• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Skargą niemą wysterczały...

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 20/2017

    dodane 18.05.2017 00:00

    To nie był Gdańsk, jaki zapamiętał sprzed wojny. Dwór Artusa, Ratusz i kamienice przy ul. Długiej – wszystko niemal zrównane z ziemią. Dookoła widział powoli dogasające pożary, a w powietrzu wciąż unosił się swąd spalenizny zmieszany z odorem rozkładających się trupów...

    Z oddali, chyba z Helu, słyszał jeszcze huk pocisków ciężkiej niemieckiej artylerii. Kiedy w końcu odgłosy wystrzałów ucichną na dobre? Bernard Janik, przedwojenny działacz Polonii gdańskiej, długoletni nauczyciel w Gimnazjum Polskim, wrócił do zniszczonego miasta już 8 kwietnia 1945 r. Znalazł się w grupie, której zadaniem było zabezpieczenie gmachów szkolnych. „Wewnątrz budynku dawnej niemieckiej Wyższej Szkoły Realnej przy Wałach Piastowskich 6 zastaliśmy kompletny chaos. Po kątach leżały porzucona broń wojskowa, amunicja, mundury i przykryte zwłoki kilku żołnierzy niemieckich. Od wybuchu bomb lotniczych wypadły wszystkie szyby z okien (...). Obok zniszczeń zobaczyliśmy jednak coś, co rozgrzało nasze serca. W sali przyrodniczej na parterze zachowały się bezcenne kolekcje owadów i motyli” − pisał w swoich wspomnieniach. Kilka miesięcy później w tym samym gmachu zorganizował pierwsze powojenne liceum – słynną Jedynkę. Został jej dyrektorem. 72 lata od tamtych wydarzeń wystartował projekt „Miasto z gruzów. Odbudowa Gdańska oczami świadków”.

    Trup Gdańska

    Wiosną 1945 r. na budynkach i ruinach spalonego miasta zawisły plakaty. Przedstawiały charakterystyczny zarys budowli z przekreśloną nazwą „Danzig” i umieszczonym poniżej większym, jaskrawym napisem „Gdańsk”. Historyczne śródmieście zostało niemal całkowicie spalone. Według obliczeń części badaczy, straty sięgały nawet 90 proc. „Wielkie pogorzelisko, z którego tylko niespożyte mury świątyń skargą niemą wysterczały”. „Z Gdańska, mimo tak głębokiego zniszczenia, pozostały ruiny o wstrząsającym napięciu dramatycznym”. „Ta synchronizacja dźwięku, pędu i ognia rodziła nieustannie śmierć, wgniatającą miasto i ludzi w ziemię. I oto leży miasto zabite. Trup Gdańska” – komentowali świadkowie. Dla przykładu, w kaplicy Królewskiej brakowało jednego sklepienia, posadzki, dwóch ścian od wschodu i zachodu, kościół św. Jana pozbawiony został dachu, okien i drzwi. Z kolei w kościele Mariackim brakowało m.in. dachu i hełmów nad wieżami. Nowi mieszkańcy wybierali dzielnice mniej zniszczone od Śródmieścia, chociażby Orunię, Oliwę czy Wrzeszcz, gdzie tuż po wojnie można było z powodzeniem znaleźć budynki w przyzwoitym stanie. Maria Aldona Kozłowska razem z rodzicami przybyła do zrujnowanego miasta transportem z podwileńskich Ponar. Zatrzymali się na nieistniejącym już dworcu kolejowym Gdańsk-Kłodno. Był sierpień 1945 roku. Przez 3 tygodnie nocowali w wagonach stojących na stacji, a na gorącą zupę chodzili kilka kilometrów do baraków Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (dzisiaj w tym miejscu stoi opera). Potem tata pani Marii zaczął szukać dachu nad głową. – Trafiliśmy na cały wolny dom w gdańskiej Oliwie. Jednak tatuś nie zdecydował się go zająć. „Bolszewicy i tak nam go odbiorą, a jeszcze do więzienia pójdziemy. Musimy wziąć coś skromniejszego” – powiedział. Wprowadziliśmy się więc na strych – wspomina pani Maria. Ci, którzy zamieszkali w historycznym centrum, takiego luksusu nie mieli. Zachowały się relacje o ludziach żyjących dosłownie na gruzach. Co ciekawe, decyzja o odbudowie zniszczonego Gdańska wcale nie była oczywista. Przeciwnie, trwała dyskusja, co zrobić z tym „trupem miasta”.

    Skansen ruin

    Od samego początku ścierały się ze sobą trzy zasadnicze koncepcje. Zwolennicy pierwszej, pod hasłem „nie odbudowywać”, przekonywali, że ruiny muszą pozostać jako swoisty symbol − pomnik niemieckiego barbarzyństwa i okrucieństwa wojny. W takim ujęciu Gdańsk miał przypominać... teren chronionego skansenu. Nawoływano, by „ruiny Gdańska oglądało się jak ruiny Babilonu lub Niniwy”. Gdyby ten pomysł zwyciężył, odwiedzający dziś Gdańsk turyści do centrum jechaliby do Nowego Portu, w okolicę Klinicznej we Wrzeszczu lub na tereny byłego lotniska na Zaspie. Według różnych ówczesnych propozycji to właśnie w którymś z tych miejsc mogło powstać nowe gdańskie śródmieście, kilka kilometrów od wielohektarowego „skansenu ruin”. Kolejna koncepcja mówiła: „Odbudowywać, ale nowocześnie, nie oglądając się na historię”. Jednym z najbardziej skrajnych przedstawicieli tego nurtu był Henryk Tetzlaff, po wojnie publicysta „Dziennika Bałtyckiego”, który domagał się całkowitego przebudowania Śródmieścia w modernistycznych formach. Przekonywał: „Na miejscu dawnego centrum Gdańska, na miejscu jego krętych, ciasnych uliczek, wybudujemy nowoczesną dzielnicę mieszkalną z szerokimi, pełnymi słońca i powietrza arteriami komunikacyjnymi, z ogrodami i zieleńcami, rozciągającymi się szeroko nad malowniczymi kanałami i wodami dawnego Śródmieścia”. Zgodnie z tą propozycją z tkanki miejskiej zniknąć miały urokliwe kamienice i przedproża – charakterystyczne elementy dzisiejszego Głównego Miasta. W kolejnych artykułach Tetzlaff uzasadniał swoją tezę: „Tak odbudowane miasto przyniesie nam więcej uznania w oczach świata, niż gdybyśmy mieli dźwignąć z gruzów (...) obce, przestarzałe jego średniowieczne kształty”. Ostatecznie wygrała trzecia propozycja – „odbudowywać w zgodzie z historią”. – Nie było to wówczas takie oczywiste. Większość europejskich miast zniszczonych w czasie II wojny światowej nie była odbudowywana w kształcie historycznym. Gdańsk stanowił ewenement − zaznacza dr Janusz Dargacz z Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Pod koniec 1947 r. ochroną konserwatorską został objęty obszar Głównego Miasta. Jednocześnie uznano, że Stare Miasto nie będzie podlegało historycznej rekonstrukcji.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Wybrane dla Ciebie

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół