• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Czasem trzeba założyć pończochy

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 40/2015

    dodane 01.10.2015 00:00

    Pasjonaci w przebraniu. Jedni łączą pracę z pasją, dla innych to hobbystyczny sposób na spędzanie wolnego czasu. Wszyscy zgodnie przyznają, że rekonstrukcja historyczna pochłania bez reszty.

    Grupka trzecioklasistów z zapałem wymachuje rękami. Wysoki mężczyzna w mundurze wydaje komendy: – Do mnie! Ode mnie! Stop! Zwolnij! Co jakiś czas słychać: – Żołnierzu, nie umiesz! Na koniec kolejki! Ten, kto test zaliczy, może spokojnie odejść na bok.

    Żołnierzu, baczność!

    – Uczymy dzieci podstawowych sygnałów kolejowych, których używało się na Westerplatte w 1939 roku – wyjaśnia Szymon Zając ze Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych „Fort”. I dodaje: – Zasadniczo te sygnały nadal obowiązują, więc wiedza może się dzieciom przydać nawet obecnie.

    Pan Szymon pełni posterunek przy Wartowni nr 1. Ubrany w mundur i hełm, z bronią na ramieniu, wygląda jak przedwojenny żołnierz stacjonujący na Westerplatte. – Taki był właśnie zamysł. Bo jako członek stowarzyszenia „Fort”, zajmuję się rekonstrukcją historyczną – wyjaśnia mężczyzna. Zamiłowanie do historii i rekonstrukcji towarzyszy mu od najmłodszych lat. – Moja przygoda zaczęła się w harcerskiej grupie rekonstrukcji historycznej hufca Gdańsk-Śródmieście, która nadal działa, tylko ja trochę z niej już wyrosłem – śmieje się pan Szymon. Jednak to w hufcu przeszedł chrzest bojowy i na dobre zaraził się historią. – Przede wszystkim była to dla mnie istna skarbnica wiedzy dotyczącej historii kampanii wrześniowej – tłumaczy. Starsi koledzy z hufca wprowadzili młodego „żołnierza” w tajniki musztry, także z bronią. – Spodobało mi się na tyle, że każde zarobione pieniądze odkładałem na własny mundur i kolekcjonowanie wszystkich jego elementów. Trochę to trwało, bo prawie 3 lata, ale wiele udało mi się zgromadzić – opowiada pan Szymon. Młody pasjonat zamienił harcerską grupę na Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Fort”. – W szeregach mamy ludzi z grup, które się rozpadły, a którzy chcieliby, a nie mają gdzie realizować swojej pasji – wyjaśnia mężczyzna. Stowarzyszenie nie skupia się na danym wycinku historii, ale zajmuje się różnymi wątkami. – Są wśród nas żołnierze Wojskowej Składnicy Tranzytowej Westerplatte, kawalerzyści z 18. Pułku Ułanów, a także osoby, które zajmują się odtwarzaniem wojskowych formacji Obrony Narodowej – wylicza „żołnierz”. Zróżnicowany skład stowarzyszenia pozwala jego członkom brać udział w różnych imprezach, które – w zależności od zapotrzebowania na żołnierzy i sprzęt – realizują.

    Grochówka i armata

    Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Fort” działa od niedawna, ale już udało im się zaaklimatyzować na Westerplatte. – W wakacje praktycznie codziennie sprzedawaliśmy tutaj grochówkę – mówi pan Szymon. Zarówno zupa, jak i kuchnia polowa przykuwały uwagę. – Nasza kuchnia jest jedyna w Polsce – przedwojenna wzoru 36P, wyprodukowana w 1937 roku przez LWS, czyli Lubelską Wytwórnię Samolotów. Najprawdopodobniej należała do Armii „Poznań” generała Kutrzeby, a jej stan wskazywał, że została rozsadzona od środka. Historię tej kuchni każdy z nas dopowiada sobie sam, ale najczęściej przewijającym się motywem jest ten, że Polacy zastawili pułapkę na Niemców, zostawiając w kuchni grochówkę z granatem pod deklem od kotła – mówi pan Szymon. Kuchnię polową udało się odrestaurować i kiedy została dopuszczona do eksploatacji przez sanepid, rekonstruktorzy zajęli się sprzedażą grochówki. – Dochód przeznaczamy na sprzęt wojskowy. Już dzisiaj możemy pochwalić się armatą przeciwpancerną Bofors, moździerzem 81 mm Stockes-Brandt czy przodkiem konnym – wyjaśnia pan Szymon. Z zakupem nowego sprzętu wiązało się zapotrzebowanie na jego obsługę. Był to kolejny krok w kierunku poszukiwania osób, które zaangażowałby się w rekonstrukcje. Dla Jana Paczkowskiego z Gdańska rekonstrukcja historyczna to codzienność. – Dzięki grupie mogę realizować swoją pasję, a przy okazji dzielę się historią miejsca z ludźmi – mówi pan Jan, stojący na posterunku przy ruinach Nowych Koszar na Westerplatte. – Ciekawostką dotyczącą tego miejsca jest fakt, że kiedy przed wybuchem II wojny światowej Niemcy wizytowali koszary w poszukiwaniu broni sugerującej, że Polacy szykują się do obrony, niczego nie znaleźli, bo cały skład został ukryty w piwnicy pod węglem – opowiada pan Jan. Rekonstruktor podkreśla również, że mimo dużego zniszczenia budynku, powinien on w obecnym stanie wytrzymać jeszcze wiele lat. – Obiekt jest bardzo solidnie wykonany z grubego, zbrojonego betonu. Miał wytrzymywać naloty, ostrzał i faktycznie wytrzymywał. Dobiła go dopiero bomba lotnicza, która zniszczyła trochę kondygnacji – wyjaśnia pan Jan. Poszerzanie swojej wiedzy historycznej to dla rekonstruktorów chleb powszedni. – Chociaż trochę wiem o historii Westerplatte, za eksperta się nie uważam. Kiedy uda mi się spotkać kogoś, kto z tym miejscem związany jest od lat, zawsze staram się dowiedzieć czegoś nowego. Bo te 7 dni walk to temat rzeka – mówi pan Szymon. Z wiedzy rekonstruktorów chętnie korzystają dzieci z III klas szkół podstawowych, którzy wraz z nauczycielami mogą wziąć udział w grze edukacyjnej „Westerplatte – znajdź klucz do historii”, przygotowanej przez Muzeum II Wojny Światowej. Uczniowie, wykonując poszczególne zadania gry, poznają dzieje półwyspu oraz Wojskowej Składnicy Tranzytowej. – Chodzi o poznanie historii poszczególnych obiektów znajdujących się na Westerplatte. Każda grupa wykonuje zadania, które przybliżą ją do rozszyfrowania wiadomości pozwalającej ukończyć grę. Poza tym na każdym punkcie dzieci muszą powtórzyć podstawę informacyjną, czyli kiedy wybuchła II wojna światowa, jak długo Westerplatte się broniło, jak nazywał się atakujący Polaków niemiecki pancernik oraz jaki był rozkład sił – wyjaśnia pan Szymon. Sebastian Malec, nauczyciel z Centrum Edukacji Twórczej, przyznaje, że czas spędzony z rekonstruktorami to dla uczniów najlepsza lekcja historii. – Bo mogą poczuć klimat miejsca, zobaczyć „prawdziwych żołnierzy”, dotknąć ich strojów i poznać historię poszczególnych budynków – mówi. Oprócz rekonstruktorów ze stowarzyszenia „Fort” na Westerplatte udzielają się także członkowie Klubu Turystyki Kolejowej „Tendrzak”. Maciej Malek fascynację historią wyniósł z domu. – Dziadek był moim mentorem, wpoił mi, jak ważna jest nasza historia – mówi mężczyzna. W trakcie gry edukacyjnej „Westerplatte – znajdź klucz do historii” przekazywał uczniom swoją wiedzę o sygnałach kolejowych, stosowanych tutaj w 1939 roku, a także zabierał dzieci w krótką podróż drezyną. – Nie jest to, co prawda, model, który był na Westerplatte używany, bo funkcjonowała tu drezyna parowa, a nie – jak ta – ręczna, ale dzieciom to nie przeszkadza – śmieje się. Tomasz Piepiora z „Tendrzaka” przyznaje, że wśród rekonstruktorów kolejnictwo jest tematem niszowym. – Nie wiem, czemu, ale wszyscy wolą odtwarzać wojsko – zastanawia się pan Tomek. Chociaż przyznaje, że i w jego szafie wiszą mundury wojskowe. – Mam ich więcej niż ubrań codziennych, ale dla mnie to pasja, którą żyję, a nie tylko niedzielne hobby – dodaje.

    Historia unaoczniona

    Paweł Lewandowski w mundurze czuje się bardzo swobodnie. – To uniform noszony przez żołnierzy po 1936 r. w okresie wiosenno-letnim. Jest lniany, w kolorze zielonym. Na nogach mam saperki (nie mylić z łopatką!) – przed wojną tak nazywały się te buty. Wyżej znajduje się pas główny, na którym zamocowane są ładownice, czyli skórzane pojemniczki na amunicję. Po lewej stronie bagnet, który żołnierz podczas walki wręcz zakładał na karabin. Na plecach, po lewej stronie, noszę chlebak, a po prawej – torbę na maskę przeciwgazową. Całości dopełnia furażerka, czyli miękka czapka – opisuje swój ubiór. Pan Paweł wyjaśnia, że rekonstruktorem został, bo jako mieszkaniec Gdańska ma bezpośrednią styczność z polską historią. – Tutaj znaleźć można ślady wojny, a dodatkowo każdy, kto spotka nas, „żołnierzy”, tu, na Westerplatte, może dotknąć kawałka żywej historii – mówi mężczyzna. W Trójmieście działa kilka grup, które zajmują się rekonstrukcją historyczną. Jedną z bardziej widocznych jest Garnizon Gdańsk, który w czasie Festiwalu Morskiego „Baltic Sail” przygotowuje widowiskową bitwę morską na wodach Motławy. – Nasza przygoda z rekonstrukcją zaczęła się w 2005 roku, kiedy zajmowaliśmy się wojskiem polskim z epoki napoleońskiej. Następnie wpadliśmy na pomysł, żeby rekonstruować 52. Regiment Piechoty Pruskiej, który w 1807 r. stacjonował na Górze Gradowej w Gdańsku – wyjaśnia Krzysztof Kucharski, szef projektu historycznego Garnizon Gdańsk. Przez kilka lat to był dla rekonstruktorów temat przewodni. – Wtedy też zaczęło się koło nas pojawiać coraz więcej osób zainteresowanych głównie historią Gdańska. Dlatego w 2011 r. przekształciliśmy grupę z takiej, która odtwarza tylko jeden typ żołnierzy, w grupę zajmującą się także tematyką mieszczańską od XVII do XIX wieku, czyli od czasów Złotego Wieku Gdańska po epokę napoleońską – dodaje K. Kucharski. W tej chwili GG liczy ponad 30 osób. – Są to ludzie w różnym wieku, nawet dzieci, z różnych środowisk i o różnym doświadczeniu zawodowym – dodaje szef grupy. W garnizonie dużą uwagę zwraca się na wierne odwzorowanie stroju danej epoki oraz znajomość odgrywanych postaci. – U nas każdy ma od 8 do 12 strojów z różnych epok. Wymaga to od nas dużej wiedzy, bo jeżeli ktoś zakłada strój muszkietera z XVII wieku, następnie wciela się w mieszczanina z XVIII w., a innym razem w żołnierza pruskiego, to musi potrafić opowiedzieć o każdej z tych postaci – wyjaśnia pan Krzysztof. Są w ich grupie osoby zajmujące się badaniem zagadnień danej epoki. Ma to ułatwić wszystkim członkom rzetelniejsze realizowanie projektu. – Bo dla nas ważna jest nie tylko rekonstrukcja strojów, ale całej obyczajowości – mówi pan Krzysztof. Chcieliby, aby ich działania zaszczepiły w gdańszczanach ciekawość miasta, które było największe w Rzeczypospolitej. Dołączyć do nich może każdy, ale warunek jest jeden: czasami trzeba założyć... pończochy. – Chodzi o pończochy w wersji męskiej – uśmiecha się pan Krzysztof, który z racji łączenia pracy z pasją (pracuje w Muzeum Historycznym Miasta Gdańska) często w nich występuje. – Mój obecny strój przedstawia mieszczanina z II połowy XVIII wieku. Frak, pod którym nosiło się koszulę i kamizelkę z kieszeniami sięgającą do połowy uda, krótkie spodnie do kolan, pończochy i skórzane buty z klamerką. Do tego jeszcze był kapelusz, a czasami szpada przy boku, jeżeli szło się na oficjalne spotkanie – wyjaśnia pan Krzysztof. Weryfikacją poprawności stroju pod względem zgodności z daną epoką zajmuje się w garnizonie Marta Krzyżowska. – Początki nie były łatwe, bo musiałam zwracać bardzo dużą uwagę, żeby zarówno materiały, jak i wykroje były zgodne z realiami epoki – wyjaśnia pani Marta. Z pomocą przyszły koleżanki z innych grup rekonstrukcyjnych oraz internet. – Wiele informacji znalazłam na zagranicznych blogach poświęconych rekonstrukcji – dodaje kobieta. Chociaż nadal nie uważa się za eksperta, wystarczy jej czasem jedno spojrzenie na strój, żeby wiedzieć, czy wszystko się w nim zgadza. Zdarzy się bowiem źle wszyty rękaw, żeby „zniszczyć” epokę. – Wykrój to podstawa, później zwracam uwagę na materiał, jego fakturę i resztę detali, które z pozoru wydają się mało istotne, ale mogą zakłócić odbiór całości – wyjaśnia pani Marta. Swoje zadanie wykonuje na tyle rzetelnie, że spotkani ludzie rozpoznają kreacje rekonstruktorów, kojarząc je z filmami kostiumowymi. – Częściej niż konkretną datę dotyczącą stroju słyszę: „Takie sukienki były w »Marii Antoninie« albo »Dumie i uprzedzeniu«” – śmieje się kobieta.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół