• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nie jestem bohaterem

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 29/2015

    dodane 16.07.2015 00:00

    Tak mówi o sobie 24-latek, który przebiegł ponad 640 km. Obalił tym samym mit, że pomoc innym wymaga wielkich pieniędzy. Wystarczą dobre adidasy.

    To, co zrobiłem, nie jest – według mnie – niczym nadzwyczajnym. Wystarczy z własnych umiejętności zrobić dobry użytek. Ja pobiegłem, bo to lubię – mówi Sebastian Bibro z Nowego Targu, który w 12 dni przebiegł z gór nad morze.

    Podhale–Pomorze

    Kiedy na świat miała przyjść Ania, nikt nie spodziewał się, że dla rodziny państwa Garcarzów rozpocznie się dramatyczna walka o życie dziewczynki. – Synowa w ciąży czuła się bardzo dobrze i nic nie wskazywało na tragedię – opowiada Stanisława Garcarz, babcia chorej Ani. Po porodzie przeżyli szok, widząc u dziecka guz wielkości główki, zlokalizowany na nodze. – Okazało się, że jest to nowotwór złośliwy. A Ania dostała 5 proc. szans na przeżycie – wspomina pani Stanisława. Konieczne były natychmiastowa amputacja prawej nogi oraz stomia, czyli przeniesienie jelita grubego na lewą stronę.

    – Wnuczka jest po 10 cyklach chemioterapii i po pierwszej operacji usuwającej resztki nowotworu – mówi babcia. Do pomocy dziewczynce ruszyło całe Podhale, bo rodzina pochodzi z Waksmundu położonego niedaleko Nowego Targu. Ania jest podopieczną Fundacji im. Adama Worwy, więc każdy grosz, który udało się uzbierać, organizując różnego rodzaju akcje charytatywne, m.in. mecze piłkarskie, przeznaczono na rzecz dziewczynki. Jednak pomoc była nadal niewystarczająca. Bo dziewczynka po amputacji nogi potrzebuje endoprotezy, której koszt to 30–40 tys. zł. Nie jest to jednorazowy zakup, gdyż w czasie wzrostu takich protez będzie musiała mieć nawet 9. – Do tego dochodzi rehabilitacja Ani, która będzie musiała się nauczyć normalnie chodzić i funkcjonować – mówi babcia. I podaje kwotę 70 tys. zł. – To są ogromne pieniądze...

    Serce w adidasach

    Spacerowicze obserwują, jak na molo w Brzeźnie wbiega młody człowiek. Oprócz dziennikarzy czekają na niego dziadkowie chorej Ani. Pani Stanisława przytula mocno zmęczonego chłopaka. – Zrobiłeś jej najlepszy prezent na urodziny, jakiego mogliśmy kiedykolwiek oczekiwać – mówi. Sebastian Bibro od zawsze interesował się sportem. Jeździł na nartach i na snowboardzie. Trenował kick-boxing. Ostatecznie najwięcej czasu poświęcił piłce nożnej, która daje mu dużo sportowej satysfakcji. Od kilku lat myślał nad tym, żeby sprawdzić swoją wytrzymałość, pokonując trasę z Zakopanego do Gdańska. – Chciałem pobiec nad morze, bo nigdy tu nie byłem. Najdalej dojechałem do Łodzi – śmieje się 24-latek. Nieoczekiwanie sposobność nadarzyła się szybciej, niż się tego spodziewał, a celem przestała być jedynie plaża. Sebastian podjął ten trud, żeby pomóc chorej Ani Garcarz. – Były momenty kryzysu – wyznaje chłopak. – Ale przy takiej liczbie kilometrów to zupełnie normalne – dodaje. Problem z kolanem, który pojawił się kilka dni po rozpoczęciu biegu, udało się zniwelować maścią przeciwbólową. Pęcherze i otarcia na stopach pomogli mu zwalczyć ratownicy ze służby maltańskiej, towarzyszący mu na trasie. Najgorszy okazał się jednak upał. – Kiedy słońce tak mocno grzało, walczyłem sam ze sobą, żeby ukończyć bieg na jednym z odcinków trasy. To było najcięższe 20 km, jakie w życiu pokonałem – przyznaje. Do tego miał problemy ze snem. – Przez pierwsze 4 dni spałem po 3 godziny – opowiada. Średnio przebiegał 54 km dziennie. – Nie czuję się bohaterem, zrobiłem tylko to, co należy, tak zostałem wychowany. Nie można przechodzić obojętnie obok czyjejś krzywdy – mówi. Przygotowania do biegu trwały nieprzerwanie od stycznia do czerwca. W tym czasie Sebastian systematycznie trenował. Akcję zorganizował dlatego, że sam jest ojcem dwójki dzieci. – Ania jest córką mojego przyjaciela i chociaż w taki sposób mogłem zwrócić uwagę ludzi na to, że potrzebuje pomocy – wyjaśnia. I właśnie reakcja ludzi na to, co robi, była dla niego największym zaskoczeniem. Zwłaszcza tych z małych miejscowości. – Organizowali się, przygotowując dla mnie posiłki, raz nawet dostałem tort – śmieje się. To utwierdziło go w przekonaniu, że akcja się powiedzie i uda się zebrać pieniądze. – Bo Polska to kraj dobrych ludzi, którzy nadal potrafią się bezinteresownie zaangażować, widząc ludzką krzywdę – mówi Kamil Korzeniowski, przyjaciel Sebastiana, który pomagał w organizacji przedsięwzięcia. I dodaje: – Przecież niecodziennie ludzie podejmują takie wyzwania jak Sebastian. Rezygnują ze swojego życia prywatnego, ze swojej rodziny, zachcianek, a to wszystko dla bliźniego. To jest ogromne poświęcenie. W czasie, kiedy Sebastian był już w trasie, dziewczynka skończyła roczek. – Wierzę w to, że Ania pokona chorobę, bo jest silna, i kiedyś sama podziękuje Sebastianowi za pomoc – mówi Marek Garcarz, dziadek dziewczynki. I chociaż sam sportowiec nie uważa się za bohatera, babcia małej Ani jest innego zdania. – Dla nas bohaterem był już pierwszego dnia, kiedy wystartował z Zakopanego. Otworzył się sercem na bliźniego. To jest niesamowita lekcja pokory, zwłaszcza dla młodych, którzy nie zawsze chcą zauważyć ludzi chorych i potrzebujących.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół