• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Faceci w czarnych koszulach

    ks. Rafał Starkowicz

    dodane 18.10.2015 17:11

    Kiedy do gdyńskiego portu weszła niedawno grupa chińskich supernowoczesnych okrętów wojennych, w mediach pojawiły się generalnie przychylne komentarze. Że pierwszy raz, że wizyta historyczna, że szansa na współpracę. Komentatorom umknęła jednak bardzo ważna prawda. W polityce Państwa Środka nie ma przypadków.

    Lubię Chińczyków. To generalnie wspaniali ludzie. Prawdą jest, że Europejczyk w kontakcie z nimi zwykle nie jest w stanie poznać, co naprawdę myślą. Ale zdarzają się i wyjątki. Swego czasu na jednej z pielgrzymek poznałem grupę chińskich chrześcijan. Zaskoczyli mnie swoją otwartością. Rozmowy prowadzone łamaną angielszczyzną dotyczyły naprawdę wszystkiego. Również spraw bardzo prywatnych. Była to jednak grupa złożona z ludzi od lat mieszkających w USA.

    Dzisiaj, gdy przeżywamy Niedzielę Misyjną, wspominam także wywiad z pracującym w Chinach kapłanem. Jak wiadomo, w Kraju Środka funkcjonują dwa katolickie kościoły. Jeden - lojalny wobec komunistycznych władz, które utrudniają mu łączność z Rzymem. Drugi - podziemny, śledzony, represjonowany, prześladowany. Za udział w nabożeństwach grożą członkom tego Kościoła nie jakieś tam kary administracyjne, ale zesłanie do obozu pracy. Bo według wyznawanej tam filozofii, wszystko musi dokonywać się pod kontrolą państwa.

    Mój rozmówca posługiwał w owym nieuznawanym przez chińskie państwo Kościele. Spotkaliśmy się gdzieś w przydrożnym barze niedaleko Cieszyna. To, co od niego usłyszałem, godne było opowieści o Jamesie Bondzie. Mówił o sposobie przekraczania granicy, o pracy w korporacji łączonej z wykonywaną po godzinach posługą. O konspiracji i męstwie całych rodzin, które postanowiły pozostać w pełnej łączności z Rzymem. Niemało czasu poświęcił też "facetom w czarnych koszulach". Nazywał tak pracowników tajnej policji, która nieustannie deptała im po piętach.

    Kiedy zatem niedawno w Gdańsku z wielką pompą i przy udziale jednego z ministrów oraz marszałka Senatu otwierano Instytut Konfucjusza, miałem głęboko mieszane uczucia. Wiadomość o tym, że strona chińska przeznaczyła na jego powstanie 300 tys. dolarów, wbrew ogólnemu aplauzowi też nie napełniła mnie radością. Jeżeli dodać, że na świecie takich placówek - według słów przedstawiciela pekińskiego uniwersytetu - jest już ponad 500, a ich historia sięga zaledwie 11 lat wstecz, widać, że w tzw. wolnym świecie propagandowa działalność Państwa Środka znacznie wzrasta. "Pod nazwą Instytutów Konfucjusza, związaną z chińskim mędrcem i nauczycielem, kryje się idea propagowania chińskiego języka i kultury" - napisali na stronie internetowej prowadzący jeden z polskich instytutów.

    Obawiam się, że nauka języka jest tutaj w głównej mierze podporządkowana temu drugiemu celowi. I to właśnie mnie martwi. Bo idee Konfucjusza, określające system stosunków społecznych i miejsce jednostki w wielkiej maszynie, jaką jest państwo i jego władca, są tym, co utwierdza brak wolności przekonań w komunistyczno-kapitalistycznym tworze, którym są współczesne Chiny. Wnikliwi obserwatorzy z Pekinu doskonale rozpoznają nastroje, jakie pojawiają się obecnie w trzeszczącej w szwach Europie, która w wielu obszarach wykazuje wyjątkową bezradność. Jej mieszkańcy uświadamiają sobie tę prawdę w ostatnim czasie szczególnie mocno, gdy okazuje się, że nawet jej granice stają się rzeczywistością jedynie wirtualną. W tej sytuacji idee Konfucjusza mogą okazać się naprawdę chwytliwe.

    Sądzę, że ostatnia wizyta chińskich okrętów w gdyńskim porcie miała pokazać, że smok ma nie tylko serce, ale i pazur, a tym samym wzmocnić pozytywny przekaz o korzyściach płynących z wartości, jakimi rządzi się Państwo Środka.

    Oczywiście, z każdym trzeba rozmawiać. I to pozostając w głębokim szacunku. Patrząc jednak na politykę zarówno wielkich, jak i małych krajów, trudno się oprzeć wrażeniu, że w odniesieniu do Chin moralna ocena działań tego państwa nikomu nie przeszkadza w robieniu z nim intratnych interesów, a pozyskane pieniądze stają się ważniejsze od losu ludzi umierających w obozach pracy.

    Mnie jednak dużo bardziej odpowiada postawa jednego z gdańskich proboszczów, któremu proponowano zakup niezwykle taniego granitu na posadzkę do jego kościoła. Zdecydował się na droższy i gorszy materiał. - Nie można ich położyć w kościele - powiedział, patrząc ma płytki z chińskiego granitu. - Ze względu na szacunek dla ludzi, którzy pracują i umierają w tych kamieniołomach.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    Komentowanie dostępne jest tylko dla .

    Reklama

    Zapisane na później

    Pobieranie listy

    Reklama

    przewiń w dół