• facebook
  • Newsletter
  • rss
  • Sztorm jak chemioterapia

    Jan Hlebowicz

    |

    Gość Gdański 37/2017

    dodane 14.09.2017 00:00

    Agnieszka Bonin ma nowotwór piersi. Mówi, że każdy etap walki z chorobą jest trudny. Najpierw diagnoza i pierwszy wstrząs. Później długie, wycieńczające leczenie. I w końcu wygrana. Ale nie ostateczne zwycięstwo. Codzienne pytania i wątpliwości: „A jeśli wróci? Bo pewnie wróci”. No i rzeczywiście wrócił. Po 5 latach...

    Nawrót raka był najgorszym koszmarem. Może komuś się wydawać, że jak już raz przeszło się przez to piekło, to później będzie łatwiej. Nie, nie było łatwiej. Wręcz przeciwnie. Wpadłam w depresję. Nie chciało mi się już walczyć. Nie miałam na to siły – opowiada. Podczas jednego ze spotkań z onkopsychologiem dowiedziała się o pewnym rejsie po Bałtyku. „Słuchaj, są tacy zwariowani ludzie, wszyscy z nowotworami albo po nowotworach, co wypływają w morze i walczą z żywiołem, żeby udowodnić światu, że mogą, potrafią. Może byś spróbowała?”. – Wtedy pomyślałam, że albo zostanę na kanapie i już z niej nie wstanę, albo powalczę. O siebie. Zgłosiła się do Magdaleny Lesiewicz, prezes Fundacji „Onkorejs – Wybieram Życie”. Wypłynęły razem z 26 innymi osobami onkologicznymi 9 września z gdyńskiego portu. Agnieszka wsiadła na pokład żaglowca mimo niedawno przebytej chemioterapii...

    Żeglowanie i chorowanie

    To już 4. tego typu rejs. Tym razem do Karlskrony. Wśród członków załogi są młodsi i starsi, kobiety i mężczyźni, mieszkańcy dużych miast i wiosek, osoby, które niedawno usłyszały diagnozę „rak”, i ci, których choroba jest już zaawansowana, a także ci, którym udało się ją pokonać. Na żaglowcu wszyscy mają jednakowe prawa i obowiązki. Pełnią wachty, sterują jednostką, stawiają i zrzucają żagle, cumują, szorują pokład, sprzątają rejony. – Pełnym zaangażowaniem chcemy pokazać wszystkim – zarówno chorym, jak i zdrowym – że można żyć z chorobą i dokonywać rzeczy, które nie są łatwe nawet dla w pełni zdrowego człowieka, że można pokonywać własne słabości, chorobę i czerpać radość z każdego dnia – wyjaśnia M. Lesiewicz. – Żeglowanie jest bardzo podobne do procesu leczenia chorób onkologicznych. Tak samo w sytuacji, gdy chory dowiaduje się, że ma nowotwór, jak i w sytuacji, gdy pierwszy raz wsiada na jacht, nie wie, jak zachowa się jego organizm, nie wie, czy strach go nie sparaliżuje. Wie jedynie, że nie może się poddać. Nawet w sztormie i podczas najgorszej chemioterapii nie może odpuścić. Musi walczyć dalej – dodaje. Magdalena wiedziała, że jest chora. Sama wyczuła guza na piersi. Kiedy lekarz potwierdził jej przypuszczenie, przepłakała cały wieczór. Ale następnego dnia wzięła się w garść. Jak sama mówi, jest „zadaniowcem”, więc „ogarnięcie się po diagnozie przyszło łatwo”. – Zaczęło się chodzenie od lekarza do lekarza, z badania na badanie. Potem było skomplikowane leczenie. Ale paradoksalnie najgorszy był moment, kiedy usłyszałam: „Nowotwór ustąpił, koniec z zabiegami”. W głowie panika. „Jak to, to teraz mam wszystko przerwać, siedzieć bezczynnie i czekać, aż rak wróci?”. Byłam przerażona. Psycholodzy twierdzą, że zakończenie leczenia raka działa podobnie, jak zespół stresu pourazowego u żołnierzy – mówi. Z czasem wszystko wróciło do normy. Zaczęła podróżować. Meksyk, Kuba, Peru. Założyła blog. – Skupiłam się na sobie. Zaczęłam cieszyć się życiem i przestałam przejmować pierdołami. Jednak ciągle czegoś mi brakowało. Postanowiłam więc pomóc innym w walce z chorobą. I tak narodził się „Onkorejs” – wspomina.

    Rak to nie wyrok śmierci

    W inicjatywie chodzi o zwrócenie uwagi na potrzebę badań profilaktycznych, bo tylko one mogą przyczynić się do wczesnego wykrycia choroby i wyleczenia. – Sama wyczułam w sobie „coś”, co później przez kilka kolejnych badań nie było widoczne dla lekarzy. Ostatecznie okazało się, niestety, że miałam rację. Diagnoza: rak złośliwy piersi. Gdyby nie moja szybka reakcja i konsekwentne badania u kolejnych lekarzy, być może dzisiaj już by mnie nie było – opowiada Elżbieta Włodarczak, uczestniczka rejsu. – Dla mnie najgorszy był sam komunikat: „Masz nowotwór złośliwy”. Wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę być chora. Chorowali inni – znajomi, sąsiedzi. Ale przecież nie ja. A jednak – mówi. Pływanie na jachtach i żaglowcach stało się dla Elżbiety formą terapii. – Zimno, wachty, stawianie żagli. Ciągnięcie lin, dyscyplina, reżim. To mi się podoba. Podczas rejsu życie człowieka z nowotworem staje się prostsze. Nie skupiamy się na swoim bólu, na tym, że jesteśmy chorzy albo że rak może wrócić, tylko na tym, że trzeba się dobrze ubrać, wyczyścić pokład, ugotować obiad, wykonać swoje zadanie, a potem następne i następne – tłumaczy. Poprzez swój udział w wyprawie członkowie załogi chcą obalić szereg mitów i stereotypów na temat choroby nowotworowej. − W społeczeństwie cały czas pokutuje stygmatyzacja raka jako choroby śmiertelnej. Człowiek z nowotworem powinien siedzieć w domu, smutny, złamany, niezdolny do pracy i najlepiej czekać na śmierć. Takie przekonanie wciąż jest obecne wśród wielu Polaków. Widać to choćby w komentarzach, które czytamy na swój temat: „Nieodpowiedzialne baby, lepiej siedźcie w domu i się leczcie” albo „Idiotyczny rejs, tylko się niepotrzebnie narażają. A przecież leczenie jest drogie” lub „Komu jest potrzebna ta manifestacja choroby?”. To żadna manifestacja choroby. Chcemy pokazać, że osoby onkologiczne potrafią korzystać i cieszyć się z życia, marzyć i realizować marzenia, a nie tylko egzystować – podkreśla M. Lesiewicz.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół