• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Więzy krwi

    Agnieszka Lesiecka

    |

    Gość Gdański 51/2016

    dodane 15.12.2016 00:00

    – Oddaję krew z potrzeby serca. Mam taką ambicję, żeby pomagać ludziom, dając im cząstkę siebie – mówi Włodzimierz Wysiecki, pracujący od 40 lat w Stoczni „Nauta”.

    Choć na co dzień ciężko pracują w stoczni, przez ostatnich 50 lat uratowali niejedno ludzkie życie. – Od początku istnienia klubu jego członkowie oddali honorowo 2 tys. litrów krwi – mówi Jarosław Kowal, prezes Klubu Honorowych Dawców Krwi przy Stoczni Remontowej „Nauta” SA w Gdyni.

    Co człowiek, to historia

    – To był 1998 rok. Miałem 18 lat, kończyłem szkołę zawodową. Na zajęcia przyszedł do nas ówczesny prezes Stoczni „Nauta” i namawiał nas do oddawania krwi – opowiada Robert Laskowski, pracujący jako technolog w spółce „Nauta-Hull”. – Postanowiłem pójść. To rodzinna tradycja. Mój tata i wujek także oddawali wtedy krew – tłumaczy. W ciągu 18 lat pan Robert, obecnie wiceprezes klubu HDK przy Stoczni „Nauta”, oddał w sumie 22,5 litra krwi. Jest posiadaczem złotej odznaki „Zasłużony Honorowy Dawca Krwi”. – Moja przygoda z krwiodawstwem zaczęła się w 1974 r. w Ustce. Odbywałem wtedy 3-letnią zasadniczą służbę wojskową – opowiada Jarosław Kowal, prezes klubu. – Za oddanie krwi można było dostać dzień urlopu i wtedy to było dla mnie najważniejsze – mówi. Z biegiem czasu to jednak chęć pomagania innym stała się głównym powodem regularnego oddawania krwi przez pana Jarka. Włodzimierz Wysiecki, kierownik Działu Konstrukcyjnego, opowiada, że pierwszy raz oddał krew właśnie wówczas, gdy rozpoczął pracę w Stoczni „Nauta”. – Pewnego dnia, w czasach realnego socjalizmu, z kolegą z biura, który lubił wszystkim pomagać, trafiliśmy na akcję krwiodawstwa i postanowiliśmy się przyłączyć – mówi. – Pamiętam, że dostałem za to bułkę z szynką i kawę – uśmiecha się. Później pan Włodzimierz miał długą przerwę, a regularne oddawanie krwi rozpoczął po śmierci papieża Jana Pawła II w 2005 roku. – Usłyszałem wtedy apel z prośbą o oddawanie krwi i przypomniało mi się, że kiedyś już to robiłem. Odnalazłem nawet moją legitymację – opowiada. Od tamtego momentu W. Wysiecki regularnie oddaje krew. Nie przeszkadza mu w tym nawet nadciśnienie. Niestety, może to robić jeszcze tylko przez pół roku, bowiem w czerwcu kończy 65. rok życia. – Dopiero dzisiaj, gdy człowiek dojrzał, to zrozumiał, że można było wcześniej zacząć to pomaganie innym. Cieszę się, że miałem zdrowie, by świętować 50-lecie klubu razem z pozostałymi honorowymi krwiodawcami i wolontariuszami – dodaje.

    W stylu epoki

    Klub Honorowych Dawców Krwi przy Stoczni „Nauta” został założony 16 lutego 1966 roku przez pracującą w służbie zdrowia Marię Narkiewicz. – W latach 70., na prośbę pani Marii, przyjeżdżał do nas ambulans. W stoczni była wówczas sala zakładowego ośrodka ideowo-kulturalnego, w której rozkładaliśmy leżanki i na nich właśnie pobierana była krew. Wtedy ta sala była pełna ludzi – opowiada W. Wysiecki. – W tamtych czasach w Stoczni „Nauta” były tworzone nawet drużyny wydziałowe, składające się z ok. 150 pracowników, które między sobą rywalizowały o to, kto odda więcej krwi. To powodowało, że idea krwiodawstwa sama się nakręcała – dodaje J. Kowal. – Brygadziści oddolnie narzucali, żeby pracownicy oddawali krew, by wypaść lepiej od konkurującego wydziału – śmieje się. Zapytany o stosunek liczebności krwiodawców do ogółu osób pracujących w stoczni prezes mówi: – Teraz zakład jest pomniejszony, więc tych stałych pracowników jest mniej, ale proporcja do lat ubiegłych jest zachowana.

    Krwawa pięćdziesiątka

    Obecnie w klubie zrzeszonych jest 29 członków. Pozostali to sympatycy, wolontariusze i niezrzeszeni honorowi krwiodawcy, którzy zgłaszają się na zakładowe akcje oddania krwi. – Jest ich około 50 osób – mówi J. Kowal. Prezes podkreśla, że dzięki dobremu propagowaniu krwiodawstwa w zakładzie i aktywnym informowaniu załogi o tej problematyce ilość przekazanej krwi do Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Gdańsku wzrosła w ostatnim roku ponad dwukrotnie. – W styczniu 2016 roku założyliśmy, że uzbieramy w ciągu mijającego roku 50 litrów krwi na 50-lecie. W tym momencie mamy 42 litry. Może do końca grudnia uda nam się osiągnąć zakładany rezultat – dodaje R. Laskowski.

    Z wizytą u wujka

    – Gdy miałem 10 lat, moja mama ciężko zachorowała – opowiada prawie 50-letni Michał Piotrowski. – Zanim można było dokonać operacji, z powodu głębokiej anemii musiała przyjąć ponad 3 litry krwi. Później, kiedy wróciła do zdrowia, koleżanki śmiały się, że przed transfuzją jej serce pracowało „na pusto” – wspomina. – Gdy po operacji poczuła się trochę lepiej, postanowiła odnaleźć ludzi, którzy, oddając krew, uratowali jej życie. Naprawdę nie mam pojęcia, jak ona to zrobiła, ale pamiętam, jak razem z rodzicami odwiedzaliśmy kilku „wujków”. Niewiele z tego wówczas rozumiałem. Mama szła do nich z kwiatami, dziękowała, chwaliła się mną. A mnie wyjaśniała, że to nasi krewniacy, i że to tak naprawdę oni uratowali jej życie – mówi pan Michał, wyraźnie wzruszony. – Do dzisiaj mam w sercu głęboką wdzięczność dla tych ludzi. Wiem, że gdyby nie ich decyzja o oddawaniu krwi nieznanemu człowiekowi, mama by wtedy umarła. To oni sprawili, że mogłem mieć szczęśliwe dzieciństwo, a najważniejsza osoba w moim życiu mogła cieszyć się życiem do późnej starości – podkreśla.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół