdy objawionej. Uczymy raczej wyciągania wniosków z usłyszanych świadectw – zaznacza prof. Niwiński.

    Uczestnicy rajdu nagrywają lub spisują relacje świadków, które w wielu przypadkach są wykorzystywane przez historyków z IPN czy Muzeum II Wojny Światowej. – Dzięki zaangażowaniu młodych ludzi, udało się odtworzyć wiele nieznanych wcześniej faktów dotyczących działalności oddziałów „Łupaszki” – podkreśla naukowiec.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół