• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Chcą mieć swoje skarby

    Ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 49/2015

    dodane 03.12.2015 00:00

    O Roratach, Stefanie, który nauczył się encyklopedii na pamięć, i budowaniu wspólnoty wokół Eucharystii z ks. Piotrem Listewnikiem rozmawia ks. Rafał Starkowicz.

    Ks. Rafał Starkowicz: Jaki jest Księdza sposób na dotarcie do dzieci?

    Ks. Piotr Listewnik: Trzeba nauczyć się słuchać tego, co one mówią. Koniecznie trzeba także mówić do dzieci zrozumiałym dla nich językiem. Ale podstawą tego wszystkiego jest nauczenie się myślenia, jakim dzieci się posługują. Wszystko po to, by wejść w ich świat i móc przekazać im niezbędne treści. Pomaga w tym na pewno także doświadczenie...

    Kiedy znajduje Ksiądz czas na to, by słuchać?

    Takim miejscem niewątpliwie jest szkoła. Ale wiele kontekstów ich życia ujawnia się podczas modlitwy wiernych. Jedne powtarzają: „Módlmy się za mamę i tatę”, inne poprzez swoje modlitwy pokazują, czym naprawdę żyją. Dla mnie to ważna informacja zwrotna. Ostatnio np. było wiele modlitw o pokój. Dzieci widzą, co dzisiaj dzieje się na świecie.

    Czy mówienie kazań dla dzieci jest trudne?

    Początkowo najtrudniej było mi z przedszkolakami. One wymagają szczególnie zwartej formy. Do tego trzeba zachować odpowiedni rytm, żeby utrzymać ich zainteresowanie. Zawsze staram się unikać monotonii.

    Jakich metod Ksiądz używa?

    Nie chodzi o to, by podczas kazania co chwila wyskakiwało coś jak królik z kapelusza. Potrzebne są jednak elementy, które łączą i budują zrozumienie. Wybieram sobie jedną rzecz, od której wszystko się zaczyna. Do tego dochodzą znaki budujące wspólnotę, takie jak podanie sobie rąk podczas modlitwy „Ojcze nasz”. Ogłaszam wówczas intencje, w których prosimy. Zapraszam też dzieci na następne niedzielne spotkanie i zapowiadam, co będzie jego treścią. Robię wszystko, by znać po imieniu wszystkie dzieci, nawet te, których nie uczę.

    Nie ma Ksiądz problemów z urwisami?

    Jeżeli dziecko się źle zachowuje, pozwalam, by reagowali rodzice. Oni wiedzą dokładnie, co w takiej sytuacji zrobić. To prawda, że trudno jest uciszyć przedszkolaki, które przed chwilą śpiewały i skakały, a teraz mają przez chwilę postać w skupieniu i patrzeć na ołtarz. Z czasem nauczyłem się odpowiedniej modulacji głosu. Obniżając głos, skupiam ich uwagę. Pokazuję, że to, co robię, jest święte. Że czas, kiedy skaczemy i śpiewamy jest także czasem modlitwy.

    Pojawiają się głosy, że specjalne Msze dla dzieci powodują utratę poczucia sacrum...

    Nigdy nie unikniemy pewnych różnic zdań. Uważam jednak, że wszystko zależy tu od przekazu. Staram się pokazywać, że jest to także moje spotkanie z Panem Jezusem. I to nie jest socjotechnika, tylko świadectwo. Na Mszy dla dzieci nigdy nie rezygnuję z jakiejkolwiek jej części. Zawsze jest tam „Chwała na wysokości Bogu” i „Wierzę”. Wynika to z szacunku dla liturgii i norm, jakie ona ze sobą niesie. Dzieci chcą być blisko Boga. Kiedy są odpowiednio zaangażowane, a my podkreślamy momenty święte, okazuje się, że wraz z dorastaniem przemija pragnienie zabawy, a pozostaje poczucie świętości Eucharystii oraz obecności Boga.

    Ile czasu przygotowuje się Ksiądz do tych kazań?

    Do niedzielnego zaczynam przygotowywać się tak koło wtorku. Nie jest jednak tak, że można wszystko przewidzieć. Zdaję się na też łaskę Ducha Świętego. On czasami prowadzi zupełnie inną drogą...

    Spalił Ksiądz w życiu jakieś kazanie?

    Pewnie, że po drodze popełniłem wiele błędów. Ale staram się wyciągać z nich wnioski. Chociaż mam na koncie kazania, które zupełnie położyłem. Miałem w Sopocie takiego młodzieńca... Ulubioną książką Stefana była encyklopedia. Miał do tego świetną pamięć. Zapamiętywał treść wszystkich poznanych haseł. Zadałem tylko jedno pytanie, a on mówił przez 30 sekund. Oniemiałem. Powiedziałem: „W takiej sytuacji pozostaje mi tylko powiedzieć: »Amen«”. Było pozamiatane.

    W wielu parafiach już w Adwencie chodzi się z kolędą, a księża przed południem uczą w szkołach. Jak radzić sobie z Roratami?

    Nigdy nie byłem na parafii, w której musiałbym chodzić na kolędę w Adwencie. W roratnich kazaniach korzystam z materiałów „Małego Gościa Niedzielnego”. Są niezwykle przydatne. Przygotowuję się, korzystam z konspektu, posiłkuję się materiałami z płyty. Trzeba poświęcić na to chwilę czasu. Potem jednak to procentuje, także w osobistym życiu księdza. Wymaga drobnego wysiłku i konsekwentnej systematyczności.

    Czy Roraty naprawdę wnoszą coś w życie duchowe dzieci?

    Nawet już po zakończonych Roratach, kiedy odwiedza się rodziny z wizytą duszpasterską, dzieci pokazują z radością otrzymane elementy. To dla nich bardzo ważna rzecz. Chcą mieć swoje skarby. W szkole też często słyszę rozmowy na temat Rorat. Dzieci dzielą się ze sobą tym, co usłyszały. Myślę, że każde dziecko jest mistrzem rytualizmu. Chodzi o to, byśmy my, dorośli, dodawali rozumnie do tego rytmu coraz to nowe elementy, aby dziecko mogło się spokojnie rozwijać.

    Krąży opinia, że Msze odprawiane przez Księdza są wyjątkowe. Niektórzy docierają tu nawet z odległych parafii...

    Cieszę się z tego, że odnajdują swoje miejsce w Kościele. Ale nie chciałbym, żeby dzieci i ich rodzice wyłączali się z życia swoich parafii. Uczestnictwo rodzin w parafialnym życiu jest największym skarbem w życiu całej wspólnoty. Uważam, że nie robię nic wyjątkowego. To naprawdę normalna Msza św. Choć staram się do niej podejść najlepiej, jak potrafię, próbując stworzyć wspólnotę rodziców, dzieci i posługującego kapłana.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół