• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Idź i staraj się przeżyć

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 33/2016

    dodane 11.08.2016 00:00

    – Czy żałujemy? Absolutnie nie. Powstanie nas ukształtowało. Powstanie nas zahartowało. Powstanie wytyczyło drogę, po której idziemy do dziś – mówią. Wierzą, że ich przyjaciele, gdyby żyli, odpowiedzieliby podobnie.

    Jerzy Grzywacz, urodzony w Gdyni. Od 1942 r. harcerz Szarych Szeregów, pseudonim „Tapir”. Walczył w powstaniu warszawskim w wieku 15 lat: – Miałem wtedy takiego dobrego kolegę, mojego imiennika. Na nazwisko Margolin. Świetny chłopak, mądry i odważny. Pamiętam, że był lepiej zbudowany ode mnie. Wyższy. Poważniejszy. Parę dni przed 1 sierpnia przybiegł do mieszkania moich rodziców, by się pochwalić. Złapał mnie mocno za ramiona i wypalił: „Jerzy, przyjęli mnie do Zośki!”. „Jurek, jak to zrobiłeś, przecież masz tylko 16 lat?!” – spytałem. „Skłamałem, że już jestem pełnoletni. Dla dobra sprawy”. Boże, jak ja mu wówczas zazdrościłem! Tak bardzo chciałem być na jego miejscu. Jurek zginął kilkanaście dni później w ataku na Dworzec Gdański. Gdzie jest jego grób? Nikt nie wie... Krystyna Łubieńska, urodzona w Warszawie. Pomagała powstańcom jako sanitariuszka. Latem 1944 r. miała 12 lat: – Placyk na Żoliborzu. Strzały, latające samoloty, wybuchy, ludzie biegnący w popłochu. W środku tego wszystkiego kobieta. Nie rusza się. Nie ucieka. Nie ukrywa. Zwariowała? W jednej dłoni trzyma za włosy małą główkę i krzyczy: „Coście zrobili z moim dzieckiem?!”. Nietrudno było wtedy natknąć się na fragmenty rozerwanych ciał...

    Po raz pierwszy się bałem

    1 sierpnia żaden rozkaz do niego nie dotarł. Był zaskoczony, kiedy o 17.00 w jego dzielnicy zaczęła się strzelanina. Wtedy zorientował się, że wybuchło powstanie. – Byłem szczęśliwy. Przez 5 lat Niemcy poniżali nas, łapali na ulicy jak dzikie zwierzęta, zabijali. Czułem w sobie ogromną chęć odwetu. Podobnie, jak moi przyjaciele, chciałem jak najszybciej znaleźć się na pierwszej linii – wspomina pan Jerzy. Powiedział mamie, że musi odnaleźć dowództwo Powiśla. Nie chciała go puścić, wzięła „pod włos”. „Ojciec nie wrócił z pracy. Jesteś najstarszym mężczyzną w domu, musisz się mną opiekować”. Wygrała. Kiedy tata zapukał do drzwi, odetchnął. On, też wojskowy, więc rozumiał. Dał swój medalik i powiedział: „Idź i staraj się przeżyć”. – Nie bałem się. Śmierć była dla mnie pojęciem intelektualnym. Dopiero później, kiedy widziałem na własne oczy, jak umierają w konwulsjach moich koledzy, zmieniłem nastawienie. Zrozumiałem, że tym nastolatkiem z dziurą w głowie za chwilę mogę być ja – podkreśla. Zgłosił się do dowódcy Powiśla – kapitana Krybara. Był jego gońcem. Przez tydzień, pod ostrzałem, przedzierał się z rozkazami na barykady. Już po upadku Starego Miasta przy włazach odbierał oddziały, które uciekały kanałami. – Ten smród jest trudny do opisania. Byli brudni, cali w fekaliach i okropnie zmordowani. To byli młodzi ludzie, a nie mieli nawet siły wyjść na zewnątrz – opowiada. 5 września wszystkich – młody czy nie młody – uzbroili i wysłali na barykady. – Dostałem trzy granaty. Tylko jeden kolega miał karabin. Trochę mało. Wiedziałem, że w razie niemieckiego ataku wytrzymamy kilka minut. Wtedy zacząłem żegnać się z rodziną. Po raz pierwszy się bałem. Z żalem myślałem o tych wszystkich rzeczach, które mnie ominą – przyznaje. W pewnym momencie rozpoczął się nalot. Bomba trafiła w sąsiedni budynek. – W naszą stronę poleciały odłamki. Patrzę w lewo, kolega dostał. Patrzę w prawo, przyjaciel dostał. Ja stoję. Jeden mocno oberwał w udo i zaczął krwawić. Wył, tak go bolało. Po trudnej i długiej przeprawie dotarliśmy do szpitala. Wymogłem na lekarzu, by jak najszybciej zoperował „naszego”. Zgodził się. Odetchnąłem z ulgą. Następnego dnia dowiedziałem się, że Niemcy podpalili ten budynek miotaczami ognia. Wszyscy ranni przykuci do łóżek spalili się żywcem. Przez długie lata miałem nieracjonalnie wyrzuty sumienia, że to ja tego kolegę wysłałem na śmierć – mówi. Nad ranem następnego dnia wsparła ich dobrze uzbrojona drużyna. – Byłem nieprzytomny ze zmęczenia. Postanowiłem wrócić do domu na chwilę się przespać. Tak, jak stałem, w mundurze z opaską, rzuciłem się na łóżko...

    Zamykałam oczy tym chłopcom

    Kiedy w mieście rozległ się dźwięk syren, mama wzięła ją za rękę i zaprowadziła do punktu sanitarnego nr 1 na Żoliborzu. Nie miało znaczenia, że córka ma 12 lat. – Zostałam wychowana w religijnym i patriotycznym domu. Mój ojciec zginął w Katyniu. Mama była silną kobietą. Od początku okupacji zaangażowała się w pomoc podziemiu. W naszym mieszkaniu ukrywał się m.in. oficer AK Henryk Żuk ps. „Onufry”. Dla mamy, a przez to także dla mnie, było oczywistością, że muszę pomagać powstańcom – opowiada pani Krystyna. Szkolenie przeszła u doktora Mazurka. Po kilku godzinach umiała już robić zastrzyki, zszywać rany, zakładać opatrunki. Po jakimś czasie dostała do ręki dywanik. „Na nim, Krysiu, będziesz transportowała rannych” – usłyszała. – Wybiegałam z tym dywanikiem na ulice. Dookoła latały kule, a nad głową samoloty, ale nie bałam się. Kiedy widziałam rannego, podkładałam pod jego ciało materiał i w ten sposób powoli przesuwałam do punktu sanitarnego. Czasem kilkadziesiąt metrów. Do dzisiaj nie wiem, skąd ja, 12-letnia drobna dziewczynka, znajdowałam na to siłę – wspomina. Rany były najczęściej odłamkowe. Ludzie z oderwanymi nogami i rękami. Zakrwawieni. Jęczący z bólu albo nieprzytomni. Cywile i powstańcy. Ci ostatni bardzo młodzi. Niektórzy – chłopcy od przenoszenia meldunków – nie mieli więcej niż 8 lat. – Ciągnęłam ich i mówiłam: „Zobaczysz, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze”. Uspokajali się i umierali na moich rękach. Zamykałam oczy tym chłopcom i wcale nie myślałam, że przecież to ja za chwilę mogę wyglądać podobnie. Działałam jak w amoku. Jest zadanie. Wykonać. Następne. Wykonać...

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół