• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Tu wam żyć i tu wam zdychać

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 38/2015

    dodane 17.09.2015 00:00

    Światowy Dzień Sybiraka. – Załadowano nas do bydlęcych wagonów. Od tej chwili przestaliśmy być traktowani jak ludzie. Jechaliśmy przez cztery tygodnie. Czasem pociąg zatrzymywał się na chwilę. Tylko po to, by strażnicy mogli wyrzucić trupy w przydrożne zaspy śniegu.

    Zofia Haciska-Pawłowska wyjmuje ze starego albumu czarno-białe zdjęcie. Centralną postacią jest kobieta w średnim wieku, ubrana w biały strój przypominający uniform lekarski. Po obu jej stronach widać dwie nastoletnie dziewczynki z zaplecionymi warkoczami. Kobieta i dziewczęta delikatnie się uśmiechają. Poniżej, na najniższym stopniu schodów, siedzi chłopiec i szczerzy zęby do obiektywu. Pod fotografią brakuje podpisu. – Wyglądamy, jakbyśmy byli szczęśliwi – mówi pani Zofia. – Bo w tych nieludzkich warunkach, w jakich przyszło nam żyć, każdy dzień był walką o człowieczeństwo i choćby ten delikatny uśmiech na twarzy – wyjaśnia. Zdjęcie zostało zrobione w sowieckim łagrze. – Ta dziewczynka po prawej to ja – tłumaczy pani Zofia. – Obok stoi mama, która jako pielęgniarka pracowała w prowizorycznym szpitalu, dalej siostra Oleńka i brat Wiesiek.

    Raj skąpany we krwi

    Rodzina Haciskich przed wojną mieszkała w województwie nowogródzkim. W dworku w Stołowiczach przyszła na świat trójka dzieci Kazimiery i Zdzisława Haciskich. – Ojciec był wojskowym, oficerem kawalerii w rezerwie. Pracował także jako urzędnik państwowy. Mama razem z babcią Julią gospodarzyły – opowiada pani Zofia. – Nasz dom był wesoły, gwarny i otwarty dla innych. Rodzice zapraszali dużo gości, dla których pełen wspaniałych pomysłów teatrzyk dziecięcy, złożony z mojego rodzeństwa i kuzynostwa, wystawiał wspaniałe spektakle – wspomina. Kiedy była ładna pogoda, dzieci wybiegały do parku, robiły gniazda na drzewach, w których przesiadywały ze słodyczami i snuły swoje dziecięce opowieści. – Nasz dwór był dla mnie rajem na ziemi. To właśnie tam spędziłam najszczęśliwsze lata swojego życia – mówi pani Zofia. Niestety, beztroskie dzieciństwo brutalnie przerwała wojna. – Tatusia wcielono do polskiej armii. Od tego momentu naszą ostoją została mama – wspomina. Pani Zofia pamięta nisko lecące niemieckie samoloty, ostrzeliwujące z karabinów maszynowych rolników pracujących na polach. Jednak najgorsze nadeszło dopiero wraz z wkroczeniem na Kresy Wschodnie Armii Czerwonej. Pewnego dnia, już po zapadnięciu zmroku, ktoś zapukał w okno rodziny Haciskich. Okazało się, że to NKWD. – Przyszli po naszego wujka Wacława, brata tatusia. Powiedzieli, że zabierają go na przesłuchanie. Następnego dnia został znaleziony martwy na polu. Jedna z kul trafiła go prosto w serce – przypomina sobie pani Zofia. Haciscy postanowili uciekać. Skorzystali z zaproszenia zaprzyjaźnionej rodziny Wysockich, którzy mieli dom w sąsiedniej miejscowości. Długo nie nacieszyli się spokojem. Willę przyjaciół wkrótce otoczyli enkawudziści...

    W bydlęcych wagonach

    Był 10 lutego 1940 roku. – W pewnym momencie do środka wdarli się Sowieci i rozpoczęli rewizję. Jeden z pijanych enkawudzistów wymierzył karabin w mamę. Wystarczył kaprys, by padła martwa na ziemię. Na szczęście nie strzelił – wspomina pani Zofia. Dostali pół godziny na spakowanie rzeczy. Na dworcu Sowieci załadowali Zosię, Oleńkę, Wiesia, Kazimierę i babcię Julię do bydlęcego wagonu. W środku było już ok. 50 innych, aresztowanych wcześniej osób. Zaryglowano drzwi od zewnątrz. – Tak zaczęła się nasza straszna podróż, która – jak się później okazało – trwała prawie miesiąc i wiodła na Sybir – opowiada pani Zofia. Wagon wyposażony był w niewielkie, ustawione piętrowo prycze. Na środku stał mały żelazny piecyk. – Nie dawał on zbyt wiele ciepła. A zima była tamtego roku bardzo sroga. Temperatury sięgały nawet 40 stopni poniżej zera – przypomina sobie. Najgorzej miały osoby „mieszkające” najniżej. Ludzie tulili się do siebie, żeby choć trochę się ogrzać. Niestety, wielu zamarzało na śmierć. – Wagony niemal cały czas były zaryglowane. Drzwi otwierano tylko wtedy, kiedy chciano pozbyć się trupów – mówi pani Zofia. Pierwszy posiłek dostali dopiero po kilku dniach. Dwa wiadra cieniutkiej zupy, tzw. polewajki, i trochę kaszy ugotowanej bez żadnego tłuszczu. – Jedzenie okazało się straszliwie osolone. Po kilku łyżkach poczułam ogromny ból i pieczenie w przełyku. Jakby ktoś wsypał mi do gardła żarzące się węgielki. Ludzie dookoła też zaczęli wyć z pragnienia. Sowieci robili to celowo, aby nas jak najbardziej umęczyć i poniżyć – twierdzi. Pani Zofii ciągle jeszcze wybrzmiewa w uszach rozpaczliwa prośba 2-letniej dziewczynki: „Mamusiu, daj pić, proszę, daj pić!”. – Niestety, właśnie te najmłodsze, najsłabsze dzieci umierały jako pierwsze – podkreśla pani Zofia. W końcu, po paru tygodniach, mordercza podróż w nieznane zakończyła się. – Pociąg stanął w lesie. Żołdacy zaczęli opróżniać kilkadziesiąt wagonów. Kiedy przyszła kolej na nas, zapadł już zmrok. Sowieci wsadzili nas na sanie, które dowiozły nas do posiołka Połdniewica.

    Karcer za modlitwę

    Posiołek Połdniewica to bezkresny las z kompleksem drewnianych baraków otoczonych zasiekami z drutu kolczastego, pilnie strzeżonych przez sowieckich żołdaków. Haciscy trafili do baraku numer 12, w którym na piętrowych pryczach ulokowano 106 osób. Na całą rodzinę przypadło zaledwie jedno posłanie. – Ciasnota była tak wielka, że trudno było przewrócić się na drugi bok – przypomina sobie pani Zofia. Po pierwszej, bezsennej nocy prawie 3 tys. więźniów zagoniono na plac przed barakami. Głos zabrał komendant obozu. „Stąd nikt nie ucieknie. Tu będziecie żyć i tu będziecie zdychać” – powiedział na powitanie. Dodał, że wszyscy, oprócz dzieci i starców, muszą iść na „lesorubkę”, czyli wycinkę drzew. Bo kto „nie rabotajet, tot nie kuszajet”. Następnie rozdano przyjezdnym kufajki i narzędzia do pracy – siekiery, piły i strugi do korowania drzew. Za pracę przewidziane były głodowe porcje żywności – 400 g czarnego, razowego chleba dla dorosłych i połowa tego dla dzieci. – Dostarczano go jedynie w nocy. Trzeba było stać w ogromnych kolejkach i zdobywać to, co nam się należało za pracę – opowiada pani Zofia. Dzieci, zamiast do lasu, szły do szkoły. Nie o naukę jednak chodziło, ale o rusyfikację i ateizację. – Zabraniano nam mówić po polsku i przekonywano, że Boga nie ma. Buntowałam moje koleżanki i kolegów, by zupełnie ignorowali nauczyciela i nie odpowiadali na jego pytania – wspomina pani Zofia. Konsekwencją było zamknięcie szkoły i wysłanie dzieci do ciężkiej pracy przy wyrębie lasu. – W przetrwaniu każdego kolejnego dnia pomagała nam zabroniona przez Sowietów modlitwa. Codziennie w ukryciu odmawialiśmy po cichu Różaniec. Któregoś razu zostaliśmy przyłapani. Mama spędziła wówczas dwie doby w karcerze.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół