• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Bez zuchwałości i bez lęku

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 41/2015

    dodane 08.10.2015 00:00

    Wywiad. O wzrastaniu do kapłańskiego braterstwa, współczesnym gdańskim Kościele i o tym, od czego rano boli głowa, z biskupem nominatem Zbigniewem Zielińskim

    Ks. Rafał Starkowicz: Jak to jest obudzić się rano ze świadomością, że jest się biskupem?

    Bp Zbigniew Zieliński: Boli głowa. Z natłoku myśli, przeżyć i emocji. Zupełnie inaczej jest wówczas, gdy patrzy się na to z zewnątrz. A inaczej wówczas, gdy – chociażby przy minimalnym poczuciu odpowiedzialności – do człowieka zaczyna docierać, że te wszystkie życzenia i gratulacje to także oczekiwania...

    Jak zatem rozpoczął się ten czas bólu głowy?

    Zawsze na początku dzwoni nuncjusz. Ale okoliczność, w której się to dokonało, była niezwykle wymowna. Większość swojego życia kapłańskiego poświęciłem duszpasterstwu. Pracowałem z młodzieżą, dziećmi, prowadziłem duszpasterstwa leśników, mężczyzn... Telefon z nuncjatury zadzwonił, gdy byłem właśnie w Wydziale Duszpasterskim kurii. Rozmowa była zdawkowa, można powiedzieć, ze nieco enigmatyczna...

    Później było spotkanie z nuncjuszem.

    To jeszcze większe emocje. Przynajmniej na początku. Jednak niezwykła osobowość abp. Migliore bardzo szybko sprawiła, że z takiego głębokiego przejęcia przeszliśmy w klimat rozmów bardzo normalnych, wręcz przyjacielskich. W jego sposobie przekazu tej informacji była naprawdę ogromna pomoc. To było bardzo istotne.

    I co dalej?

    Jest ogromna różnica pomiędzy przyjęciem tej nominacji a święceniami kapłańskimi. Jest taki moment, że nuncjusz prowadzi do kaplicy i trzeba złożyć wyznanie wiary oraz przysięgę wierności. Tu nie ma już kolegów, z którymi przyjmowało się święcenia kapłańskie, czy obecności rodzin, które się za ciebie modlą. Tu jesteś sam na sam z Panem Bogiem w obecności nuncjusza. Wtedy dociera nieprawdopodobnie mocno, że to właśnie na tobie spoczywa odpowiedzialność. To był chyba najbardziej przejmujący moment.

    Zaraz po ogłoszeniu nominacji wspominał Ksiądz Biskup o swojej miłości do Gdańska.

    Urodziłem się i wychowałem w Gdańsku. W domu tradycja Gdańska była niezwykle mocno obecna. Od najmłodszych lat tato prowadził nas do św. Brygidy na Msze św. za ojczyznę. To były niezwykle ważne wydarzenia. W domu przeżyłem pierwsze lekcje prawdziwej historii. Kiedy wracałem ze szkoły, tato pytał: „O czym dzisiaj było?”. Opowiadałem. Pamiętam taką rozmowę, kiedy powiedziałem, że na historii pani mówiła, że Niemcy spalili Gdańsk. Wysłuchał do końca, a później zaczął mówić: „Czasy są takie, jakie są. Ludzie mówią różne rzeczy. Ale naprawdę było tak...”. Tu zaczęła się długa opowieść. Na koniec dodał: „Tylko pamiętaj. O tym cisza”. To była nie tylko lekcja historii, ale także mądrości. Mama natomiast wychowywała do wartości. Była osobą bardzo ciepłą, ale również odpowiedzialną. Od wczesnych lat byłem ministrantem. Gdy uczyłem się już w gdańskim „Conradinum”, kolega namówił mnie, żeby grać w muzycznym zespole w jednym z gdańskich kościołów. Zgodziłem się. Powiedziałem mamie, że będę mu pomagał w zespole. Stwierdziła: „Dobrze. Ale najpierw będziesz chodził na Msze do własnej parafii. Później będziesz mógł pójść, gdzie chcesz”. To była lekcja, która pozwoliła mi nauczyć się odpowiedzialności za swoją parafię.

    Kiedy pojawiły się pierwsze myśli o powołaniu?

    Nie było jakiegoś zdecydowanego momentu. Jakiegoś spektakularnego nawrócenia... W moim domu religia była tak naturalnie obecna jak tlen w powietrzu. Tak gdzieś w III klasie szkoły średniej spostrzegłem, że zacząłem codziennie chodzić do kościoła. Poranna Msza św. była czymś zupełnie naturalnym, obecność na niej podyktowana była potrzebą serca. W wyniku tego zacząłem się zastanawiać, co to dla mnie znaczy. Gdy chodziłem z tą myślą pomiędzy różnymi zajęciami, stało się dla mnie jasne, że kapłaństwo to moje powołanie.

    Jak na tę decyzję zareagowali rodzice?

    Kiedy przyniosłem świadectwo maturalne, mama zapytała z powagą: „Co dalej?”. Mówię: „Jak to, co dalej? Przecież ty, mamo, wiesz, że idę do seminarium”. Wtedy zdałem sobie sprawę, że mama, która o wszystkim z nami rozmawiała, zawsze chciała być obecna w naszym życiu, nigdy nie zapytała mnie o to. Nie chciała wyrazić choćby najmniejszej sugestii. Kiedy usłyszała, że chcę iść do seminarium, rozpłakała się i powiedziała: „Pamiętaj, jeżeli chcesz być dobrym księdzem, najpierw musisz być dobrym człowiekiem”.

    Jak wspomina Ksiądz czas seminarium?

    To bardzo sympatyczny okres. Bardzo dobrzy wykładowcy, sympatyczni koledzy... Niezapomniane seminarium naukowe u śp. ks. prof. Zaręby. To był tęgi umysł, jednocześnie okrutnie oryginalna osobowość. I dawał nam tę oryginalność odczuć. Czasem egzamin trwał kilka sekund, jeżeli trafiło się w słowo, które miał na myśli. Innym razem trzeba było długo do niego dochodzić, żeby otrzymać ocenę. To był także kapitalny czas dorastania do powołania w braterstwie. Później także wszystkie parafie, na których byłem, cieszyły się bardzo dobrym klimatem kapłańskim.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół