• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Bóg jest ze mną w ringu

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 02/2016

    dodane 07.01.2016 00:00

    Świadectwo. O tym, jak to jest być czarnoskórym Polakiem, modlitwie bez słów i waleczności rodaków z Izu Ugonoh, zawodowym bokserem wagi ciężkiej rozmawia ks. Rafał Starkowicz

    Ks. Rafał Starkowicz: Często podkreślasz, że jesteś czarnoskórym Polakiem...

    Izu Ugonoh: Co ksiądz mi tu opowiada. (śmiech) Nie ma czarnoskórych Polaków. Wszyscy Polacy są biali. Oczywiście żartuję. W Polsce urodziłem się i wychowałem. Kiedy jestem gdzieś za granicą – a ostatnie dwa lata spędziłem w Las Vegas – to nie jestem w stanie opowiedzieć swojej historii, nie mówiąc, że jestem z Polski. To, co mnie ukształtowało, w większości przydarzyło mi się w Polsce. Gdyby nie Polska, nie byłbym tym, kim dzisiaj jestem. W związku z tym mówię z całą stanowczością: jestem Polakiem.

    Jak ludzie reagują na te słowa?

    Mam czasami takie wrażenie, że ludzie odbierają te słowa tak, jakbym im mówił, że jestem biały. (śmiech) Ja jestem świadomy tego, że jestem czarnoskóry. I jestem z tego bardzo dumny. Jestem w ogóle dumnym człowiekiem.

    Zawsze miałeś w sercu tę dumę?

    Oczywiście. Czułem także wewnętrzną niezależność. Ona przejawiała się czasem buntem. Szczególnie że z zewnątrz pojawiały się różne presje. Czasami nawet wrogość.

    Czułeś się nieakceptowany?

    Tak myślę. Czym innym była moja relacja z kolegami, którzy poszliby za mną w ogień, a zupełnie inaczej było ze spotkanymi ludźmi, którzy mnie nie znali. Dla wielu z nich byłem obcy, niektórzy widzieli we mnie po prostu intruza. W związku z czym uważali, że należy mnie zwalczać.

    Krąży opowieść o tym, jak przez całą starówkę uciekałeś przed skinami...

    O której ucieczce mówimy? W tamtych czasach w Gdańsku skinheadów w skali kraju było najwięcej. Takie spotkania były codziennością. Liczyłem się zawsze z tym, że ktoś może mnie zaczepić i że muszę być gotowy do walki. Że albo bęcki dostanę ja, albo ten drugi. Nie ma tu nic skomplikowanego. A jeżeli spotykasz kogoś takiego codziennie w drodze do szkoły, to trzeba mu stawić czoła. Jeżeli nie, to nabierze on więcej siły i pewności siebie. I będziesz dostawał bęcki cały czas.

    Pojawia się w Twoim sercu żal, gdy o tym myślisz?

    Nie mam z tym żadnego problemu. Takie prawa rządzą w życiu. Albo jesteś ofiarą, albo bierzesz los w swoje ręce. To dla mnie zawsze bardzo ważny element. Nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że ja byłem tu, w Polsce, uciśniony. Nie lubię ludzi, którzy narzekają, a niczego nie robią.

    Jak wobec tego postrzegasz postawę Jezusa?

    Nie można zapominać, że Jezus przyniósł też miecz. Jego ofiara była także walką. Dzisiaj, kiedy idę ulicą i słyszę jakąś obelgę, jestem spokojny, bo wiem, kim jestem. Nie wolno jednak dać się upodlić. Jezus spełnił swoją misję. Nie ma większej satysfakcji z życia niż wykonać to, co do nas należy. Trudno pomyśleć, co by się stało, gdyby Jezus się wycofał. On był wierny misji pomimo momentów, w których doświadczał działania przemocy i wołał: „Ojcze, czemuś mnie opuścił!”.

    Przeczytałeś ostatnio całe Pismo Święte. Kim jest dla Ciebie Jezus?

    To bardzo osobiste pytanie. Długo próbowałem sobie na nie odpowiedzieć. Były takie momenty, w których głęboko czułem, że Jezus jest Synem Boga, że muszę Go wzywać, żeby mieć zbawienie, które przecież następuje przez łaskę, a nie przez moje uczynki... Czułem, że się zmieniam, że bardziej zaufałem... Może to paradoks, ale czas mi pokazał, że moje słowa były trochę na siłę. Dopiero w momencie, kiedy nieco odpuściłem, bardziej poczułem z Nim kontakt. Dzisiaj uważam, że między nami a Bogiem jest za dużo słów.

    Ale słowa wyrażają to, co mamy w sobie...

    Pół roku temu zacytowałbym ileś cytatów Biblii. To byłoby bardzo intelektualne. Mógłbym powiedzieć, że jestem przekonany. Dzisiaj czuję się blisko Boga. I czuję się prowadzony. Generalnie jest mi trudno przyjmować autorytety. W związku z tym ta moja droga z Bogiem też trochę tak wygląda. Przychodzę, odchodzę, walczę z nim, później jestem bardziej pokorny. Ale nikt z zewnątrz nie może zidentyfikować tego, na jakim etapie właśnie jestem.

    Żeby tak mówić, trzeba wiedzieć, że On naprawdę jest...

    Odczuwam Boga codziennie. Najbardziej w ciszy. Nie próbuję nawet wypowiadać słów. Bo po co, jeżeli to jest Bóg. Natrudniejsze są moim życiu te momenty, kiedy nie potrafię usiąść, zatrzymać się, kiedy jestem skupiony na swoim umyśle i analizach. Kiedy za czymś gonię. Wiem, że On cały czas jest, ale wtedy Go nie odczuwam. W życiu są różne etapy. Mogę uwierzyć psychicznie w coś, co jest poza mną. Ale prawdą staje się tylko to, co jestem w stanie odczuć. Moja relacja z Bogiem to jedyna relacja, która jest dla mnie do końca prawdziwa.

    Jak to się stało, że Twoja rodzina znalazła się w Polsce?

    Moi rodzice przyjechali tu na studia. Najpierw ojciec studiował w Wyższej Szkole Morskiej. Wrócił do Nigerii, wziął ślub i razem z mamą przyjechali do Polski. Mama studiowała prawo na Uniwersytecie Gdańskim. A w „międzyczasie” pojawiliśmy się my. Jest nas pięcioro. Moje cztery siostry i ja.

    Jesteś w rodzinie najważniejszy?

    Bo co? Bo jestem mężczyzną? Nie. Nie jestem najważniejszy. Ale jestem jedynym mężczyzną. (szelmowski uśmiech)

    Rodzice Cię rozpieszczali?

    Moje siostry tak twierdzą. I uważają, że tak jest do dzisiaj. Na swój sposób może trochę jestem rozpieszczony. Ale zarówno z moimi siostrami, jak i w ogóle z kobietami mam dobre relacje.

    Skąd wziął się pomysł na to, by walczyć? Jak było z tym sportem?

    Zawsze lubiłem sport. Odkąd pamiętam, zawsze uprawiałem sport. I zawsze lubiłem się bić.

    Byłeś urwisem i zabijaką?

    Nie. Choć zdarzały mi się bójki na podwórku. Jeżeli komuś nie zdarzały się bójki, to nie wiem, gdzie dorastał i co robił. To normalna rzecz. Kiedy jest się w otoczeniu mężczyzn czy chłopców, to naturalny proces formowania grupy. Często bywało tak, że osoba, z którą się pobiłem, stawała się później moim najlepszym kumplem. Później był długi okres uśpienia. Do 20. roku życia grałem w piłkę nożną. W końcu przyszedł moment, gdy poczułem, że muszę się sprawdzić w kickboxingu. Bardzo mnie do tego ciągnęło. Kiedy poszedłem na pierwszy trening, nie miałem większego planu. Później chodziłem już codziennie. I jakby świat przestał istnieć. Zrozumiałem, że odkryłem swoją miłość. Boks też pojawił się zupełnie naturalnie.

    O czym myślisz, gdy jesteś na ringu?

    Tam nie ma czasu na myślenie. Czas na myślenie jest przed walką. Wówczas jest potrzebna także praca nad automatyzmem, powtarzanie tych samych ćwiczeń. Wiem, że Bóg jest ze mną w ringu. Czuję Jego obecność. I wiem, że jestem bezpieczny. Ale ja muszę wykonać swoją robotę. Człowiek ma swoją rolę do wykonania. To jest najważniejsze. Jeżeli ją wykonasz, to Bóg zrobi swoje i pobłogosławi owoc twojej pracy.

    Bokserzy zawodowi zarabiają naprawdę niezłą kasę. Co zrobić, żeby z tym nie zwariować?

    Nie ma na to dobrego sposobu. Ale do dużych pieniędzy najpierw trzeba dojść. Ten etap jest jeszcze przede mną. Żeby móc o czymś takim mówić, trzeba dojść najpierw do walki po mistrzostwo świata. Trzeba walczyć z czołówką. Ciężko pracuję nad tym, żeby za chwilę tam być. Żeby być najlepszy. To mój osobisty cel. Jestem głodny sukcesu, osiągnięć, zwycięstw. Czuję, że jest mi to potrzebne, aby spełniła się moja legenda. Myślę, że zastanawianie się nad tym, jak nie zwariować z nadmiaru pieniędzy, jest bezprzedmiotowe...

    Ostentacja widoczna wśród wielu zawodowych bokserów może razić.

    Jestem daleki od jakiejkolwiek krytyki. Staram się nie osądzać innych. Skupiam się na sobie. Żeby żyć właściwie. Nie tyle w oczach ludzi, co w moich własnych oczach i w mojej relacji z Bogiem. Każdy ma swoje sumienie. Skupiam się na tym, żebym czuł progres w swoim życiu. Wiem, że wciąż mam wiele do poprawy. Nie ma co oglądać się na innych i ich oceniać.

    Czujesz się związany z Gdańskiem?

    To przede wszystkim mój dom. Jestem z tym miejscem bardzo mocno związany emocjonalnie. W Las Vegas jest cudownie. Cieszę się, że tam jestem. Początkowy okres jednak był trudny. Wtedy bardzo tęskniłem do Gdańska, do domu, do przyjaciół. Brakowało mi też rodziny. Teraz przerwy pomiędzy moimi przyjazdami nie są już takie długie. Wracam mniej więcej raz na trzy miesiące.

    Masz jakieś szczególne wspomnienia?

    Przypomina mi się moment mojej Pierwszej Komunii. Przyjmowałem ją na Żabiance w wieku ośmiu lat. Pamiętam, że ks. proboszcz, zwany powszechnie Kargulem, mówił: „O, jak pięknie dzisiaj wyglądają nasze dzieci. I nawet nasz Izu dziś wygląda jak aniołek”. Pomijając kolor skóry, wyróżniało mnie to, że jako jedyny byłem w białym garniturze. To tak, żeby był ładny kontrast. (śmiech) Nie chcę skupiać się jednak na jednym wspomnieniu. Będąc w Las Vegas, często w myślach spaceruję uliczkami Gdańska. Albo jadę po tym mieście samochodem. Kiedy bardzo tęskniłem, w myślach przechadzałem się po Starym Mieście, Mariacką, Szeroką... To przynosiło mi ulgę i poczucie zadowolenia. Gdańsk to po prostu moje miasto. Niezależnie od tego, gdzie będę mieszkał w przyszłości, takim pozostanie. Zawsze będzie fajnie tu wrócić.

    Ostatnio spore emocje wzbudzają w społeczeństwie uchodźcy. Co o nich myślisz?

    Jeżeli ci ludzie mieliby przyjechać do Polski i chcieliby tu żyć zgodnie z istniejącym prawem, to OK. Tak jak Polacy wyjeżdżają za granicę i ciężko pracują... Ważna jest ich intencja i szacunek dla środowiska, w którym zamierzają żyć. Ja jestem w Polsce i szanuję tradycję mojego kraju oraz ludzi, którzy są obok mnie. Nie ma znaczenia, że jestem czarny. Chodzi o to, czy jesteśmy w stanie żyć koło siebie i sobie nie szkodzić. Mój świat i moja Polska to ja i ludzie wokół mnie, moi sąsiedzi, ktoś, od kogo kupuję rano bułki... Chcę poprawić swoje życie i życie ludzi wokół mnie... Wiemy jednak, że jakaś część ludzi wyznających islam jest agresywna. Ci ludzie uważają, że wszystko im się należy. Jeżeli przyjadą do Polski z takim nastawieniem... To o czym gadamy? Polacy są narodem walecznym. To moi kumple wyjdą na ulice i będą walczyć. Nie oszukujmy się. Nikt do Polski nie może wjechać z buciorami. Polska walczyła o swoją niezależność. I to jest w sercach ludzi. Jeżeli będzie musiała walczyć znowu, to będzie walczyć.

    Boksujesz, Twoja siostra Osi zwyciężyła w programie „Top Model”... Można powiedzieć, że jesteście bardzo utalentowani.

    To nie jest tylko wynik talentu. Osi jest bardzo zdeterminowana i pracowita. Ma bardzo fajną osobowość i głęboko zaszczepione wartości. To efekt działania naszych rodziców. Myślę, że to bardzo ważne, szczególnie w dzisiejszym świecie. Jest nie tylko piękną kobietą, ale działa tu też piękno jej osobowości. Myślę, że to jest właśnie prawdziwe piękno. Super, że zdecydowała się pracować jako modelka, ale to w moim rozumieniu sprawa drugorzędna.

    Mówisz z dużą wdzięcznością o rodzicach. Za co jesteś im najbardziej wdzięczny?

    Za to, że nie powiedzieli mi nigdy, że czegoś nie potrafię zrobić, że nie dam rady. Zawsze, kiedy podejmowałem jakąś decyzję, mówili mi: „Super, na pewno sobie poradzisz”. Dawali mi zawsze pozytywną motywację i przekaz właściwych wartości. Zawsze będę im za to wdzięczny. Będę chciał to także przekazać swojemu potomstwu. Pełna wersja rozmowy na: gdansk.gosc.pl

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół