• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Małpa, dzik i wielka historia

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 04/2017

    dodane 26.01.2017 00:00

    Trafił do Gdańska jako łup piratów. Potem walczyli o niego Medyceusze, papież Sykstus IV, car Rosji Piotr Wielki i Napoleon Bonaparte. – To najcenniejsze dzieło sztuki dawnej pozostające w polskich zbiorach – podkreśla prof. Marcin Kaleciński.

    To nie były spokojne czasy. Od dwóch lat Gdańsk, jako członek Hanzy, walczył przeciwko potężnej Anglii. Paul Beneke, najsławniejszy gdański szyper, kaper i pirat, grał w tej wojnie pierwsze skrzypce. Jako dowódca trójmasztowej karaki „Piotr z Gdańska” dokonał wielu spektakularnych akcji na morzu, m.in. pojmał ówczesnego burmistrza Londynu oraz zdobył wielki okręt wojenny „John from Newcastle”. Kiedy 27 kwietnia 1473 r. postanowił przypuścić atak na galaidę „San Matteo”, płynącą pod neutralną banderą Burgundii, nie przypuszczał, że właśnie otworzył sobie drzwi do europejskiej sławy i wielkiego bogactwa... „San Matteo” to nie była łatwa zdobycz. Burgundzki statek był większy od gdańskiego okrętu, lepiej uzbrojony i miał liczniejszą załogę. Dlaczego więc Paul Beneke zdecydował się przypuścić atak? – Mówiąc pirackim językiem, szyper dostał cynk, że statek przewozi cenny ładunek. Chodziło o ałun – minerał powszechnie wykorzystywany w średniowiecznej chemii m.in. do utrwalania barwników. Nie miał jednak pojęcia, że ładownia skrywa także inne, niezwykłe skarby – opowiada Aleksander Masłowski, przewodnik i znawca historii Gdańska.

    Pikanterii dodawał fakt, że ałun należał do... papieża Sykstusa IV. Kiedy usłyszeli o tym marynarze i żołnierze Benekego, wpadli w panikę i chcieli uciekać. Widząc strach w oczach swojej załogi, kapitan postanowił zagrzać ją do boju płomienną przemową: „Galaida jest wielka i dziwaczne to bydlę (...). Tam jest tęgi łup do wzięcia, aleć nas nieco pracy będzie on kosztował (...). Tu mężne serca i twarde pięści w cenie”. Pokrzepieni słowami dowódcy marynarze odnieśli spektakularne zwycięstwo. Taka wersja powtarzana jest w kolejnych opracowaniach na ten temat. Tymczasem takiej przemowy nigdy nie było. – To najprawdopodobniej fałszerstwo dokonane w XIX wieku. Załoga „Piotra z Gdańska”, licząca ok. 400 osób, była zaprawiona w bojach, doświadczona i zdeterminowana. Nie było tam miejsca na strach i wątpliwości. Kapitan był pierwszy po Bogu. Padł rozkaz, więc trzeba było go wykonać – podkreśla A. Masłowski. Nie ulega jednak wątpliwości, że „San Matteo” został zdobyty. W walce poległo kilkunastu marynarzy, a prawie 100 zostało rannych. Na burgundzkim statku gdańscy piraci znaleźli wielką, jak na ówczesne czasy, fortunę – kosztowności o wartości 48 tys. guldenów, cenne tkaniny, płótna, skóry, futra, a także wiele rzeczy, które miały trafić na dwór papieża jako wyposażenie jego komnat. Właścicielem większości towarów był Tommaso Portinari, florencki bankier współpracujący ze znamienitym rodem Medyceuszy. Korsarze natknęli się także na tryptyk przedstawiający sąd ostateczny. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że ich łupem padło wybitne i niezwykle cenne dzieło... Podziału łupów dokonano pomiędzy Benekego, trzech gdańskich patrycjuszy – współwłaścicieli karaki – oraz członków załogi. Znaleziony na statku tryptyk został przekazany do głównej świątyni miasta – kościoła Najświętszej Maryi Panny. – Zwrotu zagrabionego mienia zażądał bankier Portinari, legat papieski, a w końcu sam papież Sykstus IV, który 24 czerwca 1477 r. wystosował do Rady Miasta Gdańska papieską bullę. W dokumencie tym, którego odpis przechowywany jest do dziś w zbiorach Archiwum Państwowego w Gdańsku, padają nazwiska poszkodowanych Florentczyków, w tym Lorenza i Giuliana Medyceuszy – mówi prof. Marcin Kaleciński, historyk sztuki, wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego. – Sykstus IV straszył też gdańszczan ekskomuniką i rzuceniem klątwy. Jednak te groźby, kilkadziesiąt lat przed reformacją, nie robiły już większego wrażenia i zrabowane skarby, w tym także „Sąd Ostateczny”, zostały w mieście – dodaje A. Masłowski. A pirat Beneke dzięki swojej brawurowej akcji zdobył międzynarodowe uznanie i bogactwo. – Stał się najsławniejszym szyprem i korsarzem tamtych czasów, inspiracją dla kolejnych pokoleń żeglarzy. Jestem przekonany, że 22-letni wówczas Krzysztof Kolumb musiał o nim słyszeć – zaznacza A. Masłowski. Ołtarz z przedstawieniem sądu ostatecznego od początku wzbudzał podziw i uznanie gdańszczan, którzy traktowali go jak prawdziwy skarb. Zresztą nie tylko oni. O obraz walczyli cesarz Rudolf II, car Piotr Wielki i Napoleon. Pod koniec II wojny światowej, z obawy przed zbliżającym się frontem wschodnim, tryptyk został wywieziony przez Niemców w głąb III Rzeszy i wpadł w ręce Armii Czerwonej. Dopiero w 1956 r. powrócił do Gdańska Autorem obrazu, którego pożądali na przestrzeni wieków najwięksi ludzie Europy, jest Hans Memling. Ten wybitny przedstawiciel wczesnego odrodzenia był rzemieślnikiem, członkiem cechu w Brugii, gdzie prowadził pracownię. Jego przepustką do pierwszej ligi europejskich twórców i potwierdzeniem wysokiej jakości malarstwa u Włochów był właśnie „Sąd Ostateczny”. Obraz został wykonany na zamówienie florenckiego bankiera Angela Taniego i był przeznaczony do kościoła w miejscowości Fiesole pod Florencją. Na czym polega wyjątkowość dzieła? – Bogaty w intrygujące teologicznie motywy obraz końca dziejów i sądu nad ludzkością, pełen grozy i nadziei, należy do tych tekstów kultury, które przez afirmację mitu ocalenia oswajają i koją lęk przed unicestwieniem i skończonością – mówi prof. Kaleciński. Wyróżnikiem jest Memlingowska wizja piekła, która nie ma sobie równych, jeśli chodzi o ekspresję i różnorodność rozwiązań. – Memling jest największym wizjonerem piekła w średniowieczu, wybitnym kreatorem diabolicznych hybryd i badaczem stanów przerażenia – podkreśla naukowiec. Demony przedstawione przez mistrza z Brugii trzymają w rękach rozmaite narzędzia tortur i za ich pomocą spychają grzeszników w piekielną otchłań. Dodatkowo wyposażone są w szpony, zakrzywione dzioby i błoniaste, owadzie skrzydła. – W średniowieczu zwierzęta postrzegano inaczej niż dzisiaj. Wiązano je z siłami dobra lub zła. Świat przyrody miał być przykładem postępowania dla wzorowego chrześcijanina – tłumaczy prof. Kaleciński. Diabeł przypominający ćmę to wyobrażenie grzechu nieczystości. Demon o pysku dzika unoszący związaną powrozem parę symbolizuje grzech cudzołóstwa. Niedźwiedź obrazuje łakomstwo. Małpa w średniowieczu była postrzegana jako ziemskie wcielenie szatana, bo w sposób karykaturalny i złośliwy potrafiła naśladować Boga i wszelkie sacrum. Tryptyk skrywa też niezwykłe tajemnice, które – dzięki badaniom historyków sztuki – udało się po wielu latach rozwiązać. Okazało się, że jedna z postaci, ukazana na szali jako zbawiony, to Tommaso Portinari... główny wróg fundatora obrazu. Dlaczego więc został przedstawiony jako postać idąca do nieba? – Angelo Tani do 1465 r. kierował brugijską filią Banku Medyceuszy. Jego wielkim rywalem był właśnie Portinari, który – stosując brudne sztuczki, m.in. oszczerstwa i donosy – zajął miejsce Taniego. Niektórzy badacze sądzą, że Portinari kupił obraz od swojego biznesowego wroga lub przejął go w nieuczciwy sposób. Inne teorie mówią, że częściowo za niego zapłacił, gdy trudna sytuacja uniemożliwiła Taniemu wykupienie ołtarza – wyjaśnia prof. Kaleciński. – Mimo burzliwej, pełnej dramatyzmu historii obrazu oraz jego wybitnych walorów artystycznych, zarówno Polacy, jak i Europejczycy nie mają powszechnej świadomości, że tej rangi arcydzieło znajduje się w naszym mieście – ubolewa prof. Kaleciński. By to zmienić, Muzeum Narodowe w Gdańsku zainicjowało projekt „Jeden ze stu”, promujący „Sąd Ostateczny” w kraju i za granicą. Więcej informacji o planowanych wydarzeniach na: gdańsk.gosc.pl.•

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół