• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jezus w kufajce i koza zwana krystkiem

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 32/2016

    dodane 04.08.2016 00:00

    – A tu w sieć zaplątała mi się syrenka. Ładna, ale strasznie dużo je – mówi Jerzy Piątek do małej dziewczynki, która z tatą odwiedziła jego muzeum.

    Jedno z bardziej ruchliwych miejsc w Sopocie. Na plaży ustawione w rzędzie kutry rybackie. Kawałek dalej znajduje się kapliczka „O szczęśliwy powrót”, wzniesiona z okazji pobytu papieża Jana Pawła II w 1999 r. Gwar zdaje się nie docierać do mężczyzny usadowionego na stołeczku przed niewielkim pawilonem, który z kleszczką [szydłem rybackim – przyp. aut.] w ręku dziarsko reperuje sieć. Jerzy Piątek zaprasza do stworzonego przez siebie Mini-Muzeum Rybackiego. To pasjonat, który przez całe życie gromadził przedmioty związane z rybacką codziennością. Sam na morzu spędził ponad 40 lat.

    – Zbiór zapoczątkował już mój dziadek, nadal można tutaj znaleźć przedmioty, które on zgromadził – beczki na wodę z kliprów [typ żaglowca], szczebelek od rumowej beczki czy łeb ogromnego dorsza – pokazuje mężczyzna. Swoje muzeum nazywa skansenem. Całą ekspozycję zaaranżował sam. – Chciałem, aby przedmioty ułożone były w ciągu logicznym. Jedno ma wynikać z drugiego, wtedy łatwiej się o wszystkim mówi – wyjaśnia rybak. Bo pan Jerzy każdego, kto zawita w jego progi i chce wysłuchać opowieści o rybackim życiu, obdarowuje bardzo ciekawą historią. – Tutaj mamy różne silniki. Ten to tzw. dwutakt, był wyjątkowo złośliwy. Lubił do tyłu ciągnąć. Wielokrotnie widziałem rybaków wracających tyłem do przodu, bo silnik nie chciał zaskoczyć w dobrą stronę – śmieje się rybak.

    Zaraz przy wejściu na ścianie wisi zdjęcie ojca pana Jerzego. – Przez lata pracowaliśmy razem. Obaj chcieliśmy zachować jakieś materialne ślady po rybakach. Stąd wziął się pomysł, aby to, co udało się już uzbierać, zgromadzić w jednym miejscu. Tak w 2000 r. powstał ten skansen – wyjaśnia pan Jurek. Rybak pamięta, jak większość z prezentowanych przedmiotów była jeszcze w użyciu. – Sam grzałem ręce przy jednym z takich znajdujących się w kubryku [wspólne pomieszczenie mieszkalne załogi] piecyków. Zarobek wiązał się z szybką i wydajną pracą, a można było ją w ten sposób wykonać, tylko kiedy zdejmowało się rękawice. Więc aby zachować chwytność palców, grzał się człowiek przy takim maleństwie – wyjaśnia.

    Na ścianach i pod sufitem okazale prezentują się sieci. Mniejsze i większe, w najróżniejszych kolorach. – Dawniej to kobiety zajmowały się wykonywaniem sieci. Pewnie dlatego, że mają więcej cierpliwości i zdolności manualnych. Używały kleszczki, czyli takiej igły, która jest narzędziem najbardziej podstawowym, jeżeli chodzi o rybacką codzienność. Mam tu ich całą kolekcje – pokazuje pan Jurek.

    Do „pracy” przychodzi codziennie w godzinach popołudniowych. Odwiedziny w muzeum są bezpłatne, przy wyjściu stoi jedynie skarbonka świnka. – Ta moja historia oparta jest na dobrej woli innych ludzi. Zbieram na czynsz i ogrzewanie, bo o ile ja jeszcze w zimie tu wytrzymuję, to niektóre eksponaty już nie – mówi rybak. Jego goście zapisali już pięć pamiątkowych ksiąg. – Są tam wpisy w językach tak egzotycznych jak perski czy chiński – wyjaśnia. Z tymi, których języka nie zna, dogaduje się za pomocą gestów. – To jest uniwersalny język, który zna każdy, wystarczy tylko chcieć się porozumieć – mówi.

    Kolekcja liczy setki, a może nawet tysiące eksponatów. Niektóre to prawdziwe kolekcjonerskie perełki. – Taka rzutka bosmańska to już przeszłość. Używana jeszcze na początku XX w., teraz zastąpiona nowoczesnymi urządzeniami do miotania liny między jednostkami. Nie wiem, czy jeszcze ktoś potrafiłby wykonać takie łączenia na linach, jakie widać na tej rzutce – zastanawia się rybak. Wzrok przykuwają wiszące naprzeciwko wejścia szklane kule. – Tych oryginalnych zostało już bardzo niewiele. Rybacy używali ich do zapewnienia sieciom właściwiej wyporności – wyjaśnia pan Jurek. Z wielką precyzją, ale i humorem rybak opowiada o kolejnych przedmiotach. – To jest prawdziwe kuriozum techniczne, czyli skrzyżowanie roweru z fortepianem. Mamy tu pedał od roweru, nóżki od fortepianu, dzwonek wbity na zębatkę oraz ośkę z koła. Może i wygląda dziwnie, ale ten mechanizm to nic innego, jak maszyna powroźnicza, która siłami dwóch ludzi skręci każdą linę. Potrzeba matką wynalazku i – jak widać – polski rybak doskonale to rozumie i potrafi zrobić coś z niczego – mówi z dumą.

    W kolejnym muzealnym zakamarku znaleźć można... łyżwę. – Pochodzi z czasów mojego dziadka. Łyżwy przypinano do buta skórzanymi pasami i kiedy lód skuwał Bałtyk, wyruszano na łowy w przeręblach, bo panował głód – wyjaśnia pan Jurek. Stąd również spora kolekcja lodowych świdrów, siekierek i kilof. – Zima to był ciężki czas. Dziadek opowiadał mi, że kiedy nie udało się nic złowić, to ludzie łapali mewy, żeby mieć co jeść – wspomina rybak.

    Pan Jerzy nieoczekiwanie zatrzymuje się przy „kozie”. – Taki piecyk na kutrze rybackim to nie „koza”. Bo „koza” to „ona”, a w rybackim świecie „ona” to pech murowany. Dlatego na jednostce pływającej piecyk nosi imię „krystek” – śmieje się rybak. Pan Jerzy dogląda również pobliskiej kapliczki rybackiej. – Pewnej zimy, kiedy temperatura naprawdę mocno spadła, zastałem Jezusa ubranego w kufajkę. Ktoś najwyraźniej stwierdził, że skoro tak siedzi i wygląda tych rybaków, którzy z morza wracają, to marznie. Kurtka była nowa i bardzo dokładnie założona. Trochę czasu zajęło mi wyswobodzenie z niej Jezusa – opowiada rybak.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół