• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Pamięć o wymazanych gumką


    dodane 10.03.2016 00:00

    O solidarnościowych celebrytach, marzeniach o dumnej Polsce i świeżych kwiatach na grobie syna z Andrzejem Michałowskim, działaczem podziemnej „Solidarności”, rozmawia ks. Rafał Starkowicz.

    Ks. Rafał Starkowicz: O „Solidarności” napisano już wiele książek. Co skłoniło Pana do tego, żeby napisać kolejną?


    Andrzej Michałowski: Motorem była chęć przekazania mojego spojrzenia na „Solidarność”. Wiele książek, które dotychczas powstały na ten temat, to po prostu dzieła śmieszne. Większość napisali zupełnie inni ludzie niż ci, którzy ogłaszają się ich autorami. A książki te powtarzają legendy spisywane na zamówienie. Jeden z takich autorów przyszedł kiedyś do mnie i mówi: „Panie Andrzeju, mógłbym o panu napisać. Ale będzie mi musiał pan zapłacić”. Odpowiedziałem, że to bez sensu.


    Te książki kształtują dzisiaj postrzeganie „Solidarności”.


    Dzięki nim niektórzy członkowie związku osiągnęli status celebrytów. A o takich ludziach jak Andrzej Kołodziej czy Anna Walentynowicz, gdyby nie praca uczciwych historyków, m.in. Cenckiewicza, Żaryna czy Nowaka, mało kto by pamiętał. Zostaliby wymazani jak gumką. Moja książka to hołd oddany setkom ludzi, którzy byli szarymi żołnierzami „Solidarności”. Żołnierzom przez lata zapomnianym.


    „Solidarność” w mainstreamowej narracji to przede wszystkim jednostki.


    „Solidarność” to była przede wszystkim nadzieja. Jej początek to moment, w którym papież Jan Paweł II po raz pierwszy przyjechał do Polski. Gdy wołał: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi”, wszyscy wstaliśmy z kolan. Okazało się, że jest nas wielu. Dostrzegliśmy rolę wartości oraz siłę historii.


    Kiedy wstąpił Pan do „Solidarności”?


    Ja do niej nie wstąpiłem. Ja wraz z innymi ją zakładałem. W 1980 r. byłem jednym z przywódców strajku w porcie gdańskim. Wydział Usług Żeglugowych, w którym pracowałem, wprowadzał i wyprowadzał statki z portu. Nawet jeżeli ktokolwiek złamałby strajk i chciał załadować jakąś jednostkę, byłoby to bezcelowe. Bez naszych holowników nie wypłynęłaby ona w morze. Nie byłem działaczem niepodległościówki czy Wolnych Związków Zawodowych. Byłem zwykłym pracownikiem, który brał udział w wydarzeniach grudniowych roku 1970. Widziałem ludzi mordowanych na ulicy, czołgi... Później nawet zamierzałem wyjechać. Nie chciałem mieć nic wspólnego z czerwoną komuną. Pan Bóg zdecydował inaczej. Po latach, w 1981 r., organizowałem w porcie strajk. A po tym, jak Marynarka Wojenna zdobyła teren portu, działałem dalej. Zacząłem się ukrywać.


    Powiedział Pan ostatnio w telewizji, że po publikacji tej książki wielu ludzi się od Pana odwróci. Dlaczego?


    Każdy ma prawo do swojej oceny zdarzeń i faktów. Nie napisałem laurki ani sobie, ani nikomu innemu. Opisałem mechanizmy, jakie wykorzystała esbecja, aby zwykłych, prostych ludzi pozyskać. Piszę, używając nazwisk i numerów służbowych. Staram się jednak usprawiedliwiać tych ludzi. Ale w przypadkach, w których wchodziło w grę branie pieniędzy za zdradę, usprawiedliwienia nie znajduję. To judaszowe pieniądze. Prawda nie zabija, tylko wyzwala. Kiedy poznamy prawdę, przestaniemy oszukiwać się nawzajem i robić z bandytów bohaterów. Położy to także kres mafijnym strukturom w wielu dziedzinach życia publicznego, m.in. w biznesie czy mediach.


    Inwigilowało Pana wielu agentów. Co dzieje się z nimi dzisiaj?


    Czterech najważniejszych agentów, którzy mnie inwigilowali, już nie żyje. Jeden popełnił samobójstwo, inny zapił się na śmierć, kolejny miał wylew krwi do mózgu. Ostatni zginął niezwykle dziwnie. Podczas zwykłej wycieczki do lasu urwał się konar i spadł mu na głowę. Ci ludzie byli prawdziwie bezwzględni. Brali kasę i donosili. Jest jeszcze piąty. Ma pseudonim „Graba”. Nikt nie wie, kim jest. W IPN nie ma jego papierów. Był prawdopodobnie agentem WOP. Papiery tej formacji znajdują się w Marynarce Wojennej i są zamknięte dla społeczeństwa. Pozostali to ludzie, o których piszę ciepło. Władowali się w tę współpracę zupełnie bez sensu. Myślę, że to dlatego Pan Bóg ich uratował. On wie, co robi.


    Czy działania agentów wpłynęły negatywnie na Pana historię?


    Spierniczyli mi całe życie. Żona wpadała w depresję. Była prześladowana. Esbecy robili na mnie zasadzki. Z żoną spotykałem się konspiracyjnie. Nie wytrzymywała tego. W końcu, dzięki pomocy norweskiej fundacji, wyjechała za granicę. Kiedy w 1987 r. pojechałem do niej do Norwegii, okazało się, że to już nie ten żołnierz ani ta dziewczyna... Za konspirację zapłaciłem jedną z najwyższych cen. Nie żyje mój syn. Nie mam rodziny. A to, że żona żyje, rozpoznaję po świeżych kwiatach na grobie syna.


    Na czym, oprócz wspomnień, opierał się Pan przy opisie faktów?


    Moja teczka zawiera 10 tys. dokumentów. Podobnych teczek przejrzałem ze 20. Wynik jest prosty. Przez moje ręce przeszło 200–300 tys. dokumentów. Kwerendę robiłem tylko odnośnie do ludzi, którzy działali wokół mnie.


    W podtytule pojawia się słowo „nadzieja”. O jaką nadzieję chodzi?


    Doskonale streścił to Krzysztof Wyszkowski w słowie wprowadzenia. „Z całej tej książki bije wielka nadzieja, że po latach znojów Polska będzie wreszcie (...) wielka, niepodległa i dumna”. O taką Polskę walczyła moja „Solidarność”.
•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół