• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Na hot dogi nie mogłam patrzeć

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 34/2015

    dodane 20.08.2015 00:00

    „Jeśli pani do nas nie przystanie, pozbawimy panią wszystkiego”. „Co takiego możecie mi odebrać?” – zapytała. „Ma pani syna. To taki żywotny dzieciak. Jest ryzyko, że wpadnie pod samochód albo spadnie z dachu”. Wtedy zdecydowała się na wyjazd z kraju.

    Elżbieta Potrykus – jak sama mówi – urodziła się buntowniczką. I od kiedy pamięta, miała cięty język. Dlatego, kiedy fala strajkowa zalała Polskę w sierpniu 1980 r., nie wahała się ani minuty, po której stronie barykady powinna stanąć. W Koszalinie, gdzie mieszkała i pracowała, zaczęła tworzyć Międzyzakładową Komisję Związkową. Była jedną z najważniejszych działaczek „Solidarności” w kraju. – Nasz entuzjazm postanowił zgasić gen. Jaruzelski. Wielu moich kolegów i koleżanek zostało aresztowanych i internowanych. Mnie wówczas ominęły represje. Do czasu – opowiada.

    Chcę pracy, nie zasiłku!

    Pani Elżbieta jako radca prawny zaczęła pomagać pozbawionym wolności solidarnościowym działaczom. – Komisarz wojskowy odsyłał mnie do prokuratora, a prokurator kazał mi iść do komisarza. Obaj na mnie krzyczeli. „Jestem prawnikiem i mam prawo wiedzieć, co się dzieje. Proszę na mnie nie pokrzykiwać” – odpowiadałam. Po 13 grudnia 1981 r. pani Elżbieta zaangażowała się w tworzenie nieformalnych struktur „S”. Publikowała w prasie podziemnej, kolportowała ulotki i zrywała reżimowe plakaty. Jak wynika z dokumentów IPN, Służba Bezpieczeństwa rozpracowywała ją od 1980 r. – Byłam straszona, w moim mieszkaniu przeprowadzano rewizje, trafiałam do aresztu na kilkadziesiąt godzin. Nic konkretnego na mnie nie mieli, więc wypuszczali – wspomina. – Skoro w taki sposób nie potrafili mnie złamać, spróbowali z innej strony – dodaje. W 1985 r. pozbawiona została prawa do wykonywania zawodu. – Przez rok szukałam pracy w ponad 52 zakładach. Nigdzie nie chcieli mnie przyjąć. Nawet jako woźnej – mówi. Głośno zaprotestowała podczas pochodu pierwszomajowego. Wraz z małoletnim synem Wojtkiem przed trybuną honorową w Koszalinie ustawiła się z dużym transparentem: „Chcę pracy, nie zasiłku dla bezrobotnych”.

    Zamiast barszczu coca-cola

    Kiedy po raz pierwszy pomyślała o wyjeździe z kraju? – Po utracie pracy wspierały mnie „Solidarność” i Kościół. Jakoś dawałam radę. Pękłam dopiero wtedy, kiedy zaczęli straszyć, że zrobią krzywdę mojemu synowi – przyznaje. – Pamiętam moją rozmowę z mamą skatowanego Grzegorza Przemyka na pogrzebie ks. Jerzego Popiełuszki. Powiedziała mi wtedy: „Jeśli esbecy zaczną wspominać o dziecku, to znaczy, że planują zrobić mu krzywdę. Nie lekceważ tego”. Te słowa stały się prorocze – mówi. 10-letni Wojtek zaczął być śledzony, a podczas jednego z przesłuchań funkcjonariusz SB zaczął grozić pani Elżbiecie. Mówił, że synowi może przydarzyć się wypadek. Zadzwoniła do Lecha Wałęsy. To on pomógł jej załatwić formalności w ambasadzie. Razem z Wojtkiem w 1987 r. trafili do niewielkiego miasteczka Utica w stanie Nowy Jork. – Nie znałam języka, nie miałam na miejscu żadnych znajomych. Byłam przerażona – wspomina. Miejscowa organizacja zajmująca się uchodźcami przydzieliła pani Elżbiecie ciasne mieszkanie tuż nad nocnym barem. – To była nora. Ciemno. Strasznie gorąco. Standard dużo gorszy niż w socjalistycznej Polsce. A hałasy dobiegające z dołu były nie do wytrzymania. Głośna muzyka, krzyki, policyjne syreny. Zaczęłam płakać. Wtedy podszedł do mnie syn i powiedział: „Mamo, nie becz. Nie dałaś się komunistom, teraz też sobie poradzisz”. Pani Elżbieta wzięła sobie te słowa do serca. Nauczyła się języka. Ukończyła 2-letnie studia z zakresu administracji bankowości, uzyskała licencję i prawo praktykowania jako konsultant prawny. Nawiązała kontakt z miejscową Polonią, znalazła też przyjaciół wśród Amerykanów. Mimo to wciąż tęskniła za Polską. – Gigantyczne markety, których nie było w naszym kraju, robiły wrażenie. Ale nie były dla mnie żadnym pocieszeniem. Nie mogłam patrzeć na te wszystkie hot dogi – podkreśla. Jednak najtrudniej było podczas pierwszej Wigilii, na którą zaproszeni zostali przez Polonię. Przyszli na miejsce, a tam – zamiast uszek i barszczu – na stołach stały coca-cola i pizza. Przed północą wrócili do siebie. Pani Elżbieta miała przygotowane tradycyjne polskie potrawy. „Teraz dopiero mogę powiedzieć, że to są święta” – usłyszała od syna.

    Opowieść o powrotach

    Pani Elżbieta wróciła do Polski w 2008 r. Zamieszkała w Gdyni. Mały Wojtek, który w międzyczasie został poważnym Wojciechem, pozostał w USA. – Powrót nie był łatwy. Wszystko się zmieniło. To nie była ta sama Polska, którą pamiętałam – przyznaje. – Zaczęłam tęsknić za amerykańską życzliwością w urzędach, luzem i otwartością ludzi. Ale nigdy nie żałowałam swojej decyzji – dodaje. Obecnie bierze udział w najnowszym projekcie Muzeum Emigracji „Zapytaj o Polskę”. – Wiele mówi się o Polakach zostających na stałe za granicą, ale wciąż niewiele wiemy o tych, którzy postanowili wrócić do kraju. Chcemy wypełnić tę lukę i we współpracy z reemigrantami stworzyć wielowątkową opowieść o powrotach – wyjaśnia Olga Blumczyńska, koordynatorka projektu, specjalistka ds. historii mówionej ME. Ostatecznie do projektu zostanie wybranych 20 osób reprezentujących różne pokolenia emigrantów. Uczestnicy dobiorą się w pary, w ramach których wzajemnie przygotują minireportaże na swój temat w formie fotocastów, czyli materiałów dźwiękowych ze zdjęciami. – W tym zakresie wszyscy przejdą specjalne szkolenie. Będą mieli szansę rozwinąć swoje zainteresowania reporterskie, badawcze czy też fotograficzne – tłumaczy O. Blumczyńska. Wywiady zostaną opublikowane na muzealnej stronie dedykowanej historii mówionej.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół