• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jesteś bandytą, mogę cię zabić

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 50/2015

    dodane 10.12.2015 00:00

    Rocznica stanu wojennego. – Kiedy wynegocjowaliśmy zakończenie strajku, oficerowie obiecali nam, że będziemy mogli poddać się honorowo, jak mjr Sucharski. Okazali się mniej słowni od niemieckiego Wehrmachtu – mówi Andrzej Michałowski, jeden z przywódców strajku w Porcie Gdańskim.

    Już wieczorem 12 grudnia byłam pewna, że coś się szykuje. Że będą aresztowania – mówi Joanna Wojciechowicz, która była szefową informacji „Solidarności” Regionu Gdańskiego. W domu odbywała się właśnie siedemnastka jej syna Michała, w środowisku solidarnościowym popularnie nazywanego „pistoletem”, zaangażowanego członka Ruchu Młodej Polski. – Wysłałam chłopaków do trójmiejskich hoteli, żeby ostrzegali uczestników zjazdu. Niektórzy ze swojej misji wrócili dość szybko. Jeden z nich widział na własne oczy aresztowania w hotelu „Monopol” – wspomina Joanna. Wiedziała, że przyjdą także po nią. Jej zatrudniający 43 osoby wydział mieścił się w ówczesnej siedzibie związku we Wrzeszczu przy ul. Grunwaldzkiej. 24 godziny na dobę, przez cały czas Festiwalu Solidarności, pracował nad przekazywaniem społeczeństwu prawdziwych informacji. Aresztowanie było więc tylko kwestią czasu.

    Ta pani idzie do więzienia

    Mieszkała wówczas na Ogarnej. – Nie chciałam, żeby mnie aresztowali z brudną głową – mówi z uśmiechem. Umyła się więc, przebrała w pidżamę, położyła do łóżka i z kryminałem w ręku czekała na nieproszonych gości. Do jej domu po północy wpadło 8 funkcjonariuszy. „Mamy w Polsce stan wojenny” – ogłosił najważniejszy z nich. – „A któż to na nas napadł? Kto nam wypowiedział wojnę?” – zapytałam – opowiada. Obecni przy zdarzeniu koledzy syna ryknęli gromkim śmiechem. „Proszę się nie śmiać. Ta pani idzie do więzienia” – odpowiedział wówczas zdeprymowany funkcjonariusz. W Strzebielinku była pierwsza, ale w niedługim czasie było ich już 19. Od razu zaczęły się organizować. – Pisałyśmy listy protestacyjne do Rady Państwa i Bóg wie gdzie jeszcze – wspomina J. Wojciechowicz. – Niektóre z nas płakały. Martwiły się o swoje dzieci. Ja odkładałam na bok ten temat. Ale wieczorami strasznie łapało mnie to za serce. Wiedziałam, że dla własnej obrony nie mogę tego pokazywać. Człowiek musiał udawać, że jest twardszy, niż był w rzeczywistości – mówi. – Wigilia była paskudna. Piekielnie smutna. Te z nas, które miały w międzyczasie odwiedziny, jakoś się trzymały. Śpiewałyśmy kolędy. Napisałyśmy nawet swoje własne. Zamiast opłatkiem, dzieliłyśmy się jakimś chlebem, który przywiozła rodzina jednej z nas... A ja ciągle nie wiedziałam, co z moim Michałem. Kiedy przywieźli Annę Walentynowicz, ona krzyczała do mnie z podwórza: „Joanna, »Pistolet« jest w porządku. Widziałam go w stoczni...”. To nie była dobra wiadomość. „Mogli go zabić albo zamknąć” – pomyślałam – opowiada. Kiedy już udało się im spotkać, rodzina przywiozła do więzienia to, co udało się zorganizować. Jakąś cebulę, czosnek, smalec... – Chciałam rozładować sytuację i zapytałam: „A gdzie salami?”. Zobaczyłam ich reakcję i zrobiło mi się strasznie głupio – mówi. Jak wspomina, miały też chwile, w których ogarniał je strach. Kiedy nie znając celu podróży, jechały stłoczone w więziennej nysce, jedna z nich wypatrzyła polskie znaki graniczne. – Byłyśmy pewne, że jedziemy na Syberię – mówi Joanna. Dotarły jednak do Gołdapi, gdzie większość z nich doczekała zakończenia stanu wojennego.

    Twaróg zamiast opłatka

    Andrzej Malinowski o wprowadzeniu stanu wojennego dowiedział się dopiero w niedzielę o godz. 9. Przyjechało po niego dwóch pracowników Hydrosteru z Łąkowej. Pojechali razem do wrzeszczańskiej krajówki. – Nie było tam już nikogo. Wiatr hulał. Rozwiewał papiery. Wszystko było porozbijane – opowiada. Udali się więc do stoczni. Od poniedziałku rozpoczęli strajk w Hydrosterze. – Strajk nie był okupacyjny. Przychodziliśmy w godzinach urzędowania, ale nie podejmowaliśmy pracy. Później wracaliśmy do domów – mówi A. Malinowski. Przyszli po niego w nocy z 14 na 15 grudnia. Było ich trzech – milicjant i dwóch prokuratorów. Skuli go dopiero w windzie. Najpierw były badania w szpitalu, później milicyjna cela nr 6 w piwnicy komendy przy dawnej Świerczewskiego. – Do celi wchodzi mały, gruby kapral, czułem, że chce mnie pobić. Zapytał, czego potrzebuję. Powiedziałem mu, że gazety. „Jesteś bandytą” – usłyszałem. „Mogę cię zabić. Nic ci się nie należy” – warknął. Byłem już pewny, że bardzo chce mnie pobić – opowiada pan Andrzej. 23 grudnia przeniesiono go do więzienia. – W celi siedziało już dwóch więźniów, m.in. Andrzej Szczepański, wykładowca matematyki na politechnice. W Wigilię, zamiast opłatkiem, dzieliliśmy się twarogiem, który dali nam na kolację. Życzyliśmy sobie, żeby jak najszybciej wyjść na wolność – wspomina. – Szczepański dostał też paczkę na święta. Kiełbasę przynieśli mu pociętą w talarki. Bali się, że mógł w niej być jakiś przyrząd do obalania ustroju siłą – uśmiecha się gorzko A. Malinowski. Pośród postawionych mu zarzutów znalazł się taki, że zmuszał pracowników swojego zakładu do strajku. Chcieli, by podawał nazwiska. Szantażowali tym, że ma małe dzieci. Milczał. Przed sądem odmówił nawet podania nazwisk członków zakładowej komisji „Solidarności”. Prokurator żądał 6 lat więzienia. Dostał dwa i pół. Przesiedział 500 dni. Tyle, ile trwał Festiwal Solidarności.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół