• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Ufam Jezusowi, wy też zaufajcie

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 13/2017

    dodane 30.03.2017 00:00

    Nazywa się Marek Walas. Ma 64 lata. Zamiast spokojnej emerytury przed telewizorem w ciepłych kapciach, wybrał sportowe buty, ból i zmęczenie. Z Gdańska wyruszył pieszo do Santiago de Compostela. Po co? By potrząsnąć duchowo Zachodnią Europą.

    Wszystko zaczęło się w 2011 roku. Za dwa lata miał zakończyć swoją zawodową karierę. Postanowił podziękować Bogu i Matce Bożej za wszystkie przepracowane lata, dobre relacje ze współpracownikami i stabilizację materialną. – Nie wiedziałem tylko, w jakiej formie. Koleżanka zaproponowała: „Może pielgrzymka na Jasną Górę?”. „Czemu nie?” – pomyślałem i postanowiłem spróbować. Wtedy nie miałem pojęcia, że ta spontanicznie podjęta decyzja całkowicie odmieni moje życie – wspomina. Jak sam przyznaje, wcześniej był tzw. niedzielnym katolikiem. – Chrzest, Pierwsza Komunia św., bierzmowanie, małżeństwo. Wszystko w życiu niby poukładane, ale głębokiej wiary we mnie nie było. Co tydzień trzeba było „zaliczyć kościół”, a potem „fajrant” – opowiada. Na pielgrzymce przeżył duchową przemianę. Po powrocie z Częstochowy zaczął chodzić na spotkania formacyjne, analizował Pismo Święte, a w końcu przystąpił do Żywego Różańca. Na Jasną Górę wszedł jeszcze pięciokrotnie. W końcu zdecydował się zrobić... krok dalej.

    Potrzebne jest świadectwo

    W 2013 r. pojechał do Santiago de Compostela. Jadąc samochodem, mijał pielgrzymów. Będąc już w katedrze, uklęknął przed Portalem Chwały i zapytał: „Jezu, czy dane mi będzie tak, jak tym pątnikom – zmęczonym, brudnym, spoconym, a jednak z wielkim szczęściem wypisanym na twarzy – przybyć do Ciebie?”. Minęły trzy lata. Wtedy poszedł na spotkanie ze znanym podróżnikiem i polarnikiem Markiem Kamińskim, który w 2015 r. pokonał trasę z Kaliningradu właśnie do Santiago. – W czasie dyskusji pan Kamiński stwierdził, że to była najtrudniejsza podróż w jego życiu. Dlaczego? Ponieważ po drodze, przemierzając Niemcy, Francję czy Belgię, doświadczył duchowej pustki, zamkniętych kościołów i ludzi zupełnie niezainteresowanych, kim jest, dokąd i po co idzie. Pomyślałem: „Europie potrzebne jest świadectwo. Nie tylko Marka Kamińskiego, ale też innych Polaków” – podkreśla. Po ogłoszeniu Chrystusa Królem Polski i w 100. rocznicę objawień fatimskich postanowił pójść z przesłaniem o Bożym miłosierdziu do tych, którzy być może zapomnieli o Jezusie, swojej tożsamości, korzeniach. – Nie, nie chodzi o zwykłe dotarcie na miejsce czy o pokaz fizycznych umiejętności, ale manifestację tego, kim się jest, w co się wierzy, Komu powierza się swoje życie. Będę szczęśliwy, jeśli choć jedna osoba, którą spotkam na swojej pielgrzymiej drodze, otrzyma łaskę wiary. Chcę być narzędziem w rękach Boga – wyjaśnia. Do grobu św. Jakuba postanowił zanieść także swoje osobiste intencje. – Idę dla mojej żony, która od kilku lat bardzo poważnie choruje. Obecnie przebywa w szpitalu. Długo rozmawialiśmy. Pytałem: „Czy nie powinienem być przy tobie?”. Usłyszałem od niej: „Może twoja modlitwa okaże się najskuteczniejszym lekarstwem. A ciebie w opiece zastąpią na ten czas nasi synowie”.

    Kartki w plecaku

    Wytyczył trasę – 3729 km przez 5 państw: Polskę, Niemcy, Belgię, Francję i Hiszpanię. Dużo. Znaczniej więcej niż z Gdańska do Częstochowy. Potrzebny był regularny trening – duchowy i fizyczny. Dwa razy w tygodniu pokonywał marszem trasę z gdańskiego Chełmu do Gdyni-Orłowa przez Brzeźno. Codziennie modlił się też do Matki Bożej. – Intencje, jakie wzbudzałem, dotyczyły zgody na moje pielgrzymowanie oraz opieki na trasie. Podjąłem się także spowiedzi generalnej z całego mojego życia i poprosiłem kapłana o kierownictwo duchowe przed wyruszeniem – mówi. Byli tacy, którzy próbowali odwieść go od postanowienia: „Marek, po co ci to na starość? Kilka miesięcy poza domem. Nie wiadomo, co tam cię może po drodze spotkać. Nam by się nie chciało”. On jednak nie słuchał. Wyruszył 17 marca o godz. 5 rano z parafii pw. św. Ignacego Loyoli. Kiedy rozmawiamy, minął już Górkę Klasztorną. To ok. 250 km od Gdańska. Dziennie pokonuje ok. 60 km. Stara się trzymać zasady: najpóźniej o 22.00 iść spać. Chodzi o regenerację organizmu. Nie ma ze sobą namiotu ani pożywienia. Jak przyznaje, całkowicie zdaje się na łaskę Pana Boga. Przemierzając Polskę, spotyka się z samymi pozytywnymi reakcjami. Ludzie go błogosławią, częstują jedzeniem, oferują nocleg. Kierowcy zatrzymują się, by wypytać o szczegóły jego pielgrzymki. Pan Marek trochę martwi się, jak będzie po przekroczeniu granicy. – Pewnie, że gdzieś z tyłu głowy czai się wątpliwość: „A co, jeśli po przejściu kilkudziesięciu kilometrów nie znajdzie się nikt, kto zaoferuje nocleg albo kromkę chleba?”. Wierzę jednak, że On się o mnie zatroszczy – podkreśla. Idąc, modli się na różańcu. W intencjach, które zabrał ze sobą z Gdańska, ale też w tych, które cały czas przekazują mu ludzie napotkani po drodze. Sam także prosi o modlitwę. W plecaku niesie kartki zapisane w różnych językach – francuskim, niemieckim, angielskim, hiszpańskim. – Mam nadzieję, że pobudzę do refleksji mijanych na trasie ludzi. Po to właśnie są te kartki. Na wypadek, gdyby jakiś Francuz czy Niemiec zapytał mnie, dokąd i po co idę. Tam wszystko jest napisane. „Nazywam się Marek. Jestem Polakiem i katolikiem. Pielgrzymuję z Gdańska do Santiago de Compostela. Całkowicie ufam Jezusowi. Wy też zaufajcie”.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół