• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Gdzie będzie sztab?

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 46/2015

    dodane 12.11.2015 00:00

    Powrót dowództwa MW? – Spór dotyczący struktury dowodzenia Marynarki Wojennej i miejsca, w którym ma się znajdować jej sztab, sprowadza się zasadniczo do pytania o to, jaka ma być ta marynarka. Jeżeli ma być silna, będzie generować koszty. Jeżeli ma to być kilka kutrów patrolowych, nie potrzebuje osobnego dowództwa – mówi Marcin Horała, pochodzący z Gdyni poseł.

    Zaledwie 17 dni po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Józef Piłsudski, naczelnik państwa, powołał do istnienia marynarkę polską. Już w grudniu przystąpiono do tworzenia Flotylli Wiślanej, a pięć miesięcy później – także Flotylli Pińskiej. W skład polskich ziem weszło zaledwie 140 km wybrzeża wraz z portami w Helu i Pucku. Wraz jednak z, dokonywanym ogromnym nakładem środków, rozwojem floty wojennej oraz budową nowoczesnego portu w Gdyni dowództwo Marynarki Wojennej znalazło się w mieście powstałym „z morza i marzeń”.

    Przerwana historia

    Po latach, 30 grudnia 2013 roku, w gdyńskim porcie odbyła się smutna dla mieszkańców Wybrzeża ceremonia rozwiązania Dowództwa Marynarki Wojennej. Od tego momentu zwierzchnictwo nad nią przejął mający swoją siedzibę w Warszawie dowódca generalny Rodzajów Sił Zbrojnych. – W Warszawie funkcjonuje też Inspektorat Marynarki Wojennej. Stanowi ciało doradcze dowódcy. Jego szefem jest wiceadm. Marian Ambroziak, marynarz, który dowodził okrętem, później 3 flotyllą – mówi kpt. Przemysław Płonecki, oficer prasowy 3 Flotylli Okrętów. Dodaje, że to doskonały fachowiec. Zapytany jednak o zakres uprawnień inspektoratu, przyznaje, że jest to ciało doradcze, którego zdanie nie musi być brane pod uwagę w podejmowanych decyzjach. Kto zatem jest odpowiedzialny za dowodzenie marynarką? Bezpośrednim dowódcą jest oficer wojsk lądowych – gen. dr Mirosław Różański.

    Kontrowersyjna decyzja

    Żołnierze Marynarki Wojennej chętnie dzielą się swoimi odczuciami. Żaden z nich nie chce jednak, by jego nazwisko zostało upublicznione. Zwracamy się zatem do cywilnego eksperta. Jest prezesem jednej z firm związanych z obronnością, współpracujących z Marynarką Wojenną. Początkowo zgadza się wystąpić pod swoim nazwiskiem. Podczas spotkania zmienia jednak zdanie. Nie boi się swoich opinii. Nie chce jednak, by jego słowa komukolwiek zaszkodziły. – Zmiana struktur dowódczych może dawać krótszy przepływ informacji dotyczących samej infrastruktury. Może także wytworzyć synergię kosztową – tłumaczy prezes. Po chwili jednak dodaje, że wcale tak być nie musi. – Powstały centra logistyczne, które obsługują jednocześnie wiele rodzajów sił zbrojnych. Myślę, że chodziło o osiągnięcie pełnej koordynacji inwestycji, spójność wydawania i przewidywania pieniędzy. Krótko mówiąc – zadecydowała ekonomia. Nie do końca jest to system trafiony. Nagle w dowództwie generalnym i w Naczelnym Inspektoracie Sił Zbrojnych skupiono wszystkie rzeczy. Każdy z rodzajów sił zbrojnych ma swoją indywidualną specyfikę. Wkładanie jej do wspólnego worka i mówienie, że specjalista od pojazdów gąsienicowych poradzi sobie z okrętem, a specjalista od lotnictwa z okrętem podwodnym czy czołgiem jest zwyczajnie niemądre – ocenia. – Życząc szczęścia zajmującym się tym osobom, uważam, że napotykają potężne góry problemów, o których trudno rozstrzygnąć, czy je zdobywać, czy obchodzić – dodaje. Anonimowo zgadza się wypowiedzieć na ten temat jeden z oficerów służących w marynarce. – Uważam, że reforma nie zaburzyła ciągłości dowodzenia. Myślę jednak, że wprowadziła – z punktu widzenia marynarki – pewne utrudnienia. Decyzje podejmowane są na szczeblu dowództwa w Warszawie. Tamci ludzie też są Bogu ducha winni. Póki co, musimy się w tym wszystkim jakoś odnaleźć. Niewątpliwie bardziej czytelna struktura była przed reformą. Kiedyś przełożony marynarki był tu, na miejscu. Z naszego punktu widzenia decyzje podejmowane w Gdyni były szybsze i skuteczniejsze. Lepsze było też rozeznanie potrzeb. Zdecydowanie chciałbym, żeby dowództwo powróciło do Gdyni – mówi. Bardziej surowy jest pan Andrzej, wojskowy emeryt, który całe życie zawodowe przepracował w marynarce. – To najgłupsze rozwiązanie, z jakim spotkałem się w historii. Nie jestem w stanie objąć swoim myśleniem tego sposobu rozumowania – zżyma się.

    W przypadku konfliktu

    Co się stanie w przypadku wybuchu zbrojnego konfliktu? Prezes tłumaczy, że struktura dowodzenia marynarką jest na stronach internetowych dość mętnie wyjaśniona. Nie tylko ze względu na „noworodkowy wiek pomysłu”. Uważa, że działanie takie może być celowe. – Może nawet lepiej, żeby nie wiedział o tych rozwiązaniach zwykły szary obywatel? Dane te są czytelne w sferach tajnych i poufnych – tłumaczy. – Nie wolno mi się wypowiadać, jeżeli chodzi o możliwości obrony. Mam nadzieję, że siły zbrojne nie będą musiały być użyte do obrony naszych granic. Jeżeli chodzi o Marynarkę Wojenną, na pewno spada jej liczebność i potencjał – podkreśla. – Flota powinna być już dawno wymieniona. Kobenom (okręty podwodne) wydłuża się czas użytkowania przez ciągłe remonty. „Orzeł” będzie pływał trochę dłużej. Dzisiaj pływa skutecznie i zgodnie z założeniami – mówi nasz informator. Według niego wraz ze zmianą struktur zmniejszyła się także decyzyjność służących w marynarce oficerów. – Kiedyś oficer podejmował decyzje na swoim szczeblu, w zakresie, w jakim było to możliwe. Obecny system działania generuje zachowania w stylu: „A ja muszę spytać”. To pozwolenie ze strony państwa na brak decyzyjności – dodaje. Rozmówcy podkreślają także, że odległość, jaka dzieli Warszawę od Wybrzeża, daje możliwość koordynacji działań tylko w czasie pokoju. Istnieją bowiem środki, które podczas konfliktu mogą zakłócić wszelką komunikację. A wówczas liczą się najprostsze formy dowodzenia i łączności.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół