• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Nazywam się „Bądź wdzięczny Bogu”

    dodane 04.08.2016 00:00

    O dzieciach pełzających jak węże, szamanach, którzy nie leczą, i niepełnosprawności traktowanej jako przekleństwo i hańba opowiada Modeste Habiyaremye.

    Jan Hlebowicz: Mówisz: „Gdyby nie zakonnice, skończyłbym na ulicy, gdzie czekałaby mnie śmierć”...

    Modeste Habiyaremye: Jestem sierotą. Trzy lata po ludobójstwie w Rwandzie wybuchła kolejna wojna, obejmująca północ kraju. Pewnego razu do naszej wsi weszły wojska. Zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia domu i zamieszkania w specjalnym obozie. Tam panowały straszne warunki. Wybuchła epidemia, w wyniku której straciłem mamę i tatę. Zostałem sam. Byłem skazany na życie na ulicy. Na szczęście w moim życiu pojawiły się Siostry od Aniołów...

    ...które prowadzą ośrodek zdrowia we wsi Nyakinama. W jaki sposób Ci pomogły?

    Zaopiekowały się mną. Nakarmiły. Dały miejsce do spania. Otoczyły miłością. W ośrodku nauczyłem się pisać i czytać. Dzięki temu mogłem z wyróżnieniem skończyć szkołę średnią. Obecnie idę na studia medyczne.

    Na co dzień, jako wolontariusz, pracujesz w ośrodku. Pomagasz dzieciom niepełnosprawnym.

    Jestem wdzięczny siostrom za to, co dla mnie zrobiły. Otrzymałem od nich dom, wykształcenie, poczucie godności. Habiyaremye znaczy „Bądź wdzięczny Bogu”. Moje nazwisko jest dla mnie drogowskazem i życiowym mottem. „Spłacając dług dobroci”, staram się pomagać dzieciom, które są w podobnie beznadziejnej sytuacji jak ja kilkanaście lat temu.

    Opowiedz o swoich podopiecznych.

    To kilkadziesięcioro dzieci, głównie z kalectwem fizycznym. Ich niepełnosprawność bywa wynikiem działań wojennych. Drugi powód to niewłaściwe podejście kobiet do ciąży. Wiele matek w Rwandzie nadal stosuje tzw. tradycyjną medycynę i odwiedza szamanów. Te kobiety wierzą, że dzięki temu unikną poronienia. Często dzieje się odwrotnie. Magia i czary, zamiast pomagać, doprowadzają do kalectwa dzieci.

    Jaki jest status dzieci niepełnosprawnych w Rwandzie?

    Stoją najniżej w drabinie społecznej, a ich życie to prawdziwy koszmar. Większość z nich mieszka w wiejskich chatach, bez prądu i wody. Chorzy są często ukrywani, odrzucani i traktowani jako znak hańby czy przekleństwa dla najbliższych. Rodzice wstydzą się pokazywać ze swoimi dziećmi publicznie. Życie tych młodych ludzi sprowadza się więc wyłącznie do... leżenia. Rzeczą naturalną dla lokalnej społeczności jest, że takie słabe, niedołężne dziecko, począwszy od narodzin, skazane jest na śmierć.

    W jaki sposób im pomagasz?

    Wsparcie finansowe otrzymujemy dzięki adopcji serca. To program Ruchu „Maitri”, koordynowany przez ogólnokrajowy ośrodek w Gdańsku. Moi podopieczni, ale także tysiące innych młodych ludzi z 8 afrykańskich krajów, wspierani są przez indywidualnych darczyńców opłacających miesięczne składki. Dzięki tym pieniądzom dostarczamy niepełnosprawnym dzieciom lekarstwa, zawozimy na specjalistyczne zabiegi, dbamy o ich edukację, zdobywamy wózki inwalidzkie, kupujemy pełnowartościowe posiłki oraz środki czystości, takie jak mydło czy wazelina.

    Jak sam podkreślasz, dzięki adopcji serca życie Twoich podopiecznych zmienia się o 180 stopni.

    Opowiem ci historię 11-letniej Sandrine. Dziewczynka od urodzenia cierpi na spastyczne porażenie kończyn, małogłowie i padaczkę. Gdy wykryto jej niepełnosprawność, została porzucona przez matkę. Dziewczynka samodzielnie nie siedziała, nie chodziła, wykonywała jedynie nieskoordynowane ruchy rękami i nogami. Komunikowała się z otoczeniem, wydając z siebie dziwne dźwięki. Babcia, w obawie przed sąsiadami, przez 5 lat ukrywała jej niepełnosprawność, nosząc ją na plecach przywiązaną i przykrytą materiałem. Z tego powodu Sandrine była dzieckiem nieufnym, wycofanym, lękliwym. W 2010 r. dziewczynka została włączona do programu adopcji serca. Została poddana konsultacji lekarzy, stałemu leczeniu w centrum psychiatrycznym i ćwiczeniom terapeutycznym. Dostała wózek inwalidzki. Została zaakceptowana przez najbliższe otoczenie. Jest pogodna, dużo się uśmiecha. Poszła do szkoły.

    Takich przykładów jest więcej...

    Znacznie więcej. Michele pełzał po podłodze swojego domu jak wąż. Nie opuszczał czterech ścian. Nie umiał czytać ani pisać. Dzisiaj, dzięki pomocy z Polski, ten chłopak samodzielnie chodzi. Kończy z wyróżnieniem kolejne klasy. Ba, jest najlepszym uczniem. Często powtarzam moim podopiecznym: „Bóg was kocha. Akceptuje was takimi, jacy jesteście. Chce dla was jak najlepiej. Więc jeśli wy także pragniecie zmienić swoje życie, On wam pomoże”. I pomaga.

    Profesjonalna pomoc zmienia sposób myślenia o niepełnosprawności?

    W ośrodku wyjaśniamy, że niepełnosprawni mają prawo do życia, nauki, godności. Rodzice tych dzieci poznają się nawzajem, dzielą się doświadczeniami, wspierają. A przede wszystkim przestają się wstydzić. Podobnie ludzie z wioski. Widząc, że dzieci wcześniej całkowicie sparaliżowane są w stanie o własnych siłach chodzić do szkoły, zmieniają do nich nastawienie.

    Rozmawiamy podczas ŚDM. Nieprzypadkowo zdecydowałeś się przylecieć do Polski właśnie w tym czasie.

    To było moje wielkie marzenie – stanąć ramię w ramię z innymi katolikami z całego świata, poczuć energię, świeżość, siłę Kościoła. Potrzebuję tego w swojej pracy. Dzięki pomocy finansowej Ruchu „Maitri” mogłem to pragnienie zrealizować. Po drodze do Krakowa, gdzie tylko mogłem, opowiadałem o trudnej sytuacji niepełnosprawnych dzieci w Rwandzie, o szansie, którą otrzymują dzięki Polakom. Chcę podziękować wszystkim ofiarodawcom, wolontariuszom, misjonarzom, a jednocześnie zachęcić innych do włączenia się w dzieło adopcji serca.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół