• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • O świcie do Maryi

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 49/2016

    dodane 01.12.2016 00:00

    – Mama nigdy nie musiała mnie namawiać, żebym poszła na Roraty. Cieszyłam się, że będę mogła wziąć ze sobą lampion, w którego robienie włączała się cała rodzina, i po prostu szłam – wspomina Natalia, analityk w jednej z trójmiejskich korporacji.

    Natalia właśnie spodziewa się pierwszego dzie- cka. – To będzie dziewczynka – mówi z uśmiechem. Ma nadzieję, że jej mała pociecha Adwent będzie wspominała równie dobrze jak ona sama. – Siostra na lekcjach religii zawsze przypominała nam, że zbliża się Adwent. Tłumaczyła, że jest to czas oczekiwania na powtórne przyjście Jezusa Chrystusa. Mnie jednak bardziej interesowały Roraty, bo to przecież Msza św., na której „rządziły” dzieciaki. Przynajmniej tak nam się wydawało, bo w trakcie homilii ksiądz schodził z ambony i stawał między nami – na tyle, na ile pozwalał kabel od mikrofonu – uśmiecha się kobieta. Natalii nikt nie musiał specjalnie namawiać, żeby jeszcze przed szkołą poszła do kościoła. – Dla mnie to była ogromna frajda, a największa z tego, że mogłam iść z zapalonym lampionem – podkreśla.

    To było coś

    Katechetka co roku zadawała Natalii i jej rówieśnikom taką samą pracę domową: „Samodzielnie wykonać lampion”. – Co to były za emocje! Mama zawsze była przygotowana, a jej talent w robieniu czegoś z niczego podziwiam do dziś. Moje lampiony zawsze były kolorowe – jedna ścianka fioletowa, druga różowa, pozostałe też jakieś pstrokate – śmieje się. Szkielet lampionu wykonany z brystolu mogła pomalować sama. – Najlepsze i tak zostawało na koniec. Tata robił oświetlenie z dużej baterii, jakiegoś pstryczka i żarówki, takiej jak dawniej wkręcało się w łańcuch choinkowy. Dzięki temu, że lampion zasilany był przez baterie, mogłam spokojnie iść z zapalonym do kościoła – mówi z dumą. Dobrze wspomina te roratnie spotkania o świcie. – Kościół pełen dzieciaków, zupełna ciemność i tylko kilkadziesiąt światełek. To było coś – mówi. Przyszła mama nie ukrywa, że w liceum Roraty straciły dla niej swoją „moc”. – Jestem tym rocznikiem, który pamięta jeszcze ośmioklasową podstawówkę. Zmiana szkoły, nowi koledzy, ogrom nauki i tak jakoś wyszło, że zapomniałam o Roratach. To, co cieszyło, kiedy byłam dzieckiem, zaczęło mnie drażnić. Bo jak ksiądz może mówić do mnie jak do jakiegoś piątoklasisty, skoro jestem już taka „dorosła”? – opowiada. Potem był wyjazd na studia i zupełne odejście od roratniej tradycji. – Nie jest tak, że „zerwałam” z Bogiem. Staram się modlić i chodzę do kościoła, ale nie mogę znaleźć czasu ani mobilizacji, żeby zrobić trochę więcej.

    O co w tym chodzi?

    Ostatnio kobieta zastanawiała się, dlaczego święta Bożego Narodzenia nie cieszą jej jak dawniej. – Odkąd jestem w ciąży, zaczyna docierać do mnie odpowiedź. Nie cieszą mnie, bo się do nich odpowiednio nie przygotowuję. Nie chodzi o czyste szyby czy piękną choinkę, ale o pokój w sercu. Tak jak świadomie czekam na narodziny Marcyśki, tak powinnam czekać na powtórne narodziny Jezusa – podkreśla. Dodaje, że postara się przekazać dziecku te wartości, które wyniosła z domu, i będzie chodziła z małą na Roraty. – Msza roratnia nie jest zarezerwowana wyłącznie dla dzieci. Jesteśmy zaproszeni na nią wszyscy, w każdym wieku, tylko chyba o tym czasami zapominamy – mówi ks. Radosław Belling z parafii św. Andrzeja Boboli w Gdyni. – Kościół w czasie Adwentu wychodzi z propozycją czuwania o poranku w czasie Mszy św. Zwraca to uwagę, że wszystkie ważne wydarzenia w życiu człowieka wierzącego zawsze powinny zostać poprzedzone przygotowaniem modlitewnym oraz postem – dodaje. Duszpasterz podkreśla, że w dzisiejszym świecie Roraty mają bardzo dużą konkurencję. – Zabawki, gadżety, tablety, komórki… Dlatego aby zachęcić dziecko, które ma „wszystko”, trzeba się trochę postarać. Nie jest to jednak niemożliwe – wyjaśnia ks. R. Belling. Najlepiej działa przykład rodziców. – Jeśli rodzic, zwłaszcza ojciec, którego wiara jest dla dziecka bardzo ważna, pokaże, że takie poranne czuwanie jest dla niego czymś istotnym, wówczas dziecko utrwali sobie obraz, że Bóg musi być Kimś najważniejszym, skoro nawet tata przed Nim klęka i do Niego idzie – podkreśla kapłan.

    Najcenniejsze

    Ewa i Piotr mają dwójkę dzieci: Michasię i Piotrka. Mieszkają za miastem. Do kościoła filialnego mają kilkanaście kilometrów. – Msze roratnie u nas odbywają się wieczorami, dlatego po pracy ładujemy dzieciaki do samochodu i jedziemy – mówi Ewa. W ich domu nie mam mowy o przygotowaniu do Bożego Narodzenia bez Rorat. – Wspólnie wykonujemy lampion, czasami dzieciaki pytają o Maryję i Jezusa, chociaż widzę, że z roku na rok coraz więcej pamiętają i nie muszę w kółko mówić o tym samym, mogę rozwinąć historię – dodaje kobieta. Ks. Belling podkreśla, że takie rodzinne przygotowania to kapitalny pomysł. – To świetnie, że rodzina się spotka – zatrzymają się w swoim zabieganiu, wykonają lampion, bo własna praca jest najcenniejsza. Porozmawiają o tym, czym są Roraty, a potem wszyscy pójdą do kościoła – zaznacza.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół