• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Jaskinia Goryla i grób Rummla

    Justyna Liptak

    |

    Gość Gdański 13/2017

    dodane 30.03.2017 00:00

    – O UFO w Gdyni wiedzą chyba wszyscy, ale ilu ludzi, tyle na ten temat teorii. Bo niektórzy zarzekają się nawet, że na miejskiej plaży widzieli postać w dziwnym kombinezonie... – uśmiecha się Michał Miegoń.

    tekst i zdjęcie justyna.liptak@gosc.pl Laboratorium Innowacji Społecznych zaproponowało gdynianom cykl, który cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. – Mieszkańcy są bardzo ciekawi historii Gdyni, zwłaszcza tej mało znanej, której nie można znaleźć w encyklopedii czy w internecie – mówi Aleksandra Dylejko, rzecznik prasowy LIS.

    Pasja, która trwa

    Michał jest muzykiem, producentem, miłośnikiem Gdyni, a także najmłodszym członkiem Koła Starych Gdynian. – Kiedy z okazji 90. urodzin miasta zgłosiło się do mnie Laboratorium Inicjatyw Społecznych z pytaniem, czy poprowadziłbym warsztaty, podczas których opowiem o historii Gdyni, nie mogłem odmówić – opowiada pasjonat. Wybiera miejsca, które są historycznie niewyeksploatowane. – Ich odnajdowanie daje ogromną satysfakcję – podkreśla. Rozpytuje starszych mieszkańców o dane rejony i wydarzenia z nimi związane. W głowie ma tysiące historii, m.in. tę związaną z UFO. – To opowieść z pogranicza miejskiej legendy i autentycznego zdarzenia. Bo fakty wskazują, że do incydentu doszło w 1959 r., kiedy to coś, co przypominało satelitę albo inny okrągły obiekt, wpadło do Basenu Portowego. Świadkowie pracujący przy magazynach portowych „Posti”, jak i na statku „Stanisław Dąbrowski”, który stał na redzie, potwierdzili, że taka „katastrofa” miała miejsce – opowiada. Przewodnik podkreśla, że dopiero później historia staje się mniej prawdopodobna, gdyż niektórzy mówią, że widzieli istotę w niezidentyfikowanym kombinezonie na plaży gdyńskiej, która miała zostać przewieziona do szpitala, wówczas wojskowego, w Redłowie. – Władze szukały tego, co do wody wpadło, bo jedna z teorii mówi, że był to amerykański satelita, czyli bardzo interesujące dla ówczesnego ZSRR technologie, które mogły być natychmiastowo przechwycone, a niektórzy twierdzą, że wpadło tam coś z innego świata – z innej planety. Prawdy się raczej nie dowiemy, a historia nadal wywołuje wiele emocji i kontrowersji – mówi Michał. Jednak „Gdynia nieznana” to nie tylko opowieści o UFO. To także garść bardzo konkretnych i historycznie potwierdzonych informacji. – Warto się wybrać do nigdy nie ukończonego największego na Pomorzu Ogrodu Botanicznego, który znajduje się w dzielnicy Kolibki, między Bernadowem a Orłowem. W tamtejszych lasach znaleźć jeszcze można resztki konstrukcji altanek i pięknych sadzonek. Odkrywając je, przenosimy się do nieznanych czasów połowy XX wieku, do czasów pionierów Gdyni – opowiada przewodnik. Niedaleko znajdowały się też strzelnica i magazyny wojskowe wykorzystywane przez Niemców do transportu torped i bardzo ciężkiej amunicji między Gdynią a Babimi Dołami, gdzie nadal znajduje się torpedownia. To niejedyna opowieść z wojskiem w tle. Michał wspomina o klubie przy Akademii Marynarki Wojennej na gdyńskim Oksywiu. – To tam znajdował się kadłub ćwiczebny łodzi podwodnej dla Kriegsmarine. Był zamknięty w budynku, który przypominał wiejski dworek. Budynek w środku był zupełnie pusty i stanowił doskonały kamuflaż dla Niemców, którzy spokojnie ćwiczyli, a alianci nie mogli ich zobaczyć z powietrza – wyjaśnia Michał. Do dziś zachowały się resztki betonowych wsporników, na których prawdopodobnie umieszczony był dźwig do wyciągania kadłuba i przemieszczania go w inne miejsce.

    Krzaki i knieje

    Cykl „Gdynia nieznana” bardzo spodobał się mieszkańcom. Wykłady przyciągają pasjonatów historii w różnym wieku. Są młodsi i starsi. Zadają pytania i wymieniają się poglądami. Łączy ich miasto i jego mało znane zakątki. Frekwencja jest nadal duża, a tematów prowadzącemu nie brakuje. – Bo Gdynia ma tyle fantastycznych zakamarków, że jeszcze długo będę mógł opowiadać jej mniej znane historie – mówi. Michał swoich słuchaczy „zabiera” w rejony miasta, o których nie przeczytają w przewodnikach. Wynajduje dawno zapomniane ciekawostki. Przyznaje, że od dziecka „kręciły” go bunkry, schrony i wszystkie te miejsca, do których wstęp był kategorycznie wzbroniony. – Zaowocowało to tym, że w wieku młodzieńczym zacząłem zadawać pytania: „Dlaczego to miejsce jest opuszczone?”, „Co działo się tam wcześniej?”, „Czemu tu akurat stoją parterowe domy, kiedy obok są wieżowce?” – mówi. Zainteresowany procesem urbanizacji Gdyni zastanawiał się, co te wszystkie miejsca mogą o sobie opowiedzieć. – W liceum zacząłem drążyć temat. Chodziłem i pytałem ludzi – starszych gdynian, co o danym ternie wiedzą. Dosyć wcześnie dołączyłem także do Koła Starych Gdynian jako najmłodszy jego członek – dodaje. Będąc na studiach, zaczął gromadzić biblioteczkę, na którą złożyły się rozmaite opowieści i historie związane z miejscami ominiętymi przez szlak modernizmu. – W przewodnikach i publikacjach nierzadko pomija się te mniej prestiżowe miejsca, a w nich kryje się wiele ciekawostek – mówi Michał. Obecnie cykl „Gdynia nieznana” to spotkania odbywające się średnio raz w miesiącu. To Michał dobiera tematy. – Otwieram nieznane furtki – uśmiecha się. Skąd bierze wciąż nowe tematy? – Sporo spaceruję. Jeżeli napotykam na swojej drodze zaniedbany budynek czy inny obiekt, to jest bardziej niż pewne, że będę chciał poznać jego historię – mówi. Tak odnalazł najstarszą w Gdyni tablicę informacyjną na skrzyżowaniu ulic Warszawskiej i Słupeckiej. – Widnieje na niej napis: „Ubezpieczono w Towarzystwie Ubezpieczeń Polonia”. Było to jedyne TU, które przetrwało słynną polską recesję w okresie międzywojennym – wyjaśnia.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół