• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Kresowy brak złudzeń

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 04/2017

    dodane 26.01.2017 00:00

    Płacząc, żegnali się z przyjaciółmi i sąsiadami, których mieli już nigdy więcej nie zobaczyć. W pośpiechu pakowali cały dobytek...

    Bieliznę, pościel, trochę jedzenia... Niektórzy zabierali nawet hodowane przez siebie kury. Dzieci wyciągały ręce po ulubione zabawki, jednak na nie brakowało już miejsca. A potem były bydlęce wagony i wielodniowa podróż w nieznane. Transporty zza Buga przybywały do Gdańska już od kwietnia 1945 r., jeszcze przed zakończeniem wojny. – W ciągu 7 miesięcy miasto zasiedliło ponad 23 tys. Polaków z byłych Kresów II RP, co na ogólną liczbę mieszkańców stanowiło 30 proc. nowej gdańskiej społeczności. Wielu z nich na trwałe zapisało się w historii miasta, współtworząc jego obecną tożsamość – podkreśla dr Janusz Dargacz z Muzeum Historycznego Miasta Gdańska.

    Trupy i kartoflanka

    Lwowianin Franciszek Otto do Gdańska przybył bardzo wcześnie – już 5 kwietnia 1945 roku. „Z wysoczyzny zobaczyliśmy w pewnym momencie panoramę miasta. Był to smutny widok. Okaleczone wieże kościołów, ratusza i po lewej stronie wysoki, wielki dźwig z wysuniętym ramieniem w kierunku tych wież. Wyglądał jak postać, która patrzy i żałuje tych okaleczonych budynków” – wspominał. Pierwsze kroki skierował do zniszczonego gmachu Politechniki Gdańskiej – uczelni, z którą będzie związany jako naukowiec przez kolejnych kilkadziesiąt lat. W gmachu zastał resztki ogromnego szpitala, w jaki została przekształcona politechnika. Sale i laboratoria pełne były zakrwawionych bandaży. Na łóżkach leżały setki zwęglonych zwłok, a z okien zwisały prześcieradła, po których próbowali uciekać z płonącego budynku chorzy. Maria Aldona Kozłowska opuściła podwileńskie Ponary, mając 20 lat. Razem z mamą i tatą dotarli do Gdańska w sierpniu 1945 roku. Przez 3 tygodnie nocowali w wagonach stojących na stacji kolejowej, a na gorącą zupę chodzili kilka kilometrów do baraków Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Dzisiaj w tym miejscu stoi opera. Potem tata pani Marii zaczął szukać dachu nad głową. – Trafiliśmy na cały wolny dom w gdańskiej Oliwie. Jednak tatuś nie zdecydował się go zająć. „Bolszewicy i tak nam go odbiorą, a jeszcze do więzienia pójdziemy. Musimy wziąć coś skromniejszego” – powiedział. Zamieszkali na strychu. – Przez pierwsze pół roku było bardzo ciężko. Rodzice nie mieli pracy, a my niemal głodowaliśmy. Codziennie tylko kartoflanka i kartoflanka. Na szczęście tata dostał etat w Urzędzie Skarbowym – opowiada pani Maria. Od tego momentu zaczęło się poprawiać. Pani Maria we wrześniu poszła do szkoły – V LO. Pamięta, że chłopcy przychodzili na zajęcia prosto z lasu, w partyzanckich strojach.

    Odbudowa i „S”

    – To niesamowite, że pomimo przygnębiającego widoku zniszczonego miasta, problemów mieszkalnych, fatalnych warunków sanitarnych, powszechnego głodu, repatrianci z ogromnym entuzjazmem przystąpili do budowy nowego Gdańska – podkreśla J. Dargacz. Wśród przesiedlonych Kresowian wiele było postaci wybitnych – naukowców, artystów, architektów, inżynierów, lekarzy, pedagogów. Część z nich miała w życiorysie niepodległościową kartę – brali udział w wojnie polsko-bolszewickiej, kampanii wrześniowej, byli żołnierzami AK. W warunkach 1945 r. postanowili przysłużyć się Polsce i Gdańskowi swoimi umiejętnościami i intelektem. Postawili na pozytywistyczną pracę u podstaw i wychowanie kolejnych Polaków w duchu wyniesionego z Kresów głębokiego patriotyzmu. Tworzyli niemal od zera gdańskie uczelnie wyższe, instytucje kultury, mozolnie rekonstruowali niemal do cna zniszczone zabytkowe Główne Miasto. Jednocześnie Kresowianie nie mieli złudzeń, czym jest komunizm. Pamiętali dwie sowieckie okupacje. Wiedzieli, czym są nocne aresztowania, wywózki, strzały w tył głowy. Zdaniem historyka i publicysty Piotra Semki, to właśnie „kresowy brak złudzeń” przełożył się na antykomunistyczne i opozycyjne postawy, które doprowadziły m.in. do wybuchu „Solidarności”. – Na przykład dla ludzi Ruchu Młodej Polski bohaterem był ks. Józef Zator-Przytocki, proboszcz kościoła „Na Czarnej” we Wrzeszczu, związany ze Lwowem kapelan i podpułkownik AK. Tadeusz Szczudłowski, czołowa postać pomorskiej opozycji, także wywodził się ze Lwowa. Takie przykłady można mnożyć. Uważam więc, że to właśnie kresowe korzenie, a nie na siłę przywoływane tradycje Hanzy uczyniły z Gdańska miasto wolności. Miasto, które w końcu z powodzeniem rzuciło wyzwanie komunizmowi – mówi.

    bez kutii na stole

    Wielu repatriantów nie rozmawiało o swoim kresowym pochodzeniu przez dziesiątki lat. W okresie PRL było to po prostu niebezpieczne. – Tata pochodził z Mostów Wielkich pod Lwowem. Jednak u nas w domu ani historia, ani tradycja kresowa właściwie nie istniała. Na wigilijny stół nikt kutii nie stawiał – przyznaje dr Jerzy Nowak, syn wybitnego badacza literatury pomorskiej prof. Zbigniewa Nowaka. – Tata naukowo poświęcił się Pomorzu i nas zarażał miłością do tego regionu. Miałem wrażenie, jakbyśmy byli od pokoleń stąd. Być może brak rozmów o Kresach wiązał się z silną traumą ojca, który trafił na Sybir i zwyczajnie zdawał sobie sprawę, na co stać komunistów. Z doświadczeń życiowych taty wynikała jego niesłabnąca niechęć do tzw. władzy ludowej – dodaje. Kresowianie nie zapomnieli o korzeniach. Wszystko zmieniło się po transformacji ustrojowej. – Od 1989 r. poczynając, ojciec odbył kilkanaście wypraw w rodzinne strony. Zaczął opowiadać o dzieciństwie. Odkrywał przed swoimi dziećmi i wnukami historię Mostów Wielkich. Nagle okazało się, że Kresy to niesłychanie ważna część historii naszej rodziny... Więcej o losach gdańskich Kresowian można dowiedzieć się, odwiedzając najnowszą wystawę „Na Gdańsk zdecydowałem się od razu” w Domu Uphagena.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół