• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Fumigacja na kołatka

    ks. Rafał Starkowicz

    |

    Gość Gdański 29/2016

    dodane 14.07.2016 00:00

    – Podczas oględzin rozpoczynających remont organów i ławek zobaczyłem niesamowite zniszczenia. Duże części instrumentu były zżarte przez owady. To był jeden wielki miał – opowiada ks. Jarosław Piotrowski, proboszcz parafii św. Wawrzyńca.

    Rozglądając się wokoło, trudno wprost uwierzyć, że to dzielnica dużego miasta. Pomiędzy starymi domkami Wielkiego Kacka wyrosły wprawdzie apartamentowce i okazałe wille, ale bliskość lasu i rozległych torfowych łąk sprawia, że panuje tu iście sielska atmosfera. I cisza, której w dziwny sposób nie mąci nawet hałas przebiegających w pobliżu głównych arterii komunikacyjnych Gdyni. Mimo że w ciągu ostatniego półwiecza wiele się tutaj zmieniło, centralnym punktem Wielkiego Kacka pozostaje do dzisiaj parafialny kościół, otoczony świadczącym o minionych pokoleniach cmentarzem.

    Z historią w tle

    Pierwsze wzmianki o osadzie, której nazwa nawiązuje do przepływającej nieopodal rzeki Kaczej, sięgają początków XIII wieku. Wówczas to książę Mściwoj podarował wieś o nazwie Katzco biskupom włocławskim. W 1282 roku istniała tu już parafia. Kres istnieniu kościoła i parafii położył w czasach reformacji najazd protestantów z pobliskiego Małego Kacka. Odtąd Wielki Kack włączono do parafii w odległym o ponad 6 km Chwaszczynie. – W XIX wieku ludzie chodzili jednak częściej do położonego nieco bliżej kościoła w Kolibkach. Dzisiaj już go nie ma. Został zniszczony na początku września 1939 roku – wspomina Edmund Jasziński, rdzenny mieszkaniec Wielkiego Kacka. Decyzja o odnowieniu wielkokackiej parafii zapadła w 1894 roku. Pobożni Kaszubi swoją świątynię wznieśli w ciągu zaledwie roku. Od tego momentu kościół stał się dla liczącej niespełna 1000 osób społeczności prawdziwym centrum życia. – Ta świątynia była dla nas wszystkim. Różaniec czy poranna Msza św. sprawiały, że kościół pękał w szwach. Integrował lokalną społeczność. Pilnowano tego, a wiara była szanowana – wspomina E. Jasziński. Mieszkający w Wielkim Kacku Kaszubi stanowili niezwykle zintegrowaną, ale także nieco zamkniętą społeczność. Nawet kaszubski język, którym do dziś się posługują, nacechowany jest sporą odrębnością. – Kiedy miałem się żenić, w domu powiedzieli mi krótko: „Bierz kobietę z Kacka” – śmieje się pan Edmund. Posłuchał jednak głosu serca. Zamieszkał w okolicach Bytowa wraz z pochodzącą stamtąd żoną. Po latach jednak wrócił.

    Dwa szkodniki

    Zdziwienie może budzić fakt, że od ponad wieku sosnowa konstrukcja dachu kościoła nie potrzebowała napraw ani gruntownych remontów. Sytuacja zmieniła się jednak w ostatnich latach. To, czego nie dokonał upływ czasu, mogło stać się za przyczyną dwóch niepozornych owadów. – W kościele św. Wawrzyńca zidentyfikowaliśmy dwa gatunki szkodników drewna. Jest to kołatek domowy, który żeruje w meblach i antykach, oraz spuszczel pospolity, który niszczy więźbę i elementy konstrukcyjne dachu – mówi Michał Sławiński, specjalista ds. zwalczania szkodników drewna z firmy Corneco. – To są typowe szkodniki, które żywią się drewnem. Ich działania prowadzą niejednokrotnie do tak dużej degradacji wspomnianych elementów, że trzeba wymieniać całą więźbę dachową. W przypadku zabytkowych rzeźb tracą one na wartości. Co więcej, nie zawsze można je odbudować – wyjaśnia M. Sławiński.

    Gazem w owady

    Okazało się, że szkodniki zaatakowały nie tylko konstrukcję dachową, ale także ławki i zabytkowe organy. Proboszcz musiał podjąć niezwykle trudną decyzję: zbierać pieniądze na kosztowną wymianę więźby i drewnianych elementów instrumentu albo podjąć próbę likwidacji szkodników za pomocą trującego gazu. Mimo że pierwszy wariant był niezwykle drogi, ponadto nie dawał gwarancji na skuteczne pozbycie się owadów, na decyzję proboszcza o fumigacji świątyni wpłynęły nieco inne czynniki. – Chodziło mi przede wszystkim o ocalenie dziedzictwa – zaznacza. – Bardzo się cieszę, że proboszcz podjął taką decyzję. Kocham ten kościół. Wszystko w nim jest mi drogie. Ta świątynia ma szczególną atmosferę i przemodlone ściany. To także kawał historii – mówi z zadowoleniem E. Jasziński. – Aby poddać obiekt fumigacji, najpierw się go uszczelnia, by stężenie gazu utrzymać na odpowiednim poziomie – opowiada M. Sławiński. Rozłożony gaz penetruje drewno, przenika przez każdy element i niszczy wszelkie formy żywe szkodników. Jak zapewnia przedstawiciel firmy, zabieg ten jest w 100 proc. skuteczny i nie stwarza zagrożenia dla ludzi. – Po zagazowaniu zabezpieczamy teren. Nikt nie ma prawa się tam zbliżyć. Na zakończenie badamy stężenie profesjonalnymi miernikami. Kiedy jest zerowe, oddajemy obiekt do użytku – zdradza szczegóły podejmowanych działań fachowiec. Jak dodaje, kolejnym etapem jest program kontroli szkodników drewna. – Rozstawimy w różnych miejscach kościoła pułapki feromonowe, które będą wabić ewentualne szkodniki. Jeżeli pojawiłyby się jakieś nowe osobniki, będziemy o tym wiedzieli. Wówczas będziemy mogli reagować. Co więcej, w takim przypadku będziemy dokładnie wiedzieli, w jakiej części kościoła się usadowiły – zaznacza. Rozpoczęte w poniedziałek prace związane z fumigacją kościoła potrwają zaledwie tydzień. – W piątek nastąpią pomiary stężenia gazu. W sobotę będziemy jeszcze wietrzyć kościół, a już w najbliższą niedzielę będzie można odprawiać nabożeństwa – wyjaśnia ks. Piotrowski.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół