• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nie pałam żądzą zemsty

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 30/2015

    dodane 23.07.2015 00:00

    Z dr. Adamem Ubertowskim, psychologiem, pisarzem, najciężej poszkodowanym w wyniku szaleńczego rajdu Michała L. po ul. Bohaterów Monte Cassino w Sopocie rozmawia Jan Hlebowicz.

    Jan Hlebowicz: Dokładnie rok temu, 19 lipca, spędzał Pan miło czas w gronie znajomych. Usiedliście w jednej z knajp na sopockim Monciaku...

    Adam Ubertowski: Genialna pogoda, chyba 30 stopni, szczyt sezonu. Tłok na deptaku ogromny. Podobno tego dnia było tam 20 tys. osób. Mieliśmy niezłe szczęście, że udało nam się znaleźć wolny stolik...

    W pewnym momencie dostrzegliście samochód jadący w dół ulicy. Jak zareagowaliście?

    Powiało grozą. Ktoś powiedział, że może to policjant w nieoznakowanym radiowozie. Jednak wydało się to dziwne, by funkcjonariusz jechał tak szybko, przedzierając się przez takie morze ludzi. „Daleko nie zajedzie, tu jest monitoring, zaraz go zatrzymają” – powiedziałem do znajomych. Wróciliśmy do rozmowy. W pewnym momencie dwie osoby wstały od naszego stolika i poszły po zapiekanki. Gdy wróciły, było już po wszystkim.

    Co zastały na miejscu?

    Pobojowisko. Wszyscy leżeliśmy na ziemi.

    Pamięta Pan moment uderzenia?

    Nie. Tylko krzyk. Samochód przygniótł mnie do ławki, na której się zatrzymał. Gdyby nie było jej w tym miejscu, pewnie dzisiaj byśmy nie rozmawiali. Nie czułem bólu, działała adrenalina. Tylko gdy mnie ruszali, krzyczałem, żeby dali mi jakiś środek przeciwbólowy. Ale to wiem z relacji znajomych.

    Jak zareagowali ludzie idący Monciakiem? Próbowali pomóc?

    Starali się wyciągnąć mnie spod auta. Chcieli dobrze, ale zrobiliby mi tym krzywdę. Na szczęście obok był mój kolega lekarz. Powiedział, żeby mnie nie ruszać, założył opaskę uciskową. Uratował mi życie. Niestety, oprócz pozytywnych reakcji, były też obrzydliwe. Kiedy leżałem na ziemi, ludzie podchodzili do mnie z komórkami, filmowali, robili zdjęcia. Facet leży na ziemi, dookoła pełno krwi, czyli ubaw po pachy.

    Co było dalej?

    Kiedy wyciągnęli mnie spod samochodu, zapytałem przyjaciela lekarza: „Słabo, co?”. Odpowiedział: „Nie jest najlepiej”. Miałem wrażenie, że moja noga została urwana. Przypominała rozciętą na pół rybę...

    Bał się Pan, że może z tego nie wyjść?

    W ogóle nie dopuszczałem myśli, że mogę umrzeć.

    Co stało się z Pańskimi nogami?

    Lekarze zakładali, że prawa noga nigdy się nie zrośnie, a lewa będzie do amputacji. Prawa jednak się zrosła, do środka włożyli mi tytanowy pręt. Lekarze zastanawiali się, co powinni zrobić z lewą. W końcu podjęli ryzykowną i odważną decyzję: „Nie amputować”. Ordynator zdecydował, że zrobią przeszczep kości. Mój przypadek rozpatrywać można w kategoriach cudu. Obie nogi zostały uratowane.

    Jakie są szanse na Pana powrót do pełnej sprawności?

    Na początku w ogóle nie docierało do mnie, jak poważny jest mój stan. Wydawało mi się, że we wrześniu zacznę chodzić, a w październiku będę biegał. A trafiłem na wózek inwalidzki. Nie byłem w stanie sam wyjść z domu. Przeszedłem już 9 operacji, czekają mnie kolejne dwie. Dużo czasu spędziłem na rehabilitacji. Obecnie poruszam się o kulach.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół